piątek, 20 czerwca 2014

Rozdział 13

Perspektywa Belli.

Prawdę mówiąc nie takiej reakcji się spodziewałam. Myślałam, że wszyscy będą winić mnie za śmierć Natalie, że na mnie napadną, a było wręcz przeciwnie. Każdy zaczął mnie pocieszać, przytulać, pytać czy wszystko dobrze. Nie ogarniałam co się wokół mnie dzieje. Za dużo osób znalazło się przy mnie, każdy coś mówił, każdy próbował mnie przytulić, dotknąć, zrobić coś żeby dodać mi otuchy. Szukałam Jacoba, ale nigdzie go nie widziałam.
- Hej! Odsuńcie się od niej. Nie widzicie, że nie wie co się dzieje? - Krzyknęła Emily. Wszyscy od razu się odsunęli i zaczęli mnie przepraszać.
- Nic się nie stało. Ja po prostu nie kontaktuję za dobrze, jestem zmęczona. Przepraszam - powiedziałam i zaczęłam płakać. Nawet nie wiem dlaczego. Może to przez nadmiar emocji, a może przez wyrzuty sumienia. Miałam mętlik w głowie. Bezradnie usiadłam na ławce, która stała przed domem i otarłam wierzchem dłoni łzy z policzka. Emily usiadła koło mnie i objęła mnie ramieniem.
- Jak się czujesz?
- Ja... Nie ważne. Boże. Nie mogę się na niczym skupić - powiedziałam, chowając twarz w dłoniach.
- Spokojnie. Wszystko jest w porządku. Nikt nie ma do ciebie pretensji.
- Ale to moja wina. Jak się czuje rodzina Natalie?
- To nie jest twoja wina, Bello! - Zignorowałam to co krzyknęła prawie cała sfora, która stała wokół nas. Powtórzyłam swoje pytanie.
- A jak sądzisz? Są przybici i nie mogą uwierzyć w jej śmierć.
- Muszę ich przeprosić - powiedziałam i wstałam. Chciałam wejść do domu, ale Seth mnie powstrzymał.
- Bello, oni chcą się z nią pożegnać. Nie masz za co ich przepraszać. Idziemy do Emily. Chodź z nami.
- Ale...
- Chodź. Jacob i Sam też tam będą. Damy ci coś na uspokojenie. Jesteś cała roztrzęsiona.
- Ale...
- Żadne ale. Wyglądasz jakbyś miała tu zaraz zemdleć. Jesteś przemęczona. Ostatnie tygodnie nie były dla ciebie łatwe. Musisz o siebie dbać. Chodź z nami.
- Dobrze - powiedziałam i dałam się im poprowadzić. Gdy już doszliśmy, Emily dała mi coś na uspokojenie. Po chwili przyszedł Jacob i od razu do mnie podszedł.
- Jak się czujesz?
- Dobrze - odpowiedziałam cicho i zamknęłam oczy żeby powstrzymać łzy. Leki od Emily zaczęły działać bo zrobiłam się strasznie otępiała i śpiąca. Położyłam głowę na ramieniu Jacoba, a ten zrobił tak, że leżałam na jego kolanach. Zaczął ręką przeczesywać moje włosy. Nikt nic nie mówił. Albo po prostu ich głosy nie docierały do mojej świadomości. Po chwili zmęczona zasnęłam.

Perspektywa Jacoba.

Bella spała na moich kolanach. Zmęczona i roztrzęsiona. To taka krucha osoba, a tyle złych rzeczy wydarzyło się ostatnio w jej życiu. Tak mi przykro, że część tych rzeczy wydarzyła się przeze mnie. Pocałowałem ją w czoło. Gorące czoło. Przyłożyłem rękę do jej policzka żeby sprawdzić czy mi się nie wydało.
- Emily, mogłabyś przynieść jakiś koc? Jest rozpalona.
- Ma gorączkę?
- Tak. Nic dziwnego. Jest strasznie przemęczona.
- No tak. Zaraz przyniosę koc - powiedziała i wyszła.
- Przepraszam was wszystkich.
- Ale za co, Jacob?
- Zaniedbałem sforę, swoje obowiązki. Ta cała sytuacja i w ogóle. To wszystko moja wina.
- Co ty gadasz? Przecież wpojenie nie wybiera. Mogło trafić na każdego z nas. Powiem ci szczerze, że cieszę się iż nie jestem już alfą. Nie wiem czy dałbym sobie z tym wszystkim radę. Uważam, że poradziłeś sobie z tą sytuacją najlepiej jak mogłeś. Prawda? - Wszyscy przytaknęli na słowa Sama.
- Dzięki Sam. Dziękuję wam wszystkim.
- Nie masz nam za co dziękować. Taka jest prawda.- Uśmiechnąłem się do nich. Jak dobrze mieć w nich oparcie. Myślałem, że wszyscy będą mieć do mnie pretensje i będą winić mnie za śmierć Natalie, ale tak nie było. Właśnie. Natalie. Tak bardzo namieszała w moim życiu, ale teraz zrobiłbym wszystko żeby cofnąć czas i powstrzymać ją przed tym, co zrobiła. Cały czas mam przed oczami jej śmierć. Chwilami myślę, że to może dobrze, że tak się stało. Wiem, że musiała bardzo cierpieć. Tak już działa wpojenie. Wyrzuty sumienia zżerały mnie od środka.
- Przykryję ją - powiedziała Emily, która właśnie weszła z kocem. Opatuliła nim Belle i usiadła.
- Dziękuję.
- Jacob, co teraz będzie?
- Nie wiem Sam. Jutro odbędzie się pogrzeb, a później wrócimy do normalnego życia. Nic innego już nie możemy zrobić.
- A ty i Bella?
- Między mną, a Bellą jest chyba dobrze. Nie wiem. Mam nadzieję, że mi wybaczyła i będzie tak jak dawniej.
- Kochasz ją?
- Co to za pytanie? Oczywiście, że ją kocham i to z całego serca. Nie wyobrażam sobie życie bez niej.
- Czasami nie rozumiem tego uczucia. Jak opisujesz swoją miłość do Belli, mówisz tak jak byś był w nią wpojony, a nie jesteś. Kiedyś rozmawiałem nawet na ten temat z twoim ojcem. To jest tak jakbyś był na wpół wpojony. Jakby brakowało jakiegoś elementu, który dopełniłby ten cały proces wpojenia.
- Nie wiem. Wiem tylko tyle, że nie potrzebuję wpojenia żeby ją kochać. Jest moim wszechświatem.
- Wierzę ci. Teraz musisz jej pomóc.
- Wiem, Sam. Zrobię wszystko żeby była tylko szczęśliwa i żeby czuła się bezpiecznie - powiedziałem, całując Belle w czoło. - Już nigdy nie pozwolę jej odejść. Nigdy jej nie skrzywdzę.

Perspektywa Belli.

Obudziłam się we własnym łóżku. Zdezorientowana podniosłam się do pozycji siedzącej. Przecież byłam u Sama i Emily, prawda? Rozejrzałam się po pokoju. Nikogo nie było, więc wstałam z łóżka i zeszłam na dół. W salonie siedział Jacob. Gdy tylko mnie usłyszał, podbiegł do mnie i zamknął w żelaznym uścisku.
- Bello, jak się czujesz?
- Przybita, zmęczona, wystraszona. Boże... Jacob. Wciąż nie wierzę, że to wszystko się wydarzyło. Powiedz mi, że ostatnie tygodnie były tylko złym snem.
- Chciałbym, ale obawiam się, że nie mogę.
- Która godzina? - Zapytałam, szybko ocierając pojedynczą łzę, która spływała po moim policzku.
- Dwunasta. Długo spałaś.
- Całą noc i pół dnia - powiedziałam i westchnęłam. Każdy człowiek po takiej dawce snu byłby wypoczęty, a ja nadal czułam się koszmarnie zmęczona. I fizycznie i psychicznie.
- Za dwie godziny odbędzie się pogrzeb. Chciałabyś pójść?
- T...tak - powiedziałam. Głos mi się łamał, a w gardle rosła ogromna kula. Wstałam z kanapy i bez słowa pobiegłam na górę. Nie chciałam żeby Jacob widział moje łzy. Zrezygnowana wzięłam czysta bieliznę i poszłam się odświeżyć. Krople łez mieszały się z wodą. Głowa bolała mnie niemiłosiernie. Wyszłam spod prysznica trzęsąc się z zimna. Szybko osuszyłam swoje ciało i założyłam cieplutki, puszysty szlafrok. Udałam się do garderoby i wybrałam sobie czarną sukienkę, rajstopy, marynarkę i pantofle. Ubrałam się i wysuszyłam włosy. Wszystko to robiłam mechanicznie. Nie byłam w stanie skupić się na jednej myśli. W mojej głowie pasował ogromny chaos. Nawet nie wiem kiedy łzy pociekły po moich policzkach. Usiadłam na łóżku i płakałam.
- Bello, mogę wejść? - Jacob zapukał i nie czekając na moją odpowiedź, wszedł do środka. Nic nie powiedział tylko usiadł przy mnie i przytulił mnie mocno.
- Jacob, kiedy to wszystko się skończy? Kiedy w końcu będzie dobrze?
- Już niedługo. Obiecuję ci, że już niedługo.
- Mam już tego wszystkiego dość.
- Kochanie, będzie dobrze. Zobaczysz - siedzieliśmy tak jeszcze przez chwilę. - Skarbie musimy już iść.
- D...dobrze - powiedziałam. Głos drżał mi od łez. Jacob pomógł mi wstać i wspólnie udaliśmy się do samochodu. Jake prowadził. Ja nie byłabym w stanie. Gdy dojechaliśmy na cmentarz wszyscy już tam byli. Zrobiło mi się słabo. Bardzo słabo.
- Bello, możesz tu zostać. Nie musisz tam iść.
- Ona oddała swoje życie dla mnie. Dla nas. Muszę tam iść i nieważne jak się czuję. - Nic nie powiedział tylko wysiadł z samochodu, obszedł go, otworzył mi drzwi i pomógł wysiąść. Razem ruszyliśmy w stronę grupki ludzi. Gdy doszliśmy ceremonia akurat się zaczęła. Wszyscy mówili coś dobrego o Natalie, a ja po prostu siedziałam i płakałam. Najgorszy był moment, w którym złożono trumnę do grobu. Słyszałam płacz jej rodziny, przyjaciół. To było nie do wytrzymania. Na chwiejnych nogach wstałam z krzesła i ruszyłam w stronę samochodu. Oparłam się o maskę i schowałam twarz w dłoniach. Jak dla mnie tego wszystko było już o wiele za dużo. Podniosłam głowę do góry i rozejrzałam się wokół, ponieważ poczułam, że ktoś mnie obserwuje. Nie myliłam się. Za jednym z drzew stał Edward. Przyglądał się mi intensywnie. Podeszłam do niego powoli.
- Co tu robisz?
- Przyszedłem na pogrzeb i miałem nadzieję, że ciebie tu spotkam.
- Czego ode mnie chcesz?
- Chcę porozmawiać, przeprosić...
- Nie masz za co przepraszać Edwardzie.
- Mam. Za naszą ostatnią rozmowę i to jak się wtedy zachowałem i za cały ten wypadek.
- Edward...
- Bello, co ty tu robisz?! A ty!
- Chciałem...
- Nie obchodzi mnie co chciałeś!
- Jacobie uspokój się. Wróćmy już do domu. Proszę cię - powiedziałam, łapiąc go za rękę. Musiał się uspokoić. - Chodź do samochodu. Proszę!
- Dobrze. A ty nigdy więcej nie waż się podchodzić do Belli. Już wystarczająco ją zraniłeś - powiedział i ruszył w stronę samochodu ciągnąc mnie za sobą. Odwróciłam się w stronę Edwarda. Ból w jego oczach...


Zatrzymaliśmy się przed naszym domem. Przez całą drogę nie zamieniliśmy ani słowa. Widziałam, że Jacob aż rwał się żeby mi coś powiedzieć, ale chyba nie chciał zaczynać pierwszy. Co chwilę otwierał i zamykał usta wahając się. Atmosfera była napięta, wręcz wyczuwalna. Wydarzenia ostatnich dni były straszne. Cały czas miałam przed oczami śmierć Natalie. Zginęła za nas. Za mnie i Jacoba. Za nasz związek. Teraz, po pogrzebie wiem, że już jest po wszystkim. Czuję się już trochę lepiej, ale nadal jest mi źle i długo tak będzie. Jacob. Teraz z perspektywy czasu widzę jaka byłam głupia. Tyle dni straciłam. Czy da się to wszystko naprawić...
- Bello, ja chciałbym... - Jacob miał dość ciążącej ciszy i przerwał ją. - Chciałbym cię przeprosić...
- Jacob, nie.
- Ale...
- Posłuchaj mnie. To ja chciałabym cię przeprosić. Zachowałam się głupio. Nie dałam ci nawet chwili na wytłumaczenie się. Teraz wiem, że popełniłam błąd. Przepraszam.
- Kochanie, nie musisz mnie za nic przepraszać. Ja też nie zachowałem się doskonale. Powinienem...
- Choć nadal uważam, że nie masz za co przepraszać, dziękuję i wybaczam.
- Ja tobie nie mam nic do wybaczenia. Bello jest coś, co...
- Nieważne. Tęskniłam za tobą - powiedziałam i przygarnęłam go do siebie. Z zachłannością wpiłam się w jego usta. Oderwaliśmy się od siebie dopiero gdy zabrakło nam tchu.
- Hym... Przerwałaś mi już trzeci raz, ale nie będę narzekał.
- A ty za mną nie tęskniłeś?
- Bello, każdy dzień bez ciebie był dniem straconym. Chcę spędzić z tobą resztę swojego życia. Chce żebyś była moją żoną.
- Będę.
- Naprawdę?
- W sumie to czemu nie. Szczerze mówiąc nic nie odwoływałam, a został jeszcze prawie miesiąc. Kocham cię Jacob.
- Tak się cieszę. W takim razie, już po raz trzeci, czy wyjdziesz za mnie?
- Po raz drugi... tak - powiedziałam, a Jacob wyjął z kieszeni pierścionek i włożył mi go na palec.
- Nosiłeś go cały czas przy sobie?
- Przypominał mi ciebie. Jest tak samo śliczny. Chociaż nie... Ty jesteś o wiele śliczniejsza.
- Jake... - Nie byłam zdolna do wypowiedzenia czegokolwiek więcej. Czułam, że moje policzki oblewa czerwień. Dopiero teraz zorientowałam się jak bardzo go kocham i jak bardzo mi go brakowało. Odnalazłam jego rękę i splotłam swoje palce z jego. Już zapomniałam jaki jest gorący. Przyjemne ciepło rozeszło się po całym moim ciele. Zaśmiałam się cicho kręcąc głową.
- Powiesz mi co cię tak rozbawiło? - Zapytał, przytulając swoją rękę do mojego policzka. Spojrzałam w jego brązowe oczy, pełne miłości.
- Nic takiego - szepnęłam, całując go w policzek.
- Nigdy więcej się nie rozstawajmy - powiedział i pocałował mnie. Najpierw tak delikatnie, ledwie musnął moje usta, a później robił się coraz odważniejszy. Przyciągnął mnie do siebie na tyle blisko, jak pozwalał nam na to samochód.
- Wejdźmy już do domu - wyszeptałam, ledwo łapiąc oddech. Uśmiechnął się do mnie i już po chwili otwierał mi drzwi. Weszliśmy do środka. Zdjęłam niewygodne szpilki i weszłam po schodach do sypialni. Słyszