niedziela, 16 marca 2014

Rozdział 10

Perspektywa  Belli

Co ja w ogóle robię? Przytulam się do niego jakby był moim wsparciem. Najgorsze było to, że czułam się dobrze w jego męskich, twardych jak skała i zimnych ramionach. Wydawało mi się, że idealnie do nich pasuję. Nie! Odskoczyłam od niego jak oparzona, aż walnęłam plecami w drzewo.
- Nie! Nie podchodź do mnie! Nienawidzę cię! - Zaczęłam kręcić głową, próbując pozbyć się tego uczucia, które kazało mi z powrotem się w niego wtulić.
- Wszystko w porządku?
- Nic nie jest w porządku! - Krzyknęłam i uderzyłam ręką w drzewo, a przynajmniej chciałam, ponieważ Edward w porę mnie zatrzymał.
- Już jedną masz w gipsie - wytłumaczył się, gdy spojrzałam na niego z wyrzutem. Widziałam w jego niegdyś zielonych, a teraz złotych oczach ból wymieszany z radością.
- Z czego się tak cieszysz? - szepnęłam cicho, czując, że tracę wszystkie siły. Usiadłam na ziemi, podciągając nogi pod brodę.
- Przez chwilę myślałem, że mi wybaczyłaś i nadal mam taką nadzieję. Dlaczego tak ode mnie odskoczyłaś?
- To jest dziwne. Chcę nienawidzić cię z całego serca, ale nie potrafię! Boję się tego...
- Nie nienawidzisz mnie? - Zapytał z nadzieją w głosie. Tak bardzo chciałam powiedzieć mu, żeby sobie poszedł i zostawił mnie w spokoju, ale nie potrafiłam. Dotarło do mnie, że właśnie tego bałam się od początku przyjazdu Cullenów do Forks. Tego, że nie będę umiała się na niego złościć, a nawet wręcz przeciwnie.
- Naprawdę chciałeś się przeze mnie zabić? - Zapytałam unikając odpowiedzi. Pokiwał głową na tak.
- Bello, nie było takiego dnia, w którym nie myślałbym o tobie...
- To dlaczego to zrobiłeś? Dlaczego mnie zraniłeś? - Wytarłam łzy wierzchem dłoni, wstałam i spojrzałam mu prosto w oczy. Edward zawsze potrafił doskonale skrywać emocje, ale miał jeden słaby punkt. Oczy. Zawsze wyrażały to co czuł.
- Wiem, że nie ma takiego usprawiedliwienia, którym mógłbym ci się wytłumaczyć. Jakby nie patrzeć... zdradziłem cię. Nie ważne, że byłem pod wpływem trunku. Najważniejsze jest to, że szczerze tego żałuje. - Mówiąc to cały czas utrzymywał ze mną kontakt wzrokowy. Wiedziałam, że mówił prawdę, ale nadal bolało...
- Wierzę ci. Proszę, wytłumacz mi jeszcze tylko jedną rzecz?
- Mianowicie?
- Przed tym, gdy... Wiesz o co mi chodzi. Kilka dni przed zdradą, unikałeś mnie i dziwnie się zachowywałeś. Dlaczego?
- Zbliżała się nasza rocznica. Chciałem przygotować ci niespodziankę i oświadczyć ci się - wyznał, ścierając łzy z mojego policzka. Ta wiadomość sprawiła, że poczułam się jeszcze gorzej. Chciałam już wracać do domu i zamknąć się w pokoju. Pocierpieć w samotności.
- Muszę już wracać - powiedziałam, wstając z ziemi. Mój głos był przepełniony paniką i czułam, że za chwilę stracę nad sobą panowanie i zacznę zachowywać się jakbym była opętana. Zaczęłam iść w stronę domu, ale potknęłam się o wystający korzeń i upadłam, rozcinając sobie zdrową rękę. Leciała mi krew. Spojrzałam na Edwarda, który chciał mi pomóc, ale zatrzymał się wpół drogi, sztywniejąc. Jego złote oczy zrobiły się czarne jak węgiel, skupiając się na mojej ręce. Zamarłam ze strachu widząc głód w jego oczach. Chciałam uciekać, ale strach mnie paraliżował. Nie wiem jak długo trwaliśmy w tej pozycji. Minuty czy sekundy. Nagle Edward odskoczył ode mnie, warcząc głośno jak jakieś zwierze.
- Uciekaj Bello! Proszę! - krzyknął, zaciskając ręce w pięści. Mimo, że stał daleko ja widziałam jak bieleją mu kłykcie. - No na co czekasz? Biegnij!
Zerwałam się na równe nogi, puszczając się biegiem. Potykałam się i traciłam równowagę, upadając. Czułam, że już nie mogę i za chwilę dostanę zadyszki i nie dam rady biec. Gdy chciałam się już poddać moim oczom ukazał się mój dom. Dopadłam drzwi i praktycznie wleciałam do korytarza. Zaalarmowana hałasem Emily przybiegła sprawdzić co się dzieje. Po chwili stanął za nią Sam.
- O boże! Bello! - Dziewczyna złapała mnie za rękę i zaprowadziła do salonu. Usadziła mnie na kanapie, a Sam przyniósł mi szklankę wody. Wypiłam ją duszkiem i oddałam szklankę Samowi. Z trudem łapałam oddech. Gdy uspokoiłam się na tyle, żeby coś powiedzieć spojrzałam na małżeństwo siedzące naprzeciwko mnie. Emily martwiła się o mnie, a Sam to widział i wspierał ją. Przez chwilę poczułam zazdrość o to, że oni się kochają, a mnie już po raz drugi spotkał taki zawód.
- Co się stało? - Zapytał Sam, uznając, że czuję się już na siłach żeby im wszystko wytłumaczyć. Ale czy rzeczywiście czułam się na siłach? Co prawda oddech już trochę mi się uspokoił, ale nie miałam ochoty opowiadać im o tym co wydarzyło się w lesie. "Chciałem ci się oświadczyć" Te słowa cały czas krążyły mi w głowie. Jego dziki wzrok i widoczny głód w oczach, gdy rozcięłam sobie rękę. Obrazy z całego naszego spotkania przesuwały mi się przed oczami. Później ten nieszczęsny wieczór, w którym nasze drogi się rozeszły. Dnie pełne cierpienia, a później przeprowadzka do Forks. Poznanie Jacoba, całej sfory i ich tajemnicy. Pełne szczęścia i miłości dnie z Jacobem. Pierwsze oświadczyny, a później drugie. Wieczór w którym poznaliśmy Natalie, a później ten nieszczęsny pocałunek. Wszystko przewijało się w zwolnionym tempie, jak na filmie. Na przemian uśmiechałam się i krzywiłam. Sam i Emily musieli myśleć, że już do końca zwariowałam.
- Wszystko w porządku? - Zapytali w końcu. Zrobili to w tym samym czasie co wywołało mój chichot. Taa. Zaśmiałam się. Dziwne, prawda?
- Ona chyba jest w jakimś szoku - stwierdziła Emily, patrząc Samowi prosto w oczy.
- O nie, nie! Nie zwariowałam - powiedziałam, szczerząc się do nich jak jakaś wariatka. A może jednak zwariowałam. Zaczęłam się śmiać sama z siebie. Widziałam, że twarze moich przyjaciół wykrzywia strach. Bali się o mnie. A może po prostu bali się mnie, tak jak ja bałam się Edwarda. Tego, że mnie zaatakuje. Na te wspomnienie łzy zaczęły lecieć mi z oczu, a z gardła wydobył się cichy szloch.
- Boże! Bello, powiedz coś! Słyszysz nas w ogóle? Co ci jest?! - Emily zaczęła panikować. Nie zareagowałam na jej wołania, więc uderzyła mnie lekko w twarz żebym się ocknęła. Podziałało. Przyłożyłam dłoń do policzka, zaskoczona zachowaniem przyjaciółki. Nie miałam jej tego za złe. Gdy zabrałam rękę z policzka, Emily i Sam zassali powietrze z cichym sykiem. Spojrzałam na nich zdziwiona.
- Masz policzek we krwi. Pokaż rękę - rozkazała mi przyjaciółka.
- Potknęłam się - wytłumaczyłam, zabierając rękę i przycisnęłam ją do piersi. - To nic takiego. Przepraszam was za moje zachowanie. Chyba byłam w lekkim szoku. - Wyjaśniłam. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie co powiedziałam i wystraszyłam się, że zaraz zaczną zadawać mi niewygodne pytania.
- Pójdę do siebie. - Oznajmiłam szybko żeby uniknąć wywiadu.
- Poczekaj chwilę. Mam coś dla ciebie - powiedział i wyszedł do kuchni. Zdążyłam zauważyć, że Emily zrzuciła mu groźne spojrzenie mówiące - nie rób tego! Przez chwilę zastanawiałam się o co może jej chodzić, ale moje rozmyślenia przerwał Zmiennokształtny, podając mi tabletki.
- Ból na pewno jest nie do wytrzymania - powiedział. Do póki mi o nim nie przypomniał, w ogóle go nie czułam. - A to od Jacoba. Prosił żebym ci przekazał. - Teraz wiedziałam dlaczego Emily posłała mu takie groźne spojrzenie. Zapewne wiedziała jak to na mnie zadziała i chciała oszczędzić mi tego stanu, który wywoływały u mnie wspomnienia o Jacobie. Drżącą ręką wzięłam od niego list i tabletki i pobiegłam na górę. Słyszałam, że Emily biegnie za mną, ale zatrzasnęłam jej drzwi przed nosem. Nie chciałam teraz z nikim rozmawiać. Przekręciłam kluczem i rzuciłam się na łóżko.
- Porozmawiaj ze mną! Bello! Co się stało? Edward ci coś zrobił? Wiedziałam, że nie powinnaś z nim iść! Otwórz mi! - Nie odpowiadałam jej myśląc, że w końcu sobie pójdzie, ale ona nie dawała za wygraną.
- Bells! - walnęła pięścią w drzwi. - Błagam. Nie powinnaś teraz być sama!
- Emily, ona potrzebuje czasu.
- Sam nie wtrącaj się! - Krzyknęła. Słyszałam, że Sam szepcze jej coś do ucha. - No dobra. Ostrzegam, że będę miała cię na oku! Nie rób niczego głupiego - pogroziła mi i odeszła od drzwi. Gdy byłam pewna, że nikt mnie nie usłyszy, poddałam się emocjom i wybuchłam głośnym szlochem. Co jeszcze mnie spotka? Jak długo będę w stanie znosić te cierpienie. Usiadłam na łóżku i wyjęłam list od Jake' a z koperty. Czy powinnam go w ogóle czytać? Wiedziałam, że to tylko pogorszy mój i tak już kiepski stan psychiczny, ale ciekawość zwyciężyła i zaczęłam czytać.

Droga Bello!

Wiem, że powinienem powiedzieć Ci to prosto w oczy, ale jestem tchórzem. Boję się tego, co mógłbym od Ciebie usłyszeć. Wiem, że strasznie Cię zawiodłem i zraniłem. Tyle Ci obiecałem, a teraz zrobiłem coś czego nigdy sobie nie wybaczę. Nie mam nawet tyle odwagi żeby przekazać Ci ten list, ale nie mógłbym tak po prostu spojrzeć Ci w oczy wiedząc, że mój widok sprawiałby Ci ból. Nie zdziwiłbym się, gdybyś nawet nie przeczytała tego listu. Żałuję tylko, że nie słyszałaś całej kłótni... Może wtedy wiedziałabyś jak bardzo Cię kocham. Jesteś moim sercem i nie mogę bez Ciebie żyć. Kocham Cię

                                                                                                               Jacob

Kocham cię. Kocham cię. Kocham cię. Dlaczego tak trudno było uwierzyć mi w te słowa? Słowa, które teraz rozmazywały się od słonych łez wypełniających kąciki moich oczu. Tego było jak dla mnie już za wiele. Wzięłam wodę, która stała koło łóżka i połknęłam kilka tabletek. Położyłam się na łóżku i czekałam. Czekałam aż tabletki zaczną działać i zapadnę w sen. Chciałam stracić przytomność choć na kilka godzin. Przez kilka godzin zapomnieć o całym tym bałaganie, który powstał w moim życiu. Nie czuć bólu zadanego mi przez osoby, na które tak liczyłam i kochałam. Czułam, że sen, w który miałam za chwilę popaść zbliżał się dużymi krokami i czekałam na niego z utęsknieniem. Pamiętam, że pudełko od tabletek, które trzymałam w ręce wypadło mi z ręki, a później odpłynęłam w niebyt.

Perspektywa Sama.

- Sam! Poczekaj! - Właśnie wsiadałem do samochodu, kiedy usłyszałem wołanie Jacoba. Odwróciłem się w jego stronę. Biegł do mnie od strony lasu.
- Cześć Jake. Co słychać? - Zapytałem gdy stał już koło mnie.
- Nie najlepiej, ale jakoś się trzymam. Muszę. Ale nie biegłem do ciebie jak wariat tylko po to żeby ci się zwierzać. Mam prośbę.
- A mianowicie?
- Czy mógłbyś przekazać to Emily? Ona na pewno spotyka się z Bellą, a chciałbym żeby ona to dostała.
- Spoko. Emily przez jakiś czas będzie mieszkała u Belli, a ja razem z nią. Właśnie miałem tam jechać.
- Och... To dobrze. Sam... Wiesz może co u Belli?
- Z tego co słyszałem od Emily to niezbyt dobrze. Jest załamana. Jake, ja nie chciałbym ci dokładać, ale wcale się jej nie dziwię. Masz jakiś plan żeby to naprawić?
- Nie chcę o tym rozmawiać. Przekaż jej to - powiedział, podał mi jakąś kopertę i pobiegł do lasu. Westchnąłem ciężko i wsiadłem do samochodu.
- Dobrze, że nie jestem już alfą. Nie chciałbym mieć tego trójkąta miłosnego na głowie - powiedziałem sam do siebie. Zaparkowałem przed domem Belli i Jacoba. Przynajmniej do tej pory był on domem Belli i Jacoba... Emily wybiegła na ganek i zaczęła do mnie machać. Na jej twarzy gościł tak wielbiony przeze mnie uśmiech. Gdy tyko ją zobaczyłem poczułem jak po moim ciele rozchodzi się przyjemne ciepło, a na twarzy zagościł promienny uśmiech. Wysiadłem z samochodu i przytuliłem ją.
- Tęskniłam.
- Ja bardziej. Jak się masz?
- Ja dobrze, ale Bella ma się słabo. Martwię się o nią. Wyszła z domu z tą pijawką.
- Edwardem? - Warknąłem, za co skarciłem się w myślach. Muszę być spokojny. Nie chcę doprowadzić do kolejnej przemiany. Obiecałem to Emily i naszemu dzidziusiowi.
- Tak, ale nie denerwuj się. Wejdźmy do środka.
- Idź, a ja wezmę jeszcze nasze rzeczy.
- No tak. Zapomniałam, że miałeś je tu dostarczyć - powiedziała i zniknęła za drzwiami. Wróciłem do samochodu, wziąłem torbę z rzeczami i już miałem wrócić do Emily, kiedy mój wzrok przykuła biała koperta. Zapomniałbym, pomyślałem. Zabrałem jeszcze kopertę i wszedłem do domu. Emily była w kuchni i coś pichciła.
- Co tam robisz?
- Obiad. Zaraz będzie gotowy. Co tam trzymasz? - zapytała, patrząc na kopertę.
- To? Jacob chciał żebym przekazał Belli.
- A sam nie mógł się tu pofatygować? Myślę, że ten gest nie spodoba się Belli.
- Straszne zamieszanie wybuchło przez te wpojenie. Współczuję Belli bo to ona jest tu najbardziej poszkodowana, ale Jacob też cierpi. Natalie też nie jest łatwo. Mogę się założyć, że ten chory trójkąt miłosny odbije się na całej sforze. Cieszę się, że nie jestem już alfą.
- Tak. Że też Bella musiała wejść akurat na koniec tej kłótni. Z tego co opowiadał nam Jake to nie była jego wina. Biedna Bella teraz cierpi. Boję się o nią. Widzę jak źle to znosi, a patrząc na jej rany na nadgarstkach boję się żeby nie zrobiła czegoś głupiego.
- Bella nie jest głupia, a ty nie możesz się tak przejmować. Wiesz, że może to zaszkodzić tobie i dziecku.
- Wiem - powiedziała i wtuliła się we mnie. Przygarnąłem ją do siebie wdychając jej zapach. Tak bardzo się cieszę, że spotkałem na swojej drodze Emily. Wniosła do mojego życia tyle szczęścia i miłości. Westchnąłem, całując ją w czubek głowy.
- Sam, myślę, że... - Mojej ukochanej nie było dane dokończyć, ponieważ drzwi od domu otworzyły się z wielkim hukiem. Spojrzeliśmy na siebie i pobiegliśmy zobaczyć co się dzieje. O ścianę opierała się zmachana Bella. Wyglądała strasznie. Była cała czerwona z wysiłku, jej ręka krwawiła, a twarz była cała zalana łzami. W oczach był widoczny strach.
- O boże! Bello! -Krzyknęła Emily, gdy ją zobaczyła. Zaprowadziła ją do salonu, a ja poszedłem nalać jej szklankę wody. Wypiła ją duszkiem i oddała mi szklankę. Ostawiłem ją i usiadłem z Emily naprzeciwko dziewczyny. Nadal z trudem łapała powietrze. Dopiero gdy się uspokoiła postanowiłem się odezwać.
- Co się stało? - Zapytałem. Bella nie odpowiedziała mi tylko zaczęła się uśmiechać, a zaraz potem krzywić i znów uśmiechać.
- Wszystko w porządku? - Zapytałem równocześnie z Emily co wywołało chichot Belli. A może to nie przez to. Zachowywała się tak jakby straciła rozum. To było straszne.
- Ona chyba jest w jakimś szoku - stwierdziła Emily, patrząc mi prosto w oczy.
- O nie, nie! Nie zwariowałam - powiedziała, szczerząc się do nas jak jakaś wariatka. Bells nagle zaczęła płakać. Łzy ciurkiem leciały z jej oczu. Czułem, że Emily martwi się o Bellę. Ja martwiłem się o nie dwie.
- Boże! Bello, powiedz coś! Słyszysz nas w ogóle? Co ci jest?! - Emily zaczęła panikować i uderzyła Belle lekko w twarz. Podziałało. Dziewczyna ocknęła się i przyłożyła dłoń do policzka. Zakrwawioną dłoń.
- Masz policzek we krwi. Pokaż rękę.
- Potknęłam się - wytłumaczyła się. - To nic takiego. Przepraszam was za moje zachowanie. Chyba byłam w lekkim szoku. - Przez chwilę zacząłem zastanawiać się co wywołało u niej ten szok, ale bałem się zadać jej jakiekolwiek pytanie, ponieważ nie chciałem żeby znów zaczęła się tak dziwnie zachowywać. Przygarnąłem do siebie Emily, zastanawiając się jakby ona zareagowała na moje odejście. Nie mógłbym sprawić jej takiego zawodu.
- Pójdę do siebie.
- Poczekaj chwilę. Mam coś dla ciebie - powiedziałem i wyszedłem do kuchni. Przypomniało mi się, że Jacob kazał przekazać jej list. Kątem oka zauważyłem, że Emily patrzy na mnie groźnie. Wiedziałem, że martwiła się o swoją przyjaciółkę, ale obiecałem Jacobowi. Złapałem list i pudełko tabletek w rękę i wróciłem d salonu.
- Ból na pewno jest nie do wytrzymania - powiedziałem. - A to od Jacoba. Prosił żebym ci przekazał.
Drżącą ręką wzięła ode mnie list i tabletki i pobiegła na górę. Emily pobiegła za nią, a ja za nimi. Widziałem, że z oczu mojej ukochanej wypłynęły pierwsze łzy. Przez ten jeden nic nieznaczący pocałunek wszyscy cierpią.
- Porozmawiaj ze mną! Bello! Co się stało? Edward ci coś zrobił? Wiedziałam, że nie powinnaś z nim iść! Otwórz mi! Bells! - Emily walnęła pięścią w drzwi. - Błagam. Nie powinnaś teraz być sama!
- Emily, ona potrzebuje czasu. - Powiedziałem, przytulając ją. Była całą roztrzęsiona. Próbowałem ją uspokoić, ale to nic nie pomagało.
- Sam nie wtrącaj się! - Krzyknęła.
- Emily, zejdźmy na dół. Bella musi się uspokoić, a ty nie możesz się denerwować. Pamiętaj o dziecku. - Szepnąłem jej do ucha. Wiedziałem, że to ją przekona.
- No dobra. Ostrzegam, że będę miała cię na oku! Nie rób niczego głupiego - pogroziła Belli i zbiegła ze schodów. Ruszyłem za nią.
- Sam, ona cierpi. Jak ja mam jej pomóc? - wyszeptała szlochając. Przytuliłem ją do siebie.
- Kochanie, ona musi najpierw sama dojść do siebie. Wystarczy, że przy niej będziesz. - Próbowałem pocieszyć Emily, a tak naprawdę sam czułem się z tym wszystkim strasznie. Ona i Jake byli taką udaną parą. Pamiętam ten dzień, w którym Bella po raz pierwszy przyjechała do La Push ze swoim ojcem. Była wtedy taka smutna i nieufna..Później Jacob zaczął się z nią spotykać i zaczęła nabierać do nas zaufania. Westchnąłem ciężko.
- Będzie dobrze. Zobaczysz - szepnąłem, głaszcząc ją po głowie.

Perspektywa Edwarda.

Po tym co się stało mogę tylko pomarzyć o tym żeby Bella mi wybaczyła. Jak mogłem tak ją przestraszyć. Cały czas miałem przed oczyma jej wykrzywioną strachem twarz. Odkąd zostałem wampirem udawało mi się zachować spokój przy ludziach, ale krew Belli... Czułem się tak jakby mnie wołała. Zahipnotyzowała mnie. Teraz, kiedy próba odnowienia naszych kontaktów mogła się udać, zachowałem się jak kretyn. Ale taka jest już moja natura. Jestem potworem. Żądnym krwi potworem, który właśnie o mały włos nie zabił swojej ukochanej. Ze złości walnąłem pięścią w drzewo, które złamało się z wielkim hukiem. Bella. Biedna, krucha Bella. Dlaczego tyle zła spotkało ją w życiu? Dlaczego byłem taki głupi i sam ją zraniłem? Teraz, gdy ten Kundel z La Puch ją zdradził, odtworzyły się zadane przeze mnie rany i pogłębiły się. Widziałem, że była wyczerpana. Jej oczy opuchnięte od płaczu. Teraz zapewne czuła się jeszcze gorzej. Nadal czułem w ustach smak jadu. Muszę zapolować, pomyślałem i pobiegłem poddając się zmysłom. Gdy zaspokoiłem swoje pragnienie, wróciłem do domu. Gdybym tylko wiedział, że wchodząc przez salon nie uniknę pytań Alice, która miała wizję, wszedłbym przez okno.
- Edward! Miałam wizję! Coś ty najlepszego narobił? Błagam, powiedz, że powstrzymałeś się! Dlaczego ta dziewczyna tak na ciebie działa! Powiedz, że jej nie zabiłeś!
- Alice, uspokój się. Nic się nie stało. No co? Nie patrzcie tak na mnie. - Wszyscy w salonie skierowali swój wzrok na mnie. Słyszałem ich myśli. Każde z nich zastanawiało się nad tym, dlaczego Bella jest dla mnie taka ważna. Jasper, Rosalie i Emmett uważali, że nie udało mi się powstrzymać, a Alice sprawdzała przyszłość. Tylko Esme wierzyła, że potrafiłem się opanować. Ciekawe czy ktoś już dzwonił do Carlisle' a.
- Powstrzymałem się. Nie zabiłbym Belli, a teraz pozwólcie, że pójdę do siebie.
- Ale Edward! - Krzyknęła za mną Alice. Nie odwróciłem się tylko szedłem prosto przed siebie. Zdążyłem tylko zamknąć drzwi od swojego pokoju, a zaraz po tym przyszła Alice.
- Zanim mnie wygonisz, posłuchaj mnie. Chcę z tobą porozmawiać. Jesteś moim bratem i martwię się o ciebie. Wszyscy się martwimy - powiedziała. Miała rację. Każdy członek mojej rodziny martwił się o mnie. Esme i Carlisle' a traktuję jak prawdziwych rodziców, a Rose, Emmetta, Jaspera i Alice jak rodzeństwo. Tyle dobrego dla mnie zrobili. Prawdę mówiąc zawdzięczam im moje życie.
- Alice, Nawet nie wiesz jak jest mi ciężko - powiedziałem. Uznałem, że powiem im wszystko. Należy im się to.
- Powiesz mi?
- Tak.
- Wszystko? Nawet to dlaczego chciałeś się zabić?
- Tak, ale zejdźmy na dół. Nie chcę opowiadać tego dwa razy.
Zeszliśmy na dół. Widziałem jak wszyscy uśmiechają się do mnie zachęcająco. Nawet Carlisle, który musiał dopiero wrócić. Usiadłem między nim, a Esme i zacząłem opowiadać.
- Nigdy nie mówiłem wam dlaczego chciałem popełnić samobójstwo i zastanawiacie się pewnie kim jest dla mnie Bella. Ta dziewczyna jest w pewnym sensie powiązana z tym... wypadkiem. Kiedyś ja i Bella byliśmy parą. Szczęśliwą parą. Niestety schrzaniłem to. Strasznie ją zraniłem. Odwróciła się ode mnie, a ja się załamałem. Kochałem ją i kocham dalej. To przez to, że ją straciłem, zrobiłem to co zrobiłem. Nie mogłem wytrzymać z tą świadomością, że Bella przeze mnie cierpi. A teraz, gdy przeprowadziliśmy się do Forks, spotkałem ją. Myślałem, że uda mi się to wszystko naprawić, ale po tym co stało się w lesie wątpię, że w ogóle będzie chciała na mnie spojrzeć. Nie chciałem wam wcześniej powiedzieć bo nie byłem gotów i może bałem się trochę, że niektórzy z was - tu spojrzałem na Alice. - Zechcą ją odszukać. Przepraszam, że do tej pory nie byłem z wami szczery. - Tym zakończyłem swój monolog. Esme z Carlisle' em przytulili mnie pocieszając, a inni patrzyli na mnie współczująco.
- Kochanie, nie masz za co przepraszać. Rozumiemy, że było ci ciężko.
- Dziękuję Esme.
- Wiesz, z jednym miałeś rację. Spróbowałabym ją odszukać - powiedziała Alice, przytulając mnie. Wszyscy w salonie zaśmiali się i byłem wdzięczny, że rozładowała atmosferę.
- Wiedziałem. Pozwólcie, że teraz trochę pogram - powiedziałem, wskazując ręką instrument stojący w rogu salonu. Gra na pianinie zawsze pozwalała mi się odstresować. Zacząłem grać ulubioną piosenkę Esme, kiedy wychwyciłem jedno zdanie z myśli Alice : Muszę mu jakoś pomóc. 
- Alice, nie myśl o wzorkach na poduszce, bo i tak to słyszałem i nie zgadzam się. - Zaśmiałem się słysząc warknięcie Wampirzycy i wróciłem do gry. Gdy skończyłem melodię Esme, przerzuciłem się na ulubioną melodię Jaspera, a później Rosalie. Na koniec zagrałem coś dla Alice, żeby poprawić jej humor.
- Pięknie grasz - stwierdziła Esme, kiedy odszedłem od instrumentu. Podziękowałem jej i zacząłem przyglądać się grze Alice i Jaspera. Grali w szachy, ale nie powiem żeby to była uczciwa gra. Alice przewidywała każdy ruch Jaspera. Postanowiłem, że się z nią podrażnię i pomogę Jasperowi. 
- Edward! 
- No co? Jak ty oszukujesz to jest dobrze, a jak ja chcę pomóc braciszkowi to źle? - Wszyscy zaśmiali się słysząc groźne warknięcie drobnej Wampirzycy. 
- Nie denerwuj się Kochanie. Bo zmarszczek dostaniesz - powiedział Jazz, przytulając swoją ukochaną. Wszyscy w tym salonie mają swoją drugą połówkę, oprócz mnie. Wiem, że nigdy nie pokocham nikogo innego niż Bella. Muszę próbować to naprawić. Inaczej moja egzystencja nie będzie miała sensu. Spojrzałem na Alcie, która właśnie dostała wizji.
- Uda ci się - powiedziała i uśmiechnęła się do mnie. 
- Mam nadzieję - odpowiedziałem i poszedłem do swojego pokoju. 

Perspektywa Belli.

- Bello! Słyszysz mnie! Bello! 
- Sam, dlaczego ona nie wstaje? 
- Nie wiem. Bello!
- Wiedziałam, żeby nie zostawiać jej tu samej. 
- Niepotrzebnie dałem jej te tabletki.
- Może trzeba zadzwonić do lekarza. - Od jakiegoś czasu słyszałam nad sobą rozmowę dwójki moich przyjaciół, ale nie mogłam otworzyć oczu. Czułam, że mną potrząchają i próbują ocucić, ale po prostu nie miałam siły żeby się odezwać, dać znać, że ich słyszę. Dopiero wzmianka o lekarzu dodała mi sił. Nie potrzebowałam tu żadnego lekarza, który walnąłby mi wykład o tym, że źle zrobiłam. Zawiadomiono by pewnie mojego ojca i Renee. Nie. Z pewnością tego nie potrzebowałam. Wzdrygałam się na samą myśl o tym, jak wszyscy zaczęliby mnie pilnować. Wzdrygnęłam się i spróbowałam otworzyć oczy. Dopiero po chwili udało mi się kilka razy zamrugać. Promienie słoneczne, które wpadały do pokoju raziły mnie w oczy, aż ciężko było mieć je otwarte. 
- Bella! O boże! Obudziłaś się! - Emily przytuliła mnie tak mocno, że zabrakło mi tchu. Gdy już chciałam ją odepchnąć żeby znów zacząć oddychać, Emily sama mnie odepchnęła i zaczęła prawić kazanie.
- Jak mogłaś?! Tak się baliśmy. Co ty sobie w ogóle myślałaś? Jesteś głupia, wiesz?! Sam, zostaw nas same. Muszę z nią pogadać. Bello, jesteś strasznie blada. Czy ty....
- Emily! Skończ już bo głowa mi pęknie.
- Och, przepraszam bardzo, że się martwię. 
- Emily, nie zrozum mnie źle. Jestem ci strasznie wdzięczna za troskę, ale naprawdę boli mnie głowa. Jak długo...
- Prawie dwa dni. Na początku myślałam, że z samego rana poszłaś do pracy bo dziś poniedziałek, ale gdy zadzwoniła pani Newton to zrozumiałam, że byłam w błędzie. Byłam głupia, że nie przyszłam z samego rana sprawdzić co się z tobą dzieje. Twój stan gdy wróciłaś z tej wyprawy z Edwardem... Masz pojęcie jak się wystraszyłam, gdy weszłam tu z Samem i nie mogliśmy cię obudzić? 
- Przepraszam, ale ja już nie wytrzymałam. Chciałam choć na trochę zapomnieć o bólu. 
- Och, Bello... Tak mi przykro - powiedziała i przytuliła mnie pocieszająco. Wiedziałam, że nie jest koniec, że zaraz zacznie mi zadawać niewygodne pytania i nie wymigam się od odpowiedzi. Ale tak chyba jest lepiej. Nie wymigiwać się od odpowiedzialności. Spojrzałam na pierścionek zaręczynowy, który dostałam od Jacoba i kilka łez spłynęło mi po policzku. "Chciałem ci się oświadczyć". Słowa Edwarda pojawiły się w mojej głowie, przypominając mi o tym całym zdarzeniu w lesie i uświadomiły mi jaki bałagan zrobił mi się w życiu. Bałagan, który musiałam posprzątać, ale brakło mi sił. Nie wiedziałam od czego mam zacząć. Czy wybaczyć Edwardowi? Czy zacząć odwoływać ślub? Ślub. Teraz wydało mi się, że to był najgłupszy pomysł na jaki kiedykolwiek wpadłam. Przyjęcie oświadczyn Jacoba. Jacob. To właśnie od niego powinnam zacząć. Ale na samą myśl o bólu, który towarzyszyłby mi podczas tego spotkania, kuliłam się w środku.
- Bello, wiem, że pewnie nie masz teraz ochoty żeby rozmawiać, ale ja muszę wiedzieć kilka rzeczy. Po pierwsze i najważniejsze, Bello, powiedz mi czy ty chciałaś... Zrobić sobie krzywdę? 
- Nie. Emily, wiem, że to tak wyglądało, ale naprawdę nie chciałam popełniać drugi raz tych samych błędów. Jedyny powód dla którego zażyłam tych kilka tabletek jest taki, że chciałam choć na kilka godzin odciąć się od tych wszystkich problemów... 
- Nawet nie wiesz jak mi ulżyło. Teraz powiedz mi co się stało na spotkaniu z Edwardem?
- On... Wyjaśnił mi co się wtedy stało. Wiem, że mówił prawdę. Powiedział, że mnie kochał i nadal kocha, a ta zdrada... Był pijany. Nie tłumaczył mi się, bo stwierdził, że nie ma żadnego wytłumaczenia na ból, który mi zadał. Emily, on... Powiedział mi jak to się stało, że stał się wampirem. Edward chciał się zabić. Przeze mnie. Nie chciał beze mnie żyć. Carlisle, ten lekarz, uratował go. Zapytałam go dlaczego unikał mnie przez kilka dni. To było jeszcze zanim mnie zdradził.Wiesz, Edward chciał mi się oświadczyć. Szykował niespodziankę. Prosił mnie o wybaczenie, ale ja spanikowałam i zaczęłam uciekać. Wtedy się potknęłam. Stąd ta krew na ręce. - Uznałam, że nie powiem jej jak Edward na to zareagował. Widziałam jak myśli nad każdym słowem, które wypowiedziałam. Jak szuka odpowiednich słów żeby mi odpowiedzieć. 
- Wybaczyłaś mu?
- Nie wiem. Jest mi ciężko. Wiem, że mówił prawdę. Można to wyczytać z jego oczu. Ale to nadal boli. Już nie tak jak dawniej, ale jednak... 
- Jest jeszcze jedna osoba, której także powinnaś wysłuchać. - Wiedziałam, że mówi o Jacobie i że w pewnym sensie ma rację. 
- Wiem i nie uśmiecha mi się to.
- Bello, jesteś nieuczciwa. Widzę, że prędzej czy później wybaczysz Edwardowi i nawet nie próbuj protestować. Znam cię jak mało kto, a poza tym nie trudno cię rozgryźć. Nie mówiłam ci tego wcześniej, ale tego samego dnia, w którym widziałaś Jacoba i Natalie, Jake przyszedł do mnie. Prosił abym mu pomogła, był zrozpaczony i gadał bez składu i ładu. Dopiero gdy uspokoił się na tyle żeby powiedzieć coś sensownego wszystko mi wytłumaczył. Uważam, że nie powinnaś go tak pochopnie osądzać i porozmawiać z nim. On cię kocha, Bello. - Nie wiem czy nie odpowiedziałam jej dlatego, że byłam na nią zła, czy dlatego, że nawet nie wiedziałam co mogłabym powiedzieć. Teraz to ja jestem ta nieuczciwa i zbyt pochopnie go oceniłam. Ale z jednym muszę się zgodzić z Emily. Muszę porozmawiać z Jacobem. 
- Podasz mi długopis? - Wzięłam do ręki list od Jacoba i gdy Emily podała mi długopis zaczęłam pisać :
Chyba musimy porozmawiać. Czekam na ciebie do wieczora. Tylko nie myśl, że to coś znaczy. Bella.
Zgięłam kartkę w pół, wsadziłam do koperty i dałam ją Emily. 
- Powiedz Samowi, że proszę go żeby przekazał ten list Jake' owi. 
- Dobrze - powiedziała i wyszła z pokoju. Spojrzałam na zegarek. Była ósma rano. Nadal czułam się trochę przymulona przez tabletki, więc postanowiłam wziąć szybki prysznic. Ciężki gips strasznie mi to utrudnił, ale dałam sobie radę. Kiedy już byłam odświeżona i ubrana, zeszłam na dół. Sama już nie było, a Emily przygotowywała śniadanie. Nagle zrobiłam się strasznie głodna. 
- Co robisz? - Zapytałam, wchodząc do kuchni. 
- Bella? Myślałam, że nie zejdziesz. 
- Nie mogę się nad sobą cały czas użalać, a poza tym jestem strasznie głodna. - Powiedziałam i ściągnęłam temblak, który strasznie uwierał mnie w szyje. Ostrożnie położyłam rękę na kolanach.
- Poprosiłam Jacoba o spotkanie.
- Dobrze zrobiłaś - powiedziała Emily, stawiając jedzenie na stole. - I co zamierzasz?
- Nie wiem. 
- A co ze ślubem?
- Jakim ślubem, Emily? Proszę, możemy o tym nie rozmawiać? I bez tego jest mi ciężko!
- Przepraszam. Smacznego.
- Nie, to ja przepraszam. Trochę mnie poniosło. Wiem, że się o mnie martwisz. 
- Nie masz za co przepraszać. 
- Mam do ciebie prośbę. Chciałabym porozmawiać z Jacobem na osobności. 
- Och, no jasne. I tak miałam pojechać do La Push. Zadzwonię do Sama żeby po mnie przyjechał. 
- Dziękuję. 
- Bello, powiedziałam pani Newton, że jesteś chora i przez kilka dni cię nie będzie.
- Dziękuję, że o tym pomyślałaś. Nie dałabym rady pracować. 
- Po to ma się przyjaciółkę. A teraz jedz, bo strasznie wychudłaś przez te kilka dni. 

Resztę dnia spędziłam przed telewizorem, udając, że oglądam. Tak naprawdę cały czas myślałam nad tym co zrobić. Jak postąpić żeby było dobrze. To wszystko przytłaczało mnie i gdy tylko Emily pojechała, a ja zostałam sama w domu, dałam upust emocjom. Nie wiem jak długo leżałam na kanapie płacząc i użalając się nad sobą. Gdy w końcu się uspokoiłam, rozdzwonił się mój telefon. Spojrzałam na wyświetlacz. Renee. 
- Bella? Dlaczego nie dzwonisz? Co słychać?
- Cześć mamo. Nie gniewaj się, że nie dzwoniłam, ale nie miałam do tego głowy. 
- Och, jak zwykle zabiegana. 
- Yhym. Co u ciebie i Phila?
- U nasz wszystko dobrze. Ostatnio zapisaliśmy się na kurs tańca towarzyskiego. Phil nie był zadowolony, ale ostatecznie dał się namówić. To naprawdę dobra zabawa. Ty i Jacob też powinniście spróbować. 
- Aha. 
- A co słychać u ciebie, córeczko?
- Jakoś leci.
- Jesteś jakaś smutna albo mi się wydaje.
- Wydaje ci się. 
- Albo chcesz żeby mi się wydawało. Nie chcesz mówić to nie mów. A u Jacoba co słychać? 
- Nie wiem. 
- Jak to nie wiesz? Przecież mieszkacie razem. - Słyszałam jak się roześmiała. Szkoda, że mi nie było do śmiechu. Muszę jej powiedzieć. Jak nie teraz to dowie się od kogoś innego.
- Mamo... Ja... Nie jestem już z Jacobem.
- Co? Ale jak to? Przecież ślub i w ogóle? Byliście taką wspaniałą parą.
- Właśnie. Byliśmy, ale już nie jesteśmy.
- Och, Kochanie. Co się stało?
- Jake, zrobił coś co przekreśliło nasz związek. Przepraszam, ale nie chcę o tym mówić.
- A jak ty się trzymasz? Boże, Bello, dlaczego mówisz mi dopiero teraz? 
- Wszystko jest w porządku. Nie martw się o mnie. Muszę już kończyć. Trzymaj się.
- Ale Bello... - Nie zdążyła dokończyć, ponieważ się rozłączyłam. Ta rozmowa dużo mnie kosztowała, ale z jednej strony ulżyło mi, że wie. Po jej głosie poznałam, że strasznie się o mnie martwi i nie dziwię się. Tylko ona tak dokładnie wiedziała co działo się ze mną po zdradzie Edwarda. Nie zdziwiłabym się, gdyby tu do mnie przyleciała żeby mnie przypilnować. A może tego właśnie potrzebowałam? Wypłakać się w rękaw mamy jak wtedy, gdy byłam mała. Wstałam i udałam się do kuchni. Nalałam sobie soku i już miałam wracać do salonu, kiedy usłyszałam pukanie do drzwi. Strach ścisnął mi gardło. Wiedziałam, że to Jacob stoi za drzwiami i nagle pomysł żeby się z nim spotkać wydał się bardzo głupi. Wolnym krokiem podeszłam do drzwi i je otworzyłam.
- Bella. - Tak jak myślałam za drzwiami stał Jacob. Wyglądał strasznie. Miał podkrążone oczy jakby nie spał od tygodni i był przygarbiony. Jego widok sprawił, że poczułam straszną tęsknotę. Zamknęłam oczy i przesunęłam się tak aby mógł wejść. Zamknęłam drzwi i  ruszyłam w stronę salonu. Słyszałam, a raczej czułam, że idzie za mną. Usiadłam na sofie, a Jacob kucnął przede mną. Patrzenie na niego przypominało mi o tym jak bardzo go kocham. Znałam na pamięć każdą rysę jego twarzy.
- Bello, nawet nie zdajesz sobie z tego sprawy, jak bardzo się cieszę, że chciałaś się ze mną spotkać. 
- To nic nie znaczy. Chciałam się z tobą spotkać żeby zadecydować co dalej, ale ja chyba już podjęłam decyzję. Chciałabym tylko usłyszeć twoją "wersję" tych wydarzeń. 
- Podjęłaś decyzję? Ale...
- Jake, w tej chwili naprawdę dużo kosztuje mnie przebywanie z tobą. Streszczaj się. 
- Bello, ja nie kocham Natalie. Nie kocham nikogo innego oprócz ciebie.
- A jednak całowałeś się z nią. 
- To ona całowała mnie. Nie słyszałaś całej kłótni. Mówiłem jej żeby sobie poszła, ale nie posłuchała mnie. Że też musiałaś zobaczyć tylko końcówkę tej kłótni... Kocham ciebie i tylko ciebie...
- Jake, a co zmieniłby fakt, że słyszałabym całą kłótnię? Prędzej czy później i tak wydarzyłoby się coś podobnego. Wiedziałeś, że Edward już kiedyś mnie zranił i jak na takie coś zareaguje. Wiesz jak bardzo mnie zraniłeś? Nie powinieneś w ogóle wpuszczać jej do domu, a tym bardziej dopuścić do tego, że jak twierdzisz, ona cię pocałowała. 
- Tak mi przykro...
- Wiesz, zawsze myślałam, że wpojenie nas rozłączy. Nie chodzi już nawet o Natalie. Jak nie ona to inna. Wpojenie zawsze było problemem w naszym związku. Może lepiej, że tak się stało teraz, a nie za kilka lat kiedy bylibyśmy po ślubie i w ogóle. Niczym się nie martw. Ja zajmę się wszystkimi sprawami organizującymi.
- Co chcesz przez to powiedzieć? - Czułam, że to powoli biegnie ku końcowi, ale czy naprawdę tego chciałam? Nie. Nie chciałam, ale tak było lepiej. Chciałam zdjąć pierścionek zaręczynowy z palca, ale gips mi to uniemożliwił, więc wystawiłam rękę w stronę Jacoba.
- Weź go. Zrywam zaręczyny.
- Ale Bello, ja naprawdę cię kocham! Nie rób nam tego, proszę!
- Jake, nie utrudniaj mi tego. Weź pierścionek i wyjdź. - Widziałam ból w jego oczach i przez chwilę miałam ochotę rzucić się na niego i już go nie puszczać, ale wiedziałam, że to byłby błąd. Gdy zdjął mi pierścionek z palca poczułam się taka pusta. Jakby uszło ze mnie całe moje życie. Jacob był moim życiem, a ja je właśnie zakończyłam. 
- Chcę żebyś wiedziała, że ja tego tak nie zostawię. Kocham cię Bello najbardziej na świecie i będę walczył o twoją miłość. 
- Do widzenia Jacobie. - Kiedy zamknął za sobą drzwi, zamknął się pewien rozdział w moim życiu. Rozdział pt. "Jacob".  
- Tak będzie lepiej - próbowałam przekonać samą siebie. Łzy spływały mi po policzkach, a z gardła wydobywał się szloch. Dlaczego to musi być takie trudne? Gdybym tylko wiedziała, że to był dopiero początek złej passy...

_______________________________________________________
A jednak mi się udało... No nic. Przepraszam jeśli wyłapiecie jakieś błędy, ale ciężko się pisze jedną ręką. 
Rozdział dedykuje Isabelli Swan-Cullen ,,Każdy z nas jest aniołem, z jednym połamanym skrzydłem, a one upadają najczęściej'' - jeden z jej blogów : ) Naprawdę fajnie pisze. Polecam..
Nie przynudzam więcej. Pozdrawiam ; *
Marta...

wtorek, 11 marca 2014

...

  Hej ;/  Przepraszam Was, że tak długo nie było rozdziału, ale mam pewne problemy ze zdrowiem...   Zastanawiam się nad zawieszeniem... Jeśli do poniedziałku nie pojawi się rozdział 10 może to oznaczać, że długo lub wcale nie będzie kolejnych rozdziałów. Mam nadzieję, że zrozumiecie.
Marta...

sobota, 15 lutego 2014

Rozdział 9

Perspektywa Belli.


Czułam, że powoli wybudzam się ze snu. Z ociąganiem otworzyłam oczy i spostrzegłam, że w pomieszczeniu jest ciemno. Spojrzałam na okno. Zmierzchało. Zdziwiłam się, więc spojrzałam na zegarek. Było po osiemnastej. Szybko dokonałam obliczeń i z zaskoczeniem odkryłam, że byłam nieprzytomna przez siedemnaście godzin. Powoli podniosłam się do pozycji siedzącej. Z zadowoleniem odkryłam, że nie czuję bólu, ale zaraz dotarło do mnie, że to tylko tymczasowe. Tabletki nadal działały, otumaniając mój umysł. Trudno mi było się na czymkolwiek skoncentrować. Wstałam z sofy i aż skrzywiłam się z bólu.
- Przeklęty stolik! Ała! - powiedziałam sama do siebie, czując, że kawałek szkła wbił mi się w nogę, a ciężki gips pociągnął do dołu złamaną rękę. Przez chwilę zastanawiałam się gdzie zostawiłam temblak, aż przypomniało mi się, że jest w sypialni. Usiadłam z powrotem na łóżko i zobaczyłam w jakim stanie jest moja noga. Nie było aż tak źle, ale sama nie wyciągnę sobie tego szkła.
- Przeklęty gips! - Krzyknęłam coraz bardziej zdenerwowana. Powoli odzyskiwałam pełną świadomość i czułam, że wszystko do mnie wraca i, że już niedługo ból i te uczucie straty powróci w zdwojonej sile. W całym domu panowała idealna cisza, dlatego podskoczyłam jak oparzona gdy usłyszałam pukanie do drzwi. Przez chwilę bałam się, że to może być Jacob, ale to nie było w jego stylu. Wiedziałam, że nie przyszedłby tutaj. Przynajmniej jeszcze nie teraz.
- Otwarte! - Krzyknęłam, ponieważ nie dałabym rady dojść do drzwi.
- Bello?! - No tak. Charlie właśnie przed chwilą skończył pracę, więc mogłam się spodziewać jego odwiedzin.
- Jestem w salonie. - Usłyszałam kilka ciężkich kroków i już po chwili przede mną stał mój ojciec. Spojrzał na rozbity stolik, moją skaleczoną stopę i twarz wykrzywioną bólem.
- Co się stało?! - Zapytał zaniepokojony. Nie chciałam mówić mu o tabletkach i utracie przytomności, ale jak wytłumaczę mu, że rozbiłam gipsem stolik.
- Tato, ja nie mogę wstać, ale jakbyś mógł to podaj mi telefon. O ile dobrze pamiętam to jest w kuchni i zamieć szkło zanim i ty sobie coś zrobisz - powiedziałam cicho, wymigując sie od odpowiedzi. Ta, chciałoby się...
- Najpierw wytłumacz mi co się stało.
- Nic takiego. Przez nieuwagę walnęłam gipsem w stolik, a gdy chciałam wstać, żeby to posprzątać, skaleczyłam się w nogę. - Po jego minie widziałam, że nie do końca mi uwierzył, ale nic więcej nie mówił tylko poszedł po telefon i zmiotkę. Podziękowałam mu, gdy podał mi telefon i uśmiechnęłam się sztucznie.
Miałam ochotę zamknąć się w sypialni i zostać sama, ale wiedziałam, że Charlie mnie teraz nie zostawi. Spojrzałam na wyświetlacz telefonu. Dwadzieścia nieodebranych połączeń od Emily i dwa od Charliego. Pewnie dzwonili gdy byłam nieprzytomna. Emily. Pewnie już wiedziała o tym co się stało i wydzwaniała martwiąc się o mnie. Jest kochana, ale naprawdę nie chciałam teraz z nikim rozmawiać. Wsadziłam telefon do kieszeni i oparłam się o puchate poduszki. Jacob je uwielbiał, a nawet pachniały nim. Wszystko w tym domu przypominało mi o Jacobie. Spojrzałam na ścianę, pod którą nakryłam go z Natalie i kilka łez spłynęło mi po policzkach.
- Znowu płaczesz? Wszystko będzie dobrze Bello. Zobaczysz, że... - tacie przerwało pukanie do drzwi. - Otworzę. - Powiedział i wyszedł z salonu. Dlaczego akurat wtedy gdy chce być sama, wszyscy mnie odwiedzają? Otarłam wierzchem dłoni łzy i starałam się żeby kolejne nie spłynęły po moich policzkach.
- Och, Bello. Tak mi przykro! Dzwoniłam do ciebie. Dlaczego nie odbierałaś? Kochanie jak się czujesz? Mocno boli? - To Emily wpadła do salonu jak burza i przytuliła mnie mocno, zadając tysiące pytań na raz.
- Wszystko dobrze - skłamałam, próbując się uśmiechnąć, ale Emily za dobrze mnie zna, żeby mi uwierzyć. Od razu zorientowała się w jakim jestem stanie i westchnęła ciężko.
- Właśnie widzę. Co ci się stało w nogę? Och, przecież masz kawałek szkła w stopię. Poczekaj, zaraz wrócę i opatrzę ci tę ranę - powiedziała i nie czekając na jakąkolwiek odpowiedź pobiegła na górę do łazienki. Znała ten dom jak własną kieszeń i już po chwili wróciła z apteczką, pensetą i temblakiem.
- Powiedz jeśli będzie boleć - powiedziała i zabrała się za wyciąganie odłamka szkła, a ja przez chwilę zastanawiałam się gdzie jest Charlie. Usłyszałam, że krząta się po kuchni. Czułam, że Emily wyciągnęła szkło i zauważyłam, że chciała położyć je na stoliku.
- Bello, tu stał stolik. Och, to właśnie stąd to szkło, prawda? - Była tak roztrzepana, że nawet nie zauważyła, że coś się zmieniło. Pokiwałam ponuro głową na znak, że się z nią zgadzam, a później zagłębiłam się w własnych myślach. Cały czas czułam się taka pusta. Jakby z odejściem Jake' a, wyparowały wszystkie moje wnętrzności. Wszystkie oprócz serca. Zranionego serca. Ten smutek i ta świadomość straty sprawiała, że dusiłam się i coraz ciężej było mi oddychać. Wiedziałam, że zaraz wpadnę w panikę i nikt mi nie pomoże. Nie chciałam, żeby Emily i Charlie, byli tego świadkami, ale czułam, że ten moment zbliża się nie ubłagalnie.
Bałam się tego bólu i miałam ochotę ponownie odlecieć. Odciąć się od rzeczywistości i zapomnieć o problemach. Gdyby tylko ich nie było, zażyłabym kolejną porcję tabletek.
- Skończyłam - oznajmiła Emily sprzątając strzępki bandaża i zużyte gazy. Wzięłam temblak, który położyła na oparciu sofy i czekałam, aż wyjdzie do kuchni. Gdy tylko straciła mnie z oczu, wstałam i kuśtykając ruszyłam w stronę schodów. Prawie mi się udało, ale ktoś ponownie zapukał do drzwi. Zaklęłam cicho i krzyknęłam:
- Otworzę!
Pokuśtykałam w stronę drzwi i otworzyłam.
- O nie - jęknęłam żałośnie i spróbowałam zatrzasnąć drzwi, ale osoba, która za nimi stała, wsadziła nogę pomiędzy futrynę, a drzwi, uniemożliwiając mi to.
- Czego tu chcesz?!- Warknęłam zdenerwowana. Łzy zaczęły płynąć mi po policzkach strumieniami.
- Chce tylko porozmawiać. Poza tym mam twoje zakupy.
- Nie chce rozmawiać. Powiedziałam ci już, że cię nienawidzę!
- Bello? Wszystko w porządku?! - Krzyknęłam za głośno i Charlie się zainteresował. Modliłam się żeby tu tylko nie przyszedł. Wściekłby się i jak nic zrobiłby Edwardowi wielką awanturę.
- Wszystko w porządku, tato! Naprawdę! - Odkrzyknęłam mu i spojrzałam z powrotem na Edwarda.
- Rozumiem. Nie oczekuję od ciebie tego, że mi wybaczysz.
- Po moim trupie.
- Właśnie. Proszę cię tylko o rozmowę.
- Dlaczego niby miałabym się zgodzić?
- Proszę - powiedział, podając mi torby jakby to miało mnie przekupić. Wzięłam je, okazując mu jak najwięcej wrogości..
- Nie! Nie teraz. Jeśli już musisz marnować mój czas, przyjdź jutro z rana.
Nie czekając na odpowiedź zamknęłam drzwi i wróciłam do kuchni. Całą twarz miałam zalaną łzami, a nos zapchany.
- Kto to był? - Spytała zaniepokojona Emily kiedy mnie zobaczyła. Przytuliła mnie do siebie jak małe dziecko. Charlie podszedł do nas i zaczął głaskać mnie po głowie. Tak się o mnie troszczą. Czułam w gardle wielką gulę, która uniemożliwiała mi mówienie.
- Jacob? - Zapytał zatroskany Charlie. Pokręciłam przecząco głową. Emily spojrzała na torby w mojej ręce.
- To był Edward, prawda? Czego on tu chciał?
- Porozmawiać.
- Jak on śmiał się tu pokazywać?! Jeszcze raz go tu zobaczę to raz na zawszę wybiję mu z głowy nękanie cie!
- Nie trzeba tato. Przepraszam was, ale ja pójdę na górę. Chcę pobyć trochę sama.
- Jeśli tego właśnie potrzebujesz. Wrócę do La Push po rzeczy i zostanę u ciebie na noc.
- Nie. Dam sobie radę sama.
- Ale ja się nie pytałam tylko oznajmiłam ci, że z tobą zostanę. To nie podlega dyskusji.
- Ale...
- Jeśli chcesz możesz siedzieć cały czas zamknięta w swojej sypialni, ale ja i tak zostanę.
- W takim razie ja pojadę do domu. Trzymaj się Bells. - Powiedział tata, przytulając mnie i poszedł. Wiedziałam, że się o mnie martwił, ale wiedziałam także, że nienawidził łez i gdy tylko usłyszał, że będę miała opiekę, postanowił się ulotnić.
- Mnie się nie pozbędziesz - powiedziała Emily, gdy na nią spojrzałam.  Oparła się o blat kuchenny i czekała na moją reakcję. Wiedziałam, że nie przekonam jej do zmiany zdania, ale wiedziałam też, że nie będę teraz dla niej najlepszym towarzystwem. Ona potrzebuje teraz opieki, a ja jej tego nie zapewnię. Wtedy wpadłam na pewien pomysł.
- Skoro musisz już zostać to weź ze sobą  Sama. Nie chcę żebyś była sama, a ja nie jestem w nastroju do rozmów. Możecie zostać jak długo chcecie. Ja i tak nie będę wychodzić z sypialni. Wiesz, gdzie jest pokój gościnny. Czujcie się jak u siebie w domu - powiedziałam i wyszłam z kuchni nie czekając na odpowiedź. Kuśtykając, weszłam do sypialni i położyłam się na łóżku. Czułam się okropnie, a najgorsze było to, że... Trudno było mi się do tego przyznać sama przed sobą, ponieważ po czymś takim powinnam nienawidzić Jacoba, a ja za nim tęskniłam, a do tego zgodziłam się porozmawiać z Edwardem. Kolejnym facetem, który mnie zranił. Czy oni wszyscy są tacy sami? Dlaczego to wszystko musi tak boleć. Dlaczego choć raz w życiu nie mogę być w pełni szczęśliwa? Edward... Teraz miałam ochotę zafundować sobie za to porządnego kopa. Wiedziałam jak to na mnie wpłynie, a jednak się zgodziłam. Czuję, że jeszcze tego srogo pożałuję. Wiecie jak to jest dowiedzieć się o zdradzie i to po raz kolejny? Gdyby ktoś kazał mi opisać jak się teraz czuję to odpowiedziałabym, że czuje się jakbym była głęboką, pustą studnią. Ból rozchodził się po moim ciele szukając dna, którego nie było. Pojawiało się go coraz więcej i więcej. Można powiedzieć, że rozsadzał mnie od środka. Tak bardzo chciałabym żeby to był tylko zły sen. Koszmar, z którego ciężko się obudzić. Pragnęłam mieć przy sobie kochającą mnie osobę, Jacoba, ale go nie było. Już nigdy nie będzie. Nigdy już nie usłyszę od niego, że mnie kocha. Tyle razy mi to powtarzał, a ja teraz zastanawiam się czy to były tylko puste słowa rzucane na wiatr i czy choć raz powiedział mi to szczerze. Może był ze mną tylko z litośći. Ulitował się nad biedną, zranioną Bellą. Czy umiałby tak udawać? Miałam okazje przekonać się, że Jake jest świetnym aktorem, ale czy aż tak świetnym... Miałam szczerą nadzieję, że Jacob mnie kocha, a przynajmniej kochał bo teraz to już czas przeszły. Czy kiedykolwiek pogodzę się jeszcze z Jacobem? Czy będę w stanie mu jeszcze zaufać? Szczerze w to wątpiłam.

Perspektywa Jacoba.

Stanąłem przed drzwiami Clearwaterów i zapukałem cicho. Czekając aż drzwi się otworzą, zastanawiałem się co ja jej w ogóle powiem. Nakaże zeznawać przed Bellą, że to ona mnie pocałowała i, że ja nie jestem niczemu winien. Szczerze mówiąc to tak właśnie chciałbym zrobić, ale to nie rozwiązałoby problemu. Usłyszałem ciche kroki i serce przyśpieszyło mi ze zdenerwowania. Dlaczego aż tak się stresowałem? W końcu drzwi się otworzyły i stanął w nich zaspany Seth.
- Cześć stary. Sorki, że cię obudziłem, ale mam sprawę do Natalie.
- Poczekaj - odpowiedział, uśmiechając się. - Zaraz ją zawołam. Wejdziesz?
- Nie. Poczekam tutaj - odpowiedziałem mu, opierając się o framugę drzwi. Seth pokiwał głową i zniknął w domu. Przez chwilę zastanawiałem się czy Natalie w ogóle zechce się ze mną widzieć, ale moje wątpliwości zniknęły gdy zobaczyłem ją idącą w moją stronę.
- Witaj. Czego chcesz? - powiedziała cicho przyglądając się swoim stopom.
- Chciałbym z tobą porozmawiać. Przejdźmy się. - Byłem spięty i to nawet bardzo. Natalie nie ruszyła się nawet o centymetr i już myślałem, że nie będzie chciała ze mną iść, ale po chwili zastanowienia wyszła na zewnątrz, zamykając za sobą drzwi. Ruszyła do przodu nie sprawdzając czy idę za nią. Przez chwilę chciałem zostać, wkurzony, że nie zwracała na mnie uwagi, ale poszedłem za nią. Zaprowadziła mnie na plaże i usiadła na jednym z wyrzuconych na brzeg konarów drzewa.
- Jacob... Ja chciałam cię przeprosić - powiedziała, bawiąc się swoimi palcami. Zaskoczyła mnie i to bardzo.
- Nie powiem, że nie ma za co. Twoje zachowanie było karygodne. Dlaczego to zrobiłaś? Sprawiłaś przykrość nie tylko mi, ale i Belli, i sobie, a nawet wszystkim członkom sfory. Wiedziałaś, że to przyniesie takie skutki, więc dlaczego?
- Bo cię kocham i chciałam być tak samo szczęśliwa jak wy wszyscy. Wiesz, dużo o tym myślałam i teraz wiem, że postąpiłam bardzo źle, ale czasu nie cofnę - powiedziała, wzruszając ramionami. Ten gest bardzo mnie rozwścieczył.
- A czy ciebie to w ogóle obchodzi?! Gdybyś mogła cofnąć czas, zrobiłabyś to samo, prawda? Nie zważając na skutki swoich czynów!
- Jacob to nie jest tak! Przepraszam!
- To wytłumacz mi jak!
- Wiesz jak działa wpojenie? Czasami to ono decyduje o tym co mam zrobić i powiedzieć. Ponoszą mnie emocje i jestem gotowa zrobić wszystko żebyś tylko odwzajemnił moje uczucia, a później gdy już zostaję sama, żałuję! Nie prosiłam się wcale o bycie wilkiem, a o wpojenie się w zajętego faceta tym bardziej! Po prostu to jest silniejsze ode mnie! - Wykrzyczała te słowa, zrywając się na równe nogi i zaczęła płakać. Ze złości zaczęła cała drgać i musiałem coś zrobić żeby się uspokoiła.
- Natalie, uspokój się - powiedziałem, kładąc rękę na jej ramieniu. - Oddychaj głęboko. To ci pomoże.
Zastosowała się do moich zaleceń i już po chwili drganie ustało. Posadziłem ją z powrotem na konarze i zaczekałem, aż uspokoi się do końca.
- Przepraszam, przepraszam, przepraszam - wyszeptała cicho,wycierając łzy. - Co mogę zrobić, żeby to naprawić?
- Nie wiem czy tu da się cokolwiek naprawić, ale mam pewien pomysł. Może po prostu powiesz Belli jak dokładnie przebiegła nasza kłótnia?
- Rozmawiałeś z nią?
- Nie. Wątpię, że chciałaby mnie wysłuchać.
- To dlaczego miałaby wysłuchać mnie? Po tym wszystkim na pewno mnie nienawidzi.
- Warto spróbować.
- Jake, nie obraź się, ale nie wyglądasz na zbytnio załamanego. Kochasz ją w ogóle?
- Czy ją kocham? Bella jest całym moim życiem. Powietrzem, ziemią, wszystkim. Może nie wyglądam na załamanego, ale w środku czuję się strasznie. Tak jakby ktoś wyrwał mi ze środka serce. Tym sercem była Bella. Natalie, czy ty wiesz jak ciężko żyje się ze świadomością, że kogoś się zawiodło? Belle już raz zraniono i nawet nie zdajesz sobie pojęcia jak ciężko było odbudować na nowo jej zaufanie, a teraz to ja ją zraniłem chociaż tak dużo jej naobiecywałem. Mieliśmy wziąć ślub, tyle razy mówiłem jej, że że ją kocham, a ona pewnie myśli teraz, że to były słowa rzucane na wiatr. Wiesz jak ja się czuję z tą świadomością, że zawiodłem moją Belle?
- Nie, nie wiem jak się czujesz, ale uwierz mi, że mi też nie jest łatwo.
- Wierzę ci Natalie. Więc jak? Mogę liczyć na twoją pomoc?
- Oczywiście. Jestem wam to winna. Tylko pozwól mi się na to przygotować. 
- Mam do ciebie jeszcze jedną prośbę.
- Jaką?
- Daj mi znać gdy zdecydujesz się już na tę rozmowę. Chciałbym, żebyś przekazała coś Belli.
- Dlaczego sam jej tego nie przekażesz?
- Boję się spojrzeć jej w oczy. Boje się tego co mogę od niej usłyszeć... - Taka była prawda. Bałem się spojrzeć w oczy Belli. Byłem tchórzem.
- Nie. Nie zrobię tego. Jak chcesz się z nią pogodzić skoro boisz się spojrzeć jej w oczy. Przykro mi, ale nie mam zamiaru bawić się w głuchy telefon. Sam przekażesz jej to co chcesz jej powiedzieć. Ja po prostu jej wszystko wytłumaczę. Pójdę już. Mam patrol z Paulem. Cześć - powiedziała i pobiegła w stronę lasu, a ja zostałem i wpatrywałem się w fale rozbijające się o brzeg. Natalie miała racje. Jak miałem pogodzić się z Bellą skoro bałem się z nią porozmawiać? Ale jak mam spojrzeć jej w oczy po tym jak ją zraniłem. Tak bardzo chciałbym cofnąć czas, ale to nie możliwe. Tak bardzo chciałbym znów się do niej przytulić i poczuć zapach jej ulubionych perfum, powiedzieć jej, że bardzo ją kocham. Czy będę miał jeszcze taką okazję? Tak bardzo tego pragnę...


Dzień później - perspektywa Edwarda.

Wampir, który boi się zwykłej dziewczyny, a raczej tego co od niej usłyszy. Już z pięć minut stoję przed drzwiami Belli, ale dotąd nie zebrałem w sobie tyle odwagi żeby zapukać. Sam chciałem tej rozmowy, a teraz się jej obawiam. W końcu zebrałem w sobie tyle odwagi żeby zapukać. Wziąłem głębszy oddech żeby się uspokoić i zachować zdrowy rozum przy Belli. Drzwi otworzyły się, ale nie stanęła w nich Bella tylko jakaś czarnowłosa dziewczyna. Widziałem ją z Bellą wtedy na parkingu. Zmarszczyłem nos, ponieważ pachnało od niej wilkołakiem. Musiała być dziewczyną zmiennokształtnego.
- Po co tu przyszedłeś? - zapytała, jakby wiedziała kim jestem. A może wiedziała... Może Bella jej się zwierzyła. - Żyjesz? Ha! Przecież ty nie żyjesz. Przepraszam za błąd. Będziesz dalej mi się tak przyglądał? Czego tu chcesz?
- Zostawmy temat mojej egzystencji. Chciałbym porozmawiać z Bells.
- Nie. Ona nie potrzebuje twojego towarzystwa.
- A mogłabyś ją tu poprosić?
- Śpi.
- Hym... - mruknąłem, wytężając słuch. Bella nie spała. Słyszałem jej cichy szloch w środku domu. - Mnie nie oszukasz. Poproś ją tu. Chciałbym od niej usłyszeć, że nie chce ze mną rozmawiać. 
- Poczekaj tu - powiedziała, poddając się. Widziałem, że martwi się o Belle, ale musiałem się z nią spotkać. Musiałem jej wszystko wyjaśnić i dowiedzieć się jak dużo wie.
- Nie chcę ci przeszkadzać, ale masz gościa. Edward. Mówiłam mu żeby sobie poszedł, ale...
- Porozmawiam z nim. - Słyszałem jak Bella wstaje z łóżka, schodzi po schodach, aż w końcu stanęła przede mną. Wyglądała marnie. Miała podkrążone oczy, spuchnięty nos, rękę w gipsie i lekko utykała chodząc. Na jej twarzy było widać ślady łez. Cierpiała i to nawet bardzo. Nie wiedziałem z jakiego powodu. To było strasznie irytujące, że nie mogłem czytać w jej myślach. W pewnej chwili zapragnąłem przytulić ją i pocieszyć, ale bałem się wykonać jakikolwiek ruch.
- Pójdziemy się przejść czy będziesz się tak na mnie gapił? - powiedziała, zakładając buty.
- Przepraszam - wyszeptałem, puszczając ją przodem. Szła przed siebie nie sprawdzając czy idę za nią. Była przygarbiona jakby na jej ramionach spoczęły problemy całego świata. Zaprowadziła mnie w głąb lasu trzymając się obszaru niczyjego jakby dokładnie wiedziała którędy przebiega granica paktu i gdzie wolno mi być. Przez całą drogę nic nie mówiła. Usiadła pod jednym z drzew i spojrzała na mnie smutno. Chciałem się odezwać, ale wszystkie słowa wyparowały mi z głowy.
- Chciałeś porozmawiać, więc słucham.
- Bello... Błagam cię, wysłuchaj mnie do końca.
- Mów.
- Tyle razy powtarzałem sobie w głowie co ci powiem, a teraz po prostu braknie mi słów. Chciałbym... Chciałbym, abyś wiedziała co dokładnie wydarzyło się tamtego wieczoru... Ja...
- Ale ja wiem co się wydarzyło! Zastałam cię w łóżku z jakąś wywłoką! Zdradziłeś mnie, a ja się załamałam! Cierpiałam prze ciebie! - wykrzyczała mi to prosto w twarz, wstając. Miała do tego prawo. Wiedziałem jak się czuła, ponieważ ja czułem to samo.
- Bello... Wiesz, że jestem wampirem, prawda?
- Tak. Wiem, że jesteś pijawką - odburknęła mi.
- A czy wiesz, dlaczego stałem się tym czym jestem?
- Nie. Nie wiem i nie chce wiedzieć.
- Wysłuchaj mnie. Błagam - musiałem za wszelką cenę opowiedzieć jej całą tę historie. - Tamtego wieczoru byłem piany...
- Pamiętam - przerwała mi, marszcząc brwi jakby nad czymś się zastanawiała.
- To przez alkohol. Promile tak zawróciły mi w głowie, że nawet nie wiedziałem co robię. Ocknąłem się dopiero gdy zobaczyłem ciebie. Dopiero wtedy dotarło do mnie jak wielki błąd popełniłem. Wiem, że to nie jest żadna wymówka, ale taka jest prawda. Nie dałaś mi wtedy się wytłumaczyć, a później straciłem z tobą kontakt. Twoja matka nie chciała udzielić mi żadnych informacji chociaż błagałem ją o to na kolanach. Któregoś dnia powiedziała mi, że wyjechałaś, a wtedy się załamałem. Próbowałem się zabić, ale znalazł mnie Carlisle i zmienił w wampira. Zyskałem nową rodzinę, ale cały czas o tobie myślałem. Gdy zobaczyłem cię na tym parkingu, dotarło do mnie, że właśnie otrzymałem szansę żeby to naprawić - słowa wyleciały ze mnie jak z armaty. Zaczerpnąłem powietrza jakby było mi ono potrzebne i spojrzałem na twarz Belli. Z jej oczu płynęły łzy. Wpatrywała się we mnie, machając głową jakby coś ją opętało.
- Nie! Nie, nie, nie i jeszcze raz nie! Wiedziałam! Wiedziałem, że po tej rozmowie będę jeszcze bardziej cierpieć! Wiesz jak to jest zostać zdradzonym? Ja skosztowałam tego smaku już dwa razy. Po raz pierwszy kilka lat temu, a po raz drugi chyba dwa dni temu! Przez ten ból i smutek straciłam rachubę czasu! Nie potrafię myśleć o czymkolwiek innym! Wszyscy jesteście tacy sami! Nie powinieneś istnieć tak samo jak te przeklęte wilkołaki!- Głos jej się zamazywał, a z oczu wypływały coraz to nowsze łzy. Teraz wiedziałem dlaczego cierpi. Ktoś ponownie ją zdradził. Ktoś odnowił rany, które jej zadałem. Wiedziałem, że był to któryś z wilkołaków i nagle zapragnąłem go zabić. Za to, że skrzywdził Belle. Ona jest taka krucha i delikatna. Tak bardzo chciałbym po raz kolejny otoczyć ją opieką, ale wiedziałem, że to nie jest już możliwe. Podszedłem do niej, chcąc ją przytulić i pocieszyć. Przez chwile próbowała mnie odepchnąć, a później sama wtuliła się we mnie. Uśmiechnąłem się szeroko jakbym wygrał nagrodę... Moją nagrodą była Bella.


_______________________________________________________

Kolejny rozdział oddaję w wasze ręce i czekam na szczere opinie. ;p
Widzę, że dużo osób woli Edwarda ; D Hym... Szczerze to sama nie jestem pewna jak to się dalej potoczy. Mam w głowie dwa scenariusze. Jeden z Edwardem, a drugi z Jacobem. A może jakoś je połączę... O tak ;p Już to widzę! Haha...! Ale mam pomysła...!!
Nie wiem kiedy pojawi się kolejny rozdział... Nauka i te sprawy.
Jak zwykle przepraszam za wszelkie wykryte błędy i powtarzam... Nie bójcie się ich mi wytknąć!
Pozdrawiam ; **!!
Martaa...

sobota, 1 lutego 2014

Rozdział 8

Perspektywa Belli.

- Bello. Kochanie, co się stało? No już... Nie płacz... Cichutko. - Charlie próbował mnie uspokoić, głaskając mnie po głowie, ale to i tak nic nie dawało. Czułam się strasznie.
- Bello, powiesz mi o co chodzi? Inaczej ci nie pomogę - powiedział Charlie, przytulając mnie. Po raz kolejny wysmarkałam nos w chusteczkę i wytarłam łzy.
- Jacob... On mnie zranił. Zostawił mnie - wyjąkałam, zaciskając ręce w pięści. - Ała!
- Co się stało?! - Charlie dopiero teraz spojrzał na moją rękę. Bolała już tak mocno, że nie wiedziałam w jakiej pozycji ją ułożyć.
- Chyba złamałam sobie rękę, uderzając Jacoba w twarz.
- Przecież ona jest strasznie spuchnięta. Bello, musimy jechać do szpitala.
- Dobrze. - Zgodziłam się. Ból był już nie do wytrzymania. Chociaż ból, który czułam w sercu był jeszcze gorszy. Bolało mnie to, że osoba, której zaufałam, i którą pokochałam, tak bardzo mnie zraniła. Przecież miało być tak pięknie. Niedługo miał być ślub. Wszystko już było załatwione. To wszystko wydawało mi się teraz takie nierealne, odległe. Teraz potrafiłam tylko myśleć o tym, że Jacob mnie zdradził. Cały czas miałam przed oczami ich pocałunek i ten śmiech Natalie. Cieszyło ją to, że cierpię. Kolejne łzy spłynęły mi po policzku, a moim ciałem wstrząsnęły dreszcze. Charlie, widząc to okrył mnie kurtką. Byłam tak roztargniona, że nawet nie zauważyłam, kiedy zdążyliśmy wsiąść do samochodu. Miałam ochotę schować się gdzieś w kącie i już nigdy nie wychodzić. Żeby już nikt nigdy mnie nie zranił. Tego wszystkiego było już za wiele. Edward, Natalie, zdrada. Wszystko zwaliło się na mnie tak nagle i to praktycznie w jednym czasie. Do tej pory dawałam jeszcze jakoś radę, ale teraz to naprawdę już za wiele.
- Bello, jesteśmy na miejscu. Wysiadaj. - Byliśmy już pod szpitalem i Charlie otwierał mi drzwi od samochodu. Wysiadłam, potykając się o własne nogi i gdyby nie ojciec, wywróciłabym się. 
- Jesteś przemęczona. Musisz odpocząć. - Powiedział, biorąc mnie pod rękę i prowadząc w stronę wejścia do szpitala. Gdy tylko weszliśmy do środka, uderzył mnie zapach szpitala od którego zakręciło mi się w głowie i upadłam na kolana. Gdyby nie Charlie, uderzyłabym głową w podłogę.
- O boże! Co się stało?
- Zasłabła. Niech pani dostarczy nam wózek.
- Zaraz wracam. - Powiedziała jakaś spanikowana pielęgniarka i pobiegła, a ja przy pomocy taty, usiadłam na krześle. Na korytarzu panował gwar, który ranił moje uszy. Słyszałam, że Charlie coś do mnie mówi, a później widziałam jak się oddala, ale to wszytko wydawało być się za mgłą. Jedyne co czułam wyraźnie to był ból. Hałas na korytarzu stawał się coraz głośniejszy, a ja czułam, że moja głowa zaraz tego nie wytrzyma. Czułam, że powoli tracę przytomność. Szczerze to nawet tego chciałam. Chciałam choć na chwilę odciąć się od tego wszystkiego. Zemdleć i nie czuć bólu, który ogarniał całe moje ciało. Bo chyba należy mi się krótki odpoczynek. Zamknęłam oczy i odleciałam.

- Bello! Bello, obudź się! - Jakiś głos cały czas próbował mnie obudzić, ale ja tak bardzo nie chciałam wracać do rzeczywistości.
- Hej! Otwórz oczy! - Ktoś lekko mną potrząsnął, wybudzając mnie ze snu. Snu, w którym nie czułam bólu. Jęknęłam pokonana i otworzyłam oczy. Jasne światło szpitalnych lamp raziło mnie w oczy, ale gdy chciałam zakryć je rękom, coś ciężkiego mi to uniemożliwiło. Spojrzałam w tamtą stronę i zobaczyłam, że moją prawą rękę, aż do łokcia pokrywa ciężki gips.
- W końcu wróciła pani do żywych. Proszę się nie ruszać, ponieważ jest pani podłączona do kroplówki. - Dopiero teraz zauważyłam, że w lewej ręce mam powbijanie igły i podłączoną kroplówkę. Rozkojarzona rozejrzałam się dookoła. Znajdowałam się w jakimś gabinecie. Najprawdopodobniej w zabiegowym, ponieważ wszędzie były jakieś przeróżne przedmioty do zakładania, czy ściągania gipsu, skalpele i inne rzeczy, których nazwy nie znałam. Nade mną stał jakiś lekarz. Dopiero po chwili zorientowałam się kim on był. Carlisle Cullen. Zaskoczona usiadłam gwałtownie, aż zakręciło mi się w głowie.
- Spokojnie. Prawie przewróciła pani kroplówkę.
- Przepraszam.
- Nie szkodzi. Zemdlała pani na korytarzu, gdy pani ojciec odszedł, żeby nalać pani wody.
- Niech pan zwraca się do mnie po imieniu.
- No dobrze. A więc Bello, zasłabłaś z przemęczenia i masz złamania kości śródręcza. Gdzie się tak załatwiłaś?
- Przyłożyłam z liścia wilkołakowi. - Powiedziałam, w ogóle się nad tym nie zastanawiając. Dopiero po chwili dotarło do mnie to co powiedziałam i ze strachem w oczach spojrzałam na Carlisle' a. Nie wydawał się zaskoczony, jakby już od dawna wiedział, że wiem o świecie prosto z legend.
- A więc się nie myliłem. Wiesz kim jestem, prawda? - Zapytał, siadając obok. Kiwnęłam słabo głową, potwierdzając jego słowa.
- Tak właśnie myślałem. Nie bój się. Nie zrobię ci krzywdy.
- Wiem. Nikt nie potrafiłby już bardziej mnie zranić. - Powiedziałam, ponieważ wszystko powoli do mnie wracało. Ból po zdradzie i ta świadomość, że całe życie legło mi w gruzach. Czułam, że oczy zaczynają mnie piec od zbierających się łez. Mrugnęłam i już po chwili czułam na ustach smak słonych łez.
- Nie możesz tyle płakać, bo w końcu się odwodnisz, Bello. - Powiedział Carlisle podając mi chusteczkę. Podziękowałam skinieniem głowy i otarłam łzy.
- Czy mogę już stąd wyjść?
- Myślę, że tak. Kroplówka już się skończyła i zaraz zawołam kogoś żeby ją odłączył.
- Jak długo właściwie byłam nieprzytomna. 
- Przeszło godzinę. Gdyby ręka bolała, weź jakieś silne środki przeciwbólowe i spróbuj się przespać. Już wezwałem pielęgniarkę. - Powiedział, wciskając jakiś guzik. Już po chwili w gabinecie pojawiła się jakaś pielęgniarka i odłączała mnie od kroplówki.
- Weź je. Są najlepsze. Pamiętaj żeby się nie przemęczać. Do widzenia Bello. - Powiedział Carlisle, podając mi opakowanie jakichś tabletek.
- Do widzenia - odpowiedziałam cicho i wyszłam z gabinetu, zastanawiając się czy moje życie kiedykolwiek miało sens. Dlaczego zawsze miałam pod górkę? Rozejrzałam się w poszukiwaniu taty, ale nigdzie go nie było. Usiadłam na krześle, żeby na niego poczekać. Nie miałam ochoty szukać go po całym szpitalu. Chciałam podciągnąć kolana pod brodę, ale ciężki gips mi to uniemożliwił. Czułam się dziwnie. Wszystkie odgłosy i zapachy do mnie dochodziły, ale ja miałam wrażenie, że to wszystko jest za mgłą. Jedyne co tak naprawdę do mnie dochodziło, to to, że Jacob zadał mi ból. Wiedziałam, że bez niego moje życie będzie puste i nic nie warte. Każdy dzień będzie gorszy i gorszy. Pamiętam pierwsze dni po zdradzie Edwarda. Dopiero teraz zrozumiałam, że tamten ból w porównaniu z tym, który czułam teraz, był niczym. Dopiero teraz dotarło do mnie, że kochałam Jacoba bardziej niż kogokolwiek na świecie. Obdarzyłam go tak wielką miłością i zaufaniem, choć tak ciężko było mi zaufać, a on to zniszczył. Chociaż wylałam już hektolitry łez, one dalej spływały po moich policzkach, mocząc mi bluzkę. Nie miałam przy sobie chusteczek, a czułam, że są mi niezmiernie potrzebne. Tak bardzo chciałabym cofnąć czas i zrobić wszystko żeby tego bólu nie było. Cały czas nie mogłam zrozumieć dlaczego Jacob mi to zrobił. Przecież tyle razy powtarzał mi, że mnie kocha, że nigdy nie zostawi. Teraz te słowa wydawały się takie puste. Nic nie znaczące. Chciałam już wrócić do domu, ale Charlie jeszcze nie przyszedł. Jęknęłam cicho gdy moim ciałem wstrząsnęły dreszcze, a z oczu popłynęły kolejne łzy. Jak dużo ich mam?
- Wszystko w porządku? - Usłyszałam jakiś głos. Niebezpiecznie znajomy głos. Podniosłam powoli głowę. Nie pomyliłam się co do głosu. Nade mną stał Edward.
- Kurwa. Tylko tego brakowało - powiedziałam. Na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech, a ja przez chwile zastanawiałam się z czego on się śmieje.
- Też się cieszę, że cie widzę Bello - powiedział, podając mi chusteczki. Przyjęłam je z wdzięcznością i wysmarkałam nosa. Czułam się strasznie, gdy tak nade mną stał. Nadal go nienawidziłam i jego widok sprawiał mi ból. A w tej chwili nie potrzebowałam już jego kolejnych dawek. Ten, który zadał mi Jacob, był wystarczający.
- Idź stąd. Nie chcę cie znać Edwardzie. Nienawidzę cię! Nienawidzę wszystkich chłopaków. Wszyscy jesteście tacy sami! - Krzyknęłam, wstając gwałtownie z krzesła. Za gwałtownie. Przed oczami mi zawirowało i gdyby nie Edward, upadłabym.
- Zostaw mnie pijawko! - Krzyknęłam ponownie, wyszarpując się z jego uścisku. Był tak zaskoczony, że pozwolił mi na to.
- Co? Nie spodziewałeś się, że wiem? Zaskoczony?! - Przez nerwy nie panowałam nad swoim głosem i jestem pewna, że cały szpital mnie usłyszał. Drzwi od gabinetu zabiegowego otworzyły się i stanął w nich Carlisle.
- Ej, to jest szpital. Nie powinniście tu krzyczeć - powiedział surowo. - A szczególnie kiedy rozmawiacie o takich rzeczach, Edwardzie - powiedział, zniżając głos do szeptu. Nie miałam ochoty go słuchać, a tym bardziej przebywać tak blisko Edwarda, więc odwróciłam się i zaczęłam biec. Niestety już po chwili na kogoś wpadłam i upadłam na pupę. Tym kimś był mój ojciec.
- Zawieź mnie do domu. Do mojego domu. - Powiedziałam i rozpłakałam się już na maksa. Zaniepokojony moim zachowaniem Charlie pomógł mi wstać i przytulił mnie.
- Bello, co się stało?
- Nic. Chce do domu. Proszę.
- Dobrze. Chodźmy już. - Ruszyłyśmy w stronę wyjścia. Wiedziałam, że gdy tylko pozbędę się Charliego, dam upust emocjom, chowając się w kącie.

Perspektywa Edwarda.

- Edward! Otwórz! Bo wyważę drzwi! - Alice nie dawała mi spokoju odkąd przyjechaliśmy z zakupów. Od tamtej pory siedzę zamknięty w swoim pokoju. Tam, na tym parkingu, spotkałem moją Belle. Przez te wszystkie lata zastanawiałem się co się z nią dzieje. Gdy przeprowadziliśmy się do Forks, Alice, Rosalie i Esme wybrały się na polowanie. Gdy wróciły, widziałem w ich myślach dziewczynę, ale nie chciałem wierzyć, że to ona. Jak widać, myliłem się. Bella mieszkała w Forks i bratała się ze zmiennokształtnymi. Przecież to jest dla niej niebezpieczne. Odkąd poznałem Cullenów, zaznałem trochę spokoju w życiu. Oni są dla mnie prawdziwą rodziną. Rodziną, której nigdy tak naprawdę nie miałem. Nie! Wróć! Moją rodziną była Bella, ale przez własną głupotę, zniszczyłem ją. Zraniłem, choć tak bardzo tego nie chciałem. To była zwykła głupota. Jeden, jedyny wieczór, który zniszczył mi życie. Nie tylko mi, ponieważ Bella także cierpiała. Cullenowie wiedzieli, że coś przed nimi ukrywam. Odkąd do nich dołączyłem, wiedzieli, że coś mnie trapi, pytali, ale nigdy nie chciałem powiedzieć im o co chodzi. 
- Sam tego chciałeś! - Krzyknęła Alice i już po chwili była w moim pokoju.
- Alice!
- No co? Nie chciałeś otworzyć.
- Bo nie chce o tym rozmawiać.
- Ale powiedz mi chociaż skąd znasz tę dziewczynę z parkingu? Dlaczego ona tak na ciebie zareagowała?
- Nie twój interes!
- Miałam wizję.
- Co?! Jaką?
- No dobra. Nie miałam, ale chciałam sprawdzić twoją reakcję. I nie myliłam się. Jednak jest coś na rzeczy, a ja nie odpuszczę dopóki nie dowiem się o co chodzi.
- Jasper!!
- Jaspera nie ma.
- Esme!!! - Krzyknąłem, biegnąc do salonu, bo tam właśnie wyczułem naszą mamę.
- Czemu tak krzyczycie? I co to był za hałas?
- Ten mały chochlik wyważył drzwi do mojego pokoju i nie chce dać mi spokoju! Weź ją ode mnie.
- Bo Edward nie chce mi nic powiedzieć. Przecież widzę, że coś go trapi.
- Alice, jeśli Edward będzie chciał nam powiedzieć o co chodzi, to na pewno to zrobi.
- Dziękuję ci Esme. A teraz jeśli pozwolicie, pojadę do Carlisle' a. Niedługo skończy dyżur, więc wrócę z nim. Do widzenia. - Powiedziałem i wybiegłem z domu. Gdy wsiadłem do samochodu, moją uwagę przykuły torby, które stały na tylnym siedzeniu. To były torby Belli. Zgubiła je na parkingu, gdy biegła do samochodu. Bella. Nie było dnia, w którym nie myślałbym o niej. Każdego wieczoru zamykałem się w swoim pokoju i przywoływałem wspomnienia. Wspólne spacery, romantyczne wieczory, obietnice, a później ten nieszczęsny wieczór. Co mi wtedy strzeliło do głowy? Czasami wydaje mi się, że gdybym już wtedy był wampirem, ta sytuacja w ogóle nie miałaby miejsca. Szczerze mówiąc to właśnie przez to co zrobiłem teraz jestem wampirem. Gdyby nie Carlisle już dawno bym nie żył. Do tej pory myślałem, że tak byłoby lepiej, ale teraz odzyskałem szansę, żeby wszystko naprawić. Musiałem z kimś o tym pogadać, bo długo już tak nie pociągnę. On na pewno mi pomoże i doradzi. Zajechałem na parking szpitalny, wysiadłem z samochodu i w ludzkim tempie pobiegłem do szpitala. Gdy tylko wszedłem uderzył mnie intensywny zapach krwi. Stanąłem na chwilę, żeby się skoncentrować. Gdy byłem już pewien, że nie stracę kontroli nad sobą, podszedłem do recepcji.
- Dzień dobry. Przyszedłem do taty. Carlisle Cullen. - Powiedziałem, uśmiechając się do recepcjonistki.
- Doktor Cullen jest zajęty.
- A gdzie mogę go znaleźć?
- Jest w zabiegowym i ma pacjenta. Proszę poczekać tutaj.
- Poczekam przy zabiegowym. - Powiedziałem i odszedłem zanim cokolwiek odpowiedziała. Odchodząc, usłyszałem jej myśli. Niegrzeczny, ale przystojny. Jak sam Carlisle. Zaśmiałem się i pokręciłem głową. Wjechałem na drugie piętro, gdzie znajdował się w danej chwili Carlisle i podszedłem pod gabinet. Jakie było moje zdziwienie, gdy na krześle zobaczyłem zapłakaną Belle. Nawet cała zasmarkana, była śliczna. W jej załzawionych, brązowych oczach było tyle bólu. Bólu, który zamienił się w zdziwienie i złość, gdy mnie zobaczyła.
- Wszystko w porządku? -Zapytałem.
- Kurwa. Tylko tego brakowało - powiedziała, a ja mimo woli uśmiechnąłem się. Bella nigdy nie przeklinała. Brzydkie słowa z jej ust usłyszałem tylko wtedy, gdy nakryła mnie z Anną. Widząc, że to tylko jeszcze bardziej ją załamało, przestałem się uśmiechać. Dopiero teraz zorientowałem się, że w ogóle nie słyszę jej myśli. Zmarszczyłem brwi, koncentrując się, ale to nic nie dało. Będę musiał o tym powiedzieć Carlisle' owi.
- Też się cieszę, że cie widzę Bello - odpowiedziałem, podając jej chusteczki. Przyjęła je z wdzięcznością, wysmarkała nosa i spojrzała na mnie. Bella zawsze była jak otwarta księga, więc i teraz z łatwością odczytałem targające nią emocje, mimo, że z jakiegoś powodu, nie mogłem czytać jej w myślach. Ten ból i cierpienie. Chciałem ją jakoś pocieszyć, ale zrezygnowałem kiedy zaczęła na mnie krzyczeć.
- Idź stąd. Nie chcę cie znać Edwardzie. Nienawidzę cię! Nienawidzę wszystkich chłopaków. Wszyscy jesteście tacy sami! -Wstała gwałtownie z krzesła i chyba zakręciło jej się w głowie, ponieważ zachwiała się i upadłaby gdybym w ostatniej chwili jej nie złapał. Pomogłem usiąść jej na krześle, a ona wyrwała mi się z uścisku.
- Zostaw mnie pijawko! - Skąd ona wiedziała. Przecież...
- Co? Nie spodziewałeś się, że wiem? Zaskoczony?! - Miała rację. Byłem bardzo zdziwiony i zaskoczony. Stałem tak, patrząc na nią, aż drzwi od gabinetu otworzyły się i stanął w nich Carlisle. .
- Ej, to jest szpital. Nie powinniście tu krzyczeć - powiedział surowo. - A szczególnie kiedy rozmawiacie o takich rzeczach, Edwardzie - powiedział, zniżając głos do szeptu. A więc on wiedział. Bella wstała z krzesła i pobiegła. Już chciałem biec za nią, ale gdy tylko się poruszyłem, Carlisle złapał mnie za rękę.
- Edwardzie, nie powinieneś.
- Ona wie.
- Wejdźmy do środka. Korytarz to naprawdę nie jest najlepsze miejsce na tego typu rozmowy. 
- Tato, porozmawiamy w domu? Muszę się przejść.
- Ale nie zrób nic głupiego, dobrze?
- Dobrze.
- To do zobaczenia w domu, synu. - Powiedział i zniknął z powrotem w gabinecie, a ja pobiegłem do wyjścia. Obiecałem Carlisle' owi, że nie zrobię nic głupiego, ale to co zamierzałem zrobić, bez wątpienia było głupie. Wsiadłem do samochodu i wyjechałem z parkingu. Wyprzedziłem trzy samochody, aż w końcu dogoniłem samochód Belli. Musiałem wiedzieć gdzie ona mieszka. Jechałem za nią, aż samochud skręcił w jakąś boczną drogę.
- Jutro tu wrócę - powiedziałem sam do siebie i pojechałem do domu.

Perspektywa Jacoba.

Chciałem wrócić do domu, ale bałem się, że spotkam tam Belle. Nie mógłbym spojrzeć jej w oczy po tym jak ją zraniłem. Ale to wszystko było nieporozumieniem. Ona trafiła akurat na koniec tej całej kłótni. Gdyby słyszała ją całą, wiedziałaby, że ją kocham. Nie Natalie czy kogoś innego. Właśnie ją. Moją Belle. Wszedłem cicho do mojego starego domu, starając się nie obudzić taty. Nie chciałem mu się teraz tłumaczyć dlaczego nie wróciłem do domu na noc i dlaczego nie ma ze mną mojej narzeczonej. Szczerze mówiąc to nie byłem już tego taki pewien. Skrzywiłem się kiedy drzwi od mojego pokoju zaskrzypiały głośno. Odczekałem chwilę, żeby zorientować się czy ojciec się obudził. Nie było nic słychać, więc zamknąłem drzwi tym razem uważając, żeby nie skrzypnęły i walnąłem się na łóżko. I w tej chwili poczułem się strasznie bezradny. Czułem, że moje oczy zaczynają piec od łez, których nie chciałem wypuścić. Bo po co? W czym pomógłby mi płacz? Nienawidziłem płakać, ponieważ wtedy pokazywałem, że nie jestem wcale taki twardy. Ale jak powstrzymać łzy, kiedy cały twój świat runął w gruzach. Moim światem była Bella, ale teraz ona odeszła, a wraz z nią odeszło całe moje szczęście. To wszystko moja wina. Gdybym był mądrzejszy nie pozwoliłbym, żeby Natalie w ogóle się do mnie zbliżyła, a gdy to już się stało, powinienem od razu ją odepchnąć. A teraz ją straciłem. Wątpię, żeby kiedykolwiek do mnie wróciła. Teraz pewnie myśli, że jestem taki sam jak ten Edward. Usiadłem, opierając się plecami o ścianę i ukryłem twarz w dłoniach.
- Co ja w ogóle robię? - Szepnąłem sam do siebie. Leżałem i użalałem się nad sobą, zamiast ratować mój związek. Bella musi się dowiedzieć jak było naprawdę, a ja zrobię wszystko, żeby tak się stało. Wstałem z łóżka i już chciałem wyskoczyć przez okno żeby biec do Natalie, żeby mi pomogła, kiedy uświadomiłem sobie, że jest środek nocy i wszyscy już pewnie śpią.
- Zrobię wszystko, żeby Bella mi uwierzyła, ale zajmę się tym od jutra.

Perspektywa Belli.

- Dzięki tato. Możesz już wracać do domu.
- Nie ma mowy. Nie zostawię cię teraz samej.
- Ale ja chce być teraz sama. Dam sobie radę.
- Jesteś pewna Bello?
- Tak.
- No dobrze. Ale pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć.
- Wiem. Dziękuję ci za pomoc - powiedziałam, otwierając drzwi. - Tato, nie mów nic mamie. Nie chce żeby się denerwowała.
- Dobrze. Wpadnę do ciebie jutro. Do zobaczenia Kochanie - powiedział jeszcze Charlie i wsiadł do swojego samochodu. Gdy tylko odjechał, zatrzasnęłam drzwi i pobiegłam do sypialni. Zamknęłam drzwi na klucz i usiadłam ciężko na łóżku. Szyja bolała mnie od temblaka, który podtrzymywał ciężki, niewygodny gips. Zdjęłam go i położyłam rękę na kolanach. Gips wrzynał mi się w nogi, ale nie zwracałam na to uwagi. W końcu zostałam sama i czułam, że emocje, które powstrzymywałam przy tacie za chwilę się uwolnią. Mój histeryczny szloch można było usłyszeć w całym domu. Gwałtownie łapałam powietrze jakby mi go brakowało. Czułam się jak małe, porzucone przez rodziców dziecko, zostawione w obcym mu miejscu. Bałam się, że już nigdy nie dam rady się uśmiechnąć i, że wraz ze stratą Jacoba, straciłam sens życia. Byłam zła, a nawet wściekła na Jacoba. Za to, że mnie tak skrzywdził, chociaż tyle mi obiecał. Wydarłam się na całe gardło chcąc choć trochę rozładować emocje. Nic nie pomogło. Prze moje ciało przechodziły kolejne fale bólu, sprawiając, że cała się kurczyłam. Z moich ust ponownie wydobył się dziki, pełen bólu okrzyk.
Z odejściem Jacoba, straciłam połowę serca, a bez tej połowy nie da się żyć. Nagle poczułam coś w kieszeni od spodni. Sięgnęłam po to zdrową ręką.
- Tabletki - wyszeptałam, wpatrując się tępo w pudełeczko. Mój wzrok przykuło jedno zdanie - Po zażyciu zbyt dużej dawki skonsultuj się z lekarzem, gdyż zagraża to twojemu życiu lub zdrowiu. - Nie chciałam się zabić. Taka myśl nawet nie przebiegłaby mi prze głowę. Ale doktor Carlisle mówił, że są bardzo silne, więc gdybym wzięła dwie, może ból nie byłby tak wielki. Może otumaniłyby mnie na tyle, żeby zasnąć i już nie myśleć o tym wszystkim. Nie zastanawiając się dłużej zbiegłam na dół, nalałam sobie wody do szklanki i zażyłam tabletki. Musiały być naprawdę silne bo już po pięciu minutach czułam, że zaraz odlecę. Spojrzałam na zegarek. Była pierwsza w nocy. Nagle poczułam, że moja głowa robi się strasznie ciężka i w ostatniej chwili zdążyłam dojść do kanapy. Upadłam na nią, uderzając gipsem w szklany stolik, który stał przy kanapie. Ostatnią rzeczą, którą zarejestrowałam to ból w ręce i hałas tłuczonego szkła. Straciłam przytomność.
                                          
______________________________________________________________________

Kolejny rozdział oddaję w wasze ręce. Mam nadzieję, że się spodobał. Ciężko było napisać mi perspektywę Edwarda. Hym... Zastanawiam się jak to dalej ma się potoczyć. Czy powoli zacząć ich godzić, czy jeszcze niee... A może jakiś dramacik... Coś niespodziewanego.  Nie wiem. :D A może Wy macie jakieś pomysły? Nie przynudzam więcej : )
Pozdrawiam ; *!
Marta...



wtorek, 28 stycznia 2014

Rozdział 7

Perspektywa Jacoba.

Już od tygodnia jestem Alfą w sforze. Myślałem, że to będzie jakieś trudniejsze, ale wystarczyło, że Sam po prostu powiedział, że odchodzi i rozkazał innym żeby mnie słuchali. Staram się być dobrym przywódcą, ale nie wiem czy mi to wychodzi.
- Wychodzi - usłyszałem głos Leah w swojej głowie. Właśnie patrolowałem z nią teren.
- Dzięki - odpowiedziałem jej w myślach. Przyśpieszyłem, żeby szybciej przebiec wyznaczony teren. Bella została w domu, a odkąd dowiedziała się o wpojeniu, srasznie się tym zamartwiała i nie chciałem żeby siedziała sama.
- Jeśli chcesz to idź. Ja dokończę patrol. 
- Dzięki, ale nie. Został nam tylko kawałek. 
- Jak chcesz. 
Odkąd dowiedziałem się, że Natalie się we mnie wpoiła starałem się ustawiać patrole tak, żebym nie patrolował terenu razem z nią, ale i tak muszę się z nią widywać. Wtedy zawsze jest napięta atmosfera. Natalie stara się nie okazywać tego, że jest jej źle, ale to widać. Z jednej strony jest mi jej bardzo szkoda. Musi czuć się strasznie.
- Nie dziw jej się. Czuje się jakby była niechciana. Jakby tu nie pasowała. Rozumiesz?
- Rozumiem Leah. 
- Rozchodzimy się tu? - Zapytała, gdy dotarliśmy do La Push.
- Tak. Wieczorem patroluje Seth i Natalie. Przypomnij im. 
- Dobra. Do zobaczenia. - Leah pobiegła, a ja zawróciłem w stronę domu. Ciekawie czy Bella będzie jeszcze spała. Dziś miała wolne i jak wychodziłem z domu, jeszcze spała. Gdy byłem już przed domem, zmieniłem się z powrotem w człowieka i wszedłem po cichu do domu. Bella już nie spała. Słyszałam, że krzątała się po kuchni i przygotowywała coś do jedzenia.
- Już nie śpisz, kochanie? - Zapytałem, całując ją w policzek.
- Nie. Nie mogłam spać. Myj ręce i siadaj do stołu. Zaraz będzie gotowe.
- A co dobrego robisz?
- Naleśniki z syropem i bitą śmietaną. Smacznego. - Powiedziała, stawiając jedzenie na stół. Uśmiechnąłem się do niej, przyglądając się jej.
- Ładnie dziś wyglądasz. Wybierasz się gdzieś?
- W zasadzie to tak. Jadę na zakupy z Emily. Kupimy ubranka i inne rzeczy dla dzidziusia. Poza tym chcę się trochę odstresować.
- To dobrze. Jedź i zabaw się. A ty nie jesz?
- Jadłam już. Za chwilę powinna przyjechać Emily - powiedziała, uciekając wzrokiem w bok. Widziałem, że coś ją trapiło, ale wiedziałem też, że nic mi nie powie. Przynajmniej na razie. Czasami była tak strasznie uparta. Choć tyle razy mówiłem jej, że może mi zaufać i wszystko powiedzieć, ona i tak wolała cierpieć w samotności. Nie lubiła okazywać słabości przy mnie, a tym bardziej przy innych. Jest mi jej tak bardzo szkoda. Ta biedna, śliczna, krucha kobietka tyle już wycierpiała i tak trudno jest jej zaufać. Mimo to umie normalnie żyć i funkcjonować. Często mi powtarza, że to dzięki mnie, ale ja tak nie uważam. Moim zdaniem to ja żyję tylko dzięki niej. Bella jest całym moim życiem. Wiem, że żadna inna kobieta nigdy nie zagości w moim życiu. Już niedługo zostanie moją żoną. Będzie moja i już nikomu jej nie oddam. Wiem, że nigdy jej nie skrzywdzę, a jeśliby coś strzeliło mi do głowy, nigdy bym sobie tego nie wybaczył. Nie wybaczyłbym sobie tego, że ta piękna istota, zostałaby przeze mnie skrzywdzona. Nie mogę znieść nawet takiej myśli.
- Ziemia do Jacoba! Zamyśliłeś się. Emily już przyjechała. Pa! - Cmoknęła mnie w policzek i wyszła. Zostałem sam. Nie bardzo wiedziałem co mógłbym porobić, więc włączyłem telewizor i zacząłem szukać jakiegoś filmu. Nie było nic ciekawego, więc zostawiłem na jakiejś dennej komedii. Zacząłem oglądać, choć wcale nie ciekawiła mnie akcja. Gdy w końcu film się skończył, wyłączyłem telewizor i włożyłem brudne naczynia do zmywarki. Już miałem ją nastawić, ale ktoś zapukał do drzwi. Pobiegłem otworzyć, nie spodziewając się kogo tam ujrzę. Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że za drzwiami stała Natalie.
- Co ty tu robisz?!
- Cześć Jacob. Nie sądzisz, że musimy porozmawiać?
- No cóż. Chyba masz rację. Wejdź. - Zaprosiłem ją do środka. Gdybym tylko wiedział jakie to przyniesie skutki, nawet nie otworzyłbym jej drzwi.

Perspektywa Belli.

- Powinnyśmy robić sobie takie zakupy co tydzień. Przynajmniej dopóki mogę, bo gdy będę miała wielki brzuch, wątpię, żeby było to przyjemne. Raczej męczące. Te wszystkie maleńkie ubranka są takie słodkie. Już nie mogę doczekać się tej chwili gdy moje maleństwo przyjdzie na świat. Wczoraj ustaliliśmy z Samem, że nie będziemy pytać lekarza o płeć. Chcemy, żeby to była niespodzianka. Wybraliśmy już imiona. Dla chłopca Peter, a dla dziewczynki Nicole. Sam tak się cieszy, że zostanie ojcem. Strasznie o mnie dba. Nawet zaczął sam gotować, żebym się nie przemęczała. Czasami zaczyna gadać do maleństwa różne rzeczy, a ja po prostu nie mogę się wtedy powstrzymać od śmiechu. Oh... Bello czy ty w ogóle mnie słuchasz?! - Byłam świadoma tego, że Emily cały czas coś do mnie mówiła i słuchałam jej, ale nie do końca. Moje myśli cały czas plątały się wokół Natalie.
- Słucham cię Emily i cieszę się razem z tobą.
- W takim razie co cię trapi? Właśnie idziemy do samochodu z rękoma pełnymi toreb. Zakupy to twoje ulubione zajęcie, a ty nawet się nie odzywasz. A może źle się czujesz?
- Co? Nie. Ja po prostu nie mogę przestać myśleć o Natalie. Daj mi chwilkę. Zaraz się ogarnę - poprosiłam ją. Emily już nic nie mówiła, dając mi chwilę na zastanowienie się. Minął już tydzień odkąd się dowiedziałam o wpojeniu i niby się już z tym oswoiłam, ale cały czas czułam jakieś zagrożenie ze strony Natalie. Zachowywałam się dziwnie i widziałam, że Jake się o mnie martwi, ale nie mogłam tak do końca się otrząsnąć. Czułam się strasznie, mimo tego, że Jacob na każdym kroku powtarzał mi, że mnie kocha i nigdy nie zostawi. Cały czas w głowię słyszałam słowa, które powiedział mi tydzień temu.
Kochanie, byłaś moja, jesteś moja i będziesz moja, rozumiesz? Kocham cię najbardziej na świecie i żadne wpojenie tego nie zmieni. Natalie będzie ciężko, jak i nam wszystkim, ale przetrwamy to. Pobierzemy się i będziemy mieli dzieci, które wychowamy i wnuków, których rozpieścimy. Zestarzejemy się spokojnie i przejdziemy razem przez życie. Spełnię każde twoje marzenie, będę jeździł z tobą na każde zakupy i zrobię wszystko czego zapragniesz, ponieważ cię kocham, rozumiesz?
To było takie słodkie. Czasami zastanawiam się za co on tak bardzo mnie kocha. Gdy go o to zapytałam, odpowiedział, że za to, iż jestem i darzę go miłością. Tak. Darzę go miłością tak wielką, że nie wiem gdzie ona się mieści. Tak bardzo się cieszę, że go mam. Jest moim dzielnym rycerzem na białym koniu. Nigdy nie pozwolę mu odejść, pomyślałam, zamykając oczy, żeby powstrzymać łzy. I wtedy wpadłam na kogoś i upadłam na pupę, puszczając wszystkie torby, które poupadały wokół mnie.
- Przepraszam. Zamyśliłam się i nie patrzałam gdzie idę. Jest mi naprawdę przy ... - Urwałam w pół słowa i zachłysnęłam się powietrzem. Dopiero teraz spojrzałam na osobę, na którą wpadłam. Te miedzianie włosy, ułożone w artystycznym nieładzie i rysy twarzy, które znałam niemalże na pamięć. Kiedyś zielone oczy, teraz przybrały barwę topazu, ale nadal wydawały mi się takie same. Oczy, w które kiedyś spoglądałam z miłością i pożądaniem. Usta, które całowałam, i które później całowały inną dziewczynę. Nade mną stał Edward. Edward, którego tak kochałam. Edward, który mnie zdradził i zniszczył moje życie.
- A jednak to ty... Wiedziałem, że dziewczyna z myśli Alice jest mi znajoma, ale nie chciałem wierzyć, że to ty... Jesteś tu. Bella... - Z każdym słowem mówił coraz ciszej, a moje imię wyszeptał tak cicho, że ledwie je usłyszałam. Świdrował mnie wzrokiem. Z jego twarzy można było wyczytać, że jest zmieszany, ale szczęśliwy. Szczęśliwy, że mnie widzi. Cieszył się, że widział żałosną byłą, która mu nie wystarczała. Napawał się tym widokiem, a ja czułam, że zaczyna brakować mi tlenu. Dopiero po chwili zrozumiałam, że nie oddycham i zaczęłam łapczywie łapać powietrze. Moje policzki były mokre od łez. Wstałam, zbierając w pośpiechu rozrzucone rzeczy.
- Bello! Wszystko w porządku!? - Emily krzyczała, próbując zwrócić na siebie moją uwagę, ale ja nie mogłam oderwać wzroku od Edwarda. Nic nie było w porządku. Właśnie stało się to czego obawiałam się odkąd rodzina Cullenów wprowadziła się do Forks.
- Wszystko w porządku? - Zapytał. Jego piękny głos ranił moje uszy.
- Nie! Nienawidzę cię! Nie chcę cię znać! - Wykrzyczałam i pobiegłam w stronę samochodu. Nie przejmowałam się tym, że w biegu zgubiłam wszystkie torby. Ani tym, że zostawiłam tam Emily, która przypatrywała się temu wszystkiemu z boku nie za bardzo wiedząc co ma zrobić. Nie obchodziło mnie to, że cała jego przyszywana rodzinka i wszyscy na parkingu patrzyli na mnie jak na idiotkę. Jedyne czego teraz chciałam to bliskość Jacoba. Chciałam, żeby mnie przytulił i pocieszył. Chciałam zapomnieć o tym spotkaniu. O oczach, które patrzyły na mnie tak intensywnie jakby chciały zapamiętać każdy milimetr mego ciała. O Edwardzie i o Natale. Chciałam, żeby moje życie w końcu było normalne. Czy to tak dużo?!

Perspektywa Jacoba.

- Natalie, ja wiem, że...
- Wiem, że wiesz. Posłuchaj mnie. Chciałabym to powstrzymać, ale nie mogę. To jest silniejsze ode mnie. Próbowałam zapomnieć, robić wszystko, żeby o tym nie myśleć, ale ty doskonale wiesz, że tak się nie da. Wiesz, dzisiaj o tym myślałam i doszłam do wniosku, że skoro nie mogę z tym walczyć, to dlaczego mam się temu nie poddać. Wpojenie to silne uczucie i nie mam zamiaru go tłumić w sobie. Kocham cię Jake i wiem, że w końcu to zrozumiesz.
- Natalie, ja wiem jak działa wpojenie i wiem, że jest ci ciężko, ale zrozum, że nic z tego nie będzie. Przykro mi... Wiem, że będziesz cierpieć, ale ja kocham Belle. Nie zostawię jej.
- Belle - wypowiedziała jej imię z grymasem na twarzy. - To tylko ludzka istota, która cały czas użala się nad swoim losem. Ja to całkiem coś innego. Jesteśmy tacy sami Jake.
- Nie mów tak o Belli!! Ona jest wspaniałą dziewczyną, która wiele przeszła i nie pozwolę jej obrażać! - Tymi słowami wyprowadziła mnie z równowagi. Czułem, że zaczynam drzeć ze złości. Musiałem się uspokoić, bo to mogło się źle skończyć.
- Jesteś taki naiwny Jacob. Co ona może ci dać? Ja to co innego. Dotknij mnie - powiedziała, łapiąc mnie za rękę. - Czujesz? Jesteśmy tak samo gorący. Płynie w nas ta sama krew, czyż nie?! - Wyrwałem rękę z jej uścisku.
- Natalie, nie zbliżaj się do mnie. Ja rozumiem, że to jest dla ciebie ciężkie, ale zachowuj się!
- Nic nie rozumiesz. Nie wiesz jak to jest! Cały czas o tobie myślę! Śnisz mi się po nocach! Boli mnie to, że nie ma cię przy mnie! Wiesz jak to jest?! Doznałeś wpojenia!? Nie! To co nazywasz miłością do tej wywłoki, nawet w połowie nie dorównuje temu uczuciu, którym ja darzę ciebie! Rozumiesz to?
- Bella nie jest wywłoką, a moje uczucie do niej jest ogromne! Wystarczająco duże, żeby nie ulec tobie. A teraz stąd wyjdź! Wyjdź i nie wracaj! - Krzyczałem, ale ona pozostawała niewzruszona. Podchodziła coraz bliżej, sprawiając, że ja się cofałem. Stanąłem dopiero wtedy gdy moje plecy dotknęły ściany.
- Nie pozbędziesz się mnie. Jestem w sforze. I tak będziesz mnie widywał. Przez nas będą cierpieć wszyscy, łącznie z nami. Jesteś Alfą, więc nie powinieneś narażać na takie cierpienia swojej sfory. Lepiej poddaj się temu uczuciu i zostań ze mną. Ta twoja Bellaa jest silna i da sobie radę. Może ten cały Edward, jeśli dobrze pamiętam, przygarnie ją z powrotem.
- Jak śmiesz tak mówić?! W jednym masz rację. Wszyscy będą cierpieć, ale ja nie zostawię Belli! Wyjdź stąd póki jeszcze się kontroluję!
- A jeśli nie to co? Rozkażesz mi, bo jesteś moim szefem? Mam się przed tobą płaszczyć?! Nie rozumiesz, że cię kocham? Wiem, że w końcu i ty zakochasz się we mnie. To jak? Mam czekać na rozkaz?!
- Nie. Nie chcę twojego posłuszeństwa! Proszę cię tylko żebyś wyszła! - Widziałem w jej oczach ból i wahanie. Przez chwilę myślałem, że się mnie posłucha i wyjdzie, ale nie. Wręcz przeciwnie! Natalie rzuciła się na mnie wpijając swoje usta w moje. Zaskoczyła mnie tym tak mocno, że nie odepchnąłem jej od razu. Przywarła do mnie całym ciałem. Czułem jej rozpaloną skórę, słyszałem jej głośne serce. Nie! Stop! Nie mogę na to pozwolić! Odepchnąłem ją od siebie, ale za późno. W drzwiach stała Bella. Zawiodłem ją. Zawiodłem.

Perspektywa Belli.

To co działo się teraz w mojej głowie było nie do opisania. Czułam, że oczy mam spuchnięte od płaczu, a nos tak zapchany, że musiałam oddychać przez usta. Łzy cały czas spływały po moich policzkach i dziwiłam się skąd w ogóle one się biorą. Miałam wrażenie, że wyrobiły sobie w moich polikach kanaliki.
Emily nie odzywała się, ale co chwilę spoglądała na mnie z niepokojem. Byłam jej wdzięczna za to, że się nie odzywała. Potrzebowałam chwili ciszy. Cały czas widziałam jego topazowe tęczówki, zmierzchwione włosy. Cały czas widziałam jego twarz. Zapamiętałam każdą rysę i to jak wyszeptał moje imię. Nawet nie zauważyłam kiedy Emily zatrzymała samochód przed moim domem.
- Przepraszam, że zepsułam ci dzień. - Wyszeptałam cicho.
- Bello to nie twoja wina. Jeśli będziesz czegoś potrzebowała to wiedz, że jestem na każde twoje zawołanie.
- Dziękuję ci. Pójdę już. - Wysiadłam z samochodu potykając się o własne nogi. Byłam zmęczona. Zmęczona życiem. Słyszałam jak Emily odjeżdża. Westchnęłam ciężko, wchodząc do domu. Zamknęłam cicho drzwi i zdjęłam szpilki. Wtedy usłyszałam krzyki dochodzące z salonu. Podeszłam na palcach, nasłuchując. Kucnęłam i przesunęłam się pod ścianę, bo drzwi nie były zamknięte. Jacob kłócił się z jakąś kobietą, ale nie widziałam z jaką. Dopiero po chwili zrozumiałam, że tam jest Natalie. Zacisnęłam ręce w pięści tak mocno, że chyba przebiłam sobie skórę paznokciami. Kolejne strumienie łez spłynęły po moich policzkach. Co jeszcze mnie dzisiaj spotka? Powstrzymałam łkanie i zaczęłam nasłuchiwać.
- A jeśli nie to co? Rozkażesz mi, bo jesteś moim szefem? Mam się przed tobą płaszczyć?! Zrozum, że cię kocham. Wiem, że w końcu ty także zakochasz się we mnie. To jak? Mam czekać na rozkaz?!
- Nie. Nie chcę twojego posłuszeństwa! Proszę cię tylko żebyś wyszła! - Wykrzyczał Jacob. Nagle zrobiło się cicho. Za cicho. Wstałam i stanęłam w drzwiach. To co zobaczyłam, zabolało jeszcze bardziej niż spotkanie z Edwardem. Natalie przyciskała Jacoba do ściany, a ich usta były złączone. Całowali się. Czułam się jakbym miała deja vu. Kilka lat temu stałam i patrzałam tak na Edwarda i jakąś dziewczynę, a teraz na Natalie i Jacoba. Jacoba, którego tak bardzo kochałam i tak bardzo mu ufałam. Po pewnej chwili, która dla mnie była wiecznością, Jake odepchnął dziewczynę od siebie. Nie wiem czy naprawdę odepchnął ją ze wstrętem czy tylko mi się wydawało. Nic nie wiedziałam. W mojej głowie panował chaos. Patrzałam prosto w oczy Jacoba. Oczy, które zawsze patrzały na mnie z miłością, a teraz ze smutkiem, nadzieją i zażenowaniem. Spojrzałam na Natalie. Po wyrazie jej twarzy widziałam, że jest z siebie zadowolona. Cieszyło ją moje cierpienie. Cierpienie, które zabijało mnie od środka. Po głowie chodziło mi tylko jedno pytanie. Dlaczego?
- Dlaczego? - Nawet nie zorientowałam się kiedy wypowiedziałam je na głos. Czułam, że powoli tracę kontrolę nad swoim ciałem.
- Dlaczego?! Dlaczego Jacob?!
- Bello, to nie tak! Ja wszystko ci wytłumaczę! Ona rzuciła się na mnie! Musisz mi uwierzyć! Musisz...
- Nic nie muszę! Jesteście tacy sami! Wszyscy! - krzyczałam, idąc w jego stronę. Gdy byłam już wystarczająco blisko, spoliczkowałam go tak mocno, że aż się skrzywił, a w mojej ręce coś pękło. - A ja ci zaufałam! - Niemalże splunęłam na niego. Usłyszałam cichy chichot Natalie i nie wytrzymałam. Odwróciłam się w jej  stronę i wymierzyłam jej siarczystego policzka. Włożyłam w to całą swoją siłę, czego już po chwili pożałowałam, ponieważ w ręce, w której coś mi pękło i którą po raz kolejny uderzyłam Natalie, poczułam niewyobrażalny ból. Rzuciłam jeszcze rozczarowane spojrzenie w stronę Jacoba i wybiegłam z domu. Nie zważając na pulsujący ból w ręku, wsiadłam do samochodu i z piskiem opon odjechałam sprzed domu. Nie wiedziałam dokąd mam jechać. Na pewno nie do La Push. Tam za dużo rzeczy przypominałoby mi o Jacobie. Zanim się zorientowałam, parkowałam samochód pod domem ojca. Wyłączyłam silnik i rozmasowałam opuchniętą rękę. Każdy ruch nawet najmniejszym palcem sprawiał mi wielki ból, ale to było nic w porównaniu z bólem jaki czułam w środku. Ten był o wiele razy gorszy i wzrastał z każdą sekundą. Czułam jak moje serce rozpada się na miliony kawałeczków. Czułam się jak mała dziewczynka. Mała zraniona i pozbawiona wszelkich nadziei dziewczynka. Wysiadłam z samochodu i stanęłam przed drzwiami. Zapukałam i czekałam aż drzwi się otworzą. Chciałam, żeby ktoś mnie przytulił i powiedział, że to tylko zły koszmar. Ponownie zapukałam, ale tym razem drzwi otworzyły się niemal natychmiast i stanął w nich Charlie.
- Tatusiu... - Wyjąkałam w jego koszulę, przytulając się do niego. Wprowadził mnie do domu i zaczął uspokajać. Nie wiedział co mi jest i jak mi pomóc, a ja nie ułatwiałam mu zadania. W tym momencie mogłam tylko płakać i kurczyć się pod wpływem bólu.
- Tatusiu, tak bardzo boli...

Perspektywa Jacoba.

- I z czego się śmiejesz?! Bawi cię to?! Jesteś zadowolona, tak? Zniszczyłaś mi życie! Przez ciebie i te całe twoje wpojenie Bella myśli, że ją zdradziłem! Pewnie mnie teraz znienawidziła! Ale ty się cieszysz! Tobie jest to na rękę, prawda?! Ty nieczuła, zimna istoto! I jak się z tym czujesz?! Wspaniale?! Możesz być pewna, że sprawię, że poczujesz się tak jak ona! Nienawidzę cię! Sprowadziłaś się tu i zniszczyłaś moje życie. Dla mnie jesteś nikim! Nikim! - Krzyknąłem. Moim ciałem wstrząsnęły dreszcze i już po chwili byłem wilkiem. Zacząłem warczeć na Natalie. Widziałem w jej oczach ból. Ból, który dla mnie był satysfakcją. Niech poczuje to co ja. To co czuje moja Bella. Moja ukochana Bella. Dziewczyna rozpłakała się i wybiegła z mojego domu. Czułem, że łzy zbierają mi się w oczach. Zacząłem biec nie zwracając na nic uwagi. Z impetem wpadłem do lasu, łamiąc każde drzewo, które stanęło mi na drodze. W głowie cały czas miałem widok zalanej łzami Belli. Jak dużo usłyszała? Jak długo patrzyła na mnie i Natalie? Na nasz pocałunek?
- A ja ci ufałam! - Usłyszałem w głowie jej pełen pogardy głos. Zabolało. Zabolało tak mocno, że aż zaskomlałem. Skrzywdziłem ją. Skrzywdziłem moją Belle. Zatrzymałem się dopiero w La Puch. Zmieniłem się w człowieka i wszedłem do domu Billy' ego. Nie zwracałem uwagi na ojca, który próbował ze mną porozmawiać. Wpadłem do swojego dawnego pokoju, naciągnąłem na siebie jakieś dresy i wyskoczyłem przez okno. Pobiegłem w stronę domku Sama i Emily. Nie zawracając sobie głowy takimi rzeczami jak pukanie, wpadłem do salonu i ukląkłem przed zdziwioną Emily.
- Musisz mi pomóc! Zraniłem ją! Zraniłem moją Belle! - Łzy popłynęły po moich policzkach.
- Jacob. Uspokój się i powiedz co się stało. Tylko spokojnie. - Emily uklękła przede mną, a Sam stanął tuż za nią.
- Bella... Odeszła ode mnie! Wszystko spieprzyłem. Wszystko... Tak bardzo ją zraniłem. Ona... Och, ona już nigdy mi nie zaufa. Widziała. Widziała mnie i Natalie... Ale to nie tak. To wszystko nie tak... - załkałem, wtulając twarz w kolana Emily.
- Jacob, stary, usiądź na sofie i opowiedz wszystko po kolei... - Sam położył mi rękę na ramieniu dodając mi otuchy.
- Natalie przyszła do mnie, żeby wszystko sobie wytłumaczyć. Zaczęliśmy rozmowę i ona zaczęła obrażać Belle. Nawrzeszczałem na nią, ale ona i tak nie zrozumiała. Zaczęła gadać, że mnie kocha i... że Bella nie jest mnie warta. Wtedy nakazałem jej wyjść. Nie posłuchała tylko rzuciła się na mnie i zaczęła mnie całować. Nie odepchnąłem jej od razu, bo mnie zaskoczyła, a gdy już się ocknąłem było za późno. Och, żebyście widzieli jak bardzo ją zawiodłem. Ten ból w jej oczach... Ona uciekła. Odjechała i zostawiła mnie. Spieprzyłem to. Spieprzyłem wszystko...
- Jacob, tak mi przykro - powiedziała Emily.
- Musisz mi pomóc. Ja nie mogę jej stracić!
- A wiesz gdzie ona teraz jest? - Zapytał Sam.
- Nie. Odjechała. Zostawiła mnie...
- Może jest u Charliego? Dzwoniłeś tam?
- Nie. Nie pomyślałem.
- Weź mój telefon i zadzwoń.
- Dzięki Emily. - Powiedziałem i wystukałem numer Charliego. Odebrał po trzech sygnałach.
- Charlie, czy Bella jest u ciebie?
- Jest i nie chce cię widzieć. Wiesz, myślałem, że jesteś inny, ale najwidoczniej się pomyliłem. Nie dzwoń tu i nie przychodź. Dla ciebie to już jest koniec... - Te słowa rozdzwoniły się w mojej głowie jak echo. Oddałem telefon Emily i opadłem na sofę.
- Dla mnie to już jest koniec...
- Co?! Jacob! Bella jest u Charliego?
- Tak, ale to już koniec.



Perspektywa Natalie.

Biegłam przez las. Gdy tylko wybiegłam z domu Jacoba, zmieniłam się w wilka. W głowie cały czas słyszałam słowa, które do mnie wypowiedział. Nienawidzę cie! Te dwa słowa, które tak bardzo mnie zraniły. Całe moje życie runęło odkąd przyjechałam do tego przeklętego La Push. Zmieniłam się w jakieś obleśne zwierzę, trafiło mnie jakieś beznadziejne wpojenie, przez które rozwaliłam życie dwójki osób. Wiedziałam, że źle zrobiłam, ale to był taki impuls. Myśl, żeby tam pójść i mu to wszystko powiedzieć pojawiła się tak niespodziewanie. Nie chciałam tego robić, ale mi też nie było łatwo. Ja cały czas o nim myślałam. Czułam się tak jakbym straciła połówkę serca. Tą połówką był właśnie Jacob. Teraz go zraniłam. Jego i Belle. Przecież ta dziewczyna nic mi nie zrobiła. Nagadałam dzisiaj na nią, a Jacob tak ją bronił. Ci dwoje tak się kochali, a ja ich zraniłam. Zniszczyłam ich szczęście. Nie wiedziałam, że raniąc Jacoba, zranię także siebie. Ta świadomość, że on mnie nie chce, zabijała mnie od środka. Gdybym tylko mogła cofnąć  czas, nigdy nie przyjechałabym do La Push. Nienawidzę siebie za to, co zrobiłam.

___________________________________________________________________________

Wiem, że krótki, ale chyba mi to wybaczycie. Mam nadzieję, że Wam się spodoba, ponieważ starałam się jak najlepiej opisać ich emocje i uczucia. Proszę o szczere komentarze. Zarówno te dobre jak i złe.
Jeśli wyłapiecie jakieś błędy, czy wpadniecie na jakiś pomysł, który ulepszyłby tę historię, piszcie w komentarzach czy zakładce spam. ;D
Dziękuję za nominację do Liebster Award, ale nie będę brała w tym udziału. Nie wiem czy to ma jakiś sens... W każdym bądź razie bardzo dziękuję, że doceniacie moją pracę. Uwielbiam pisać i cieszę się, że choć trochę się to Wam podoba. Rozdział dedykuję Asi, która zostawia ciepły komentarz pod każdym rozdziałem. Dziękuję ; *
Pozdrawiam ; ** ;)
Martaa...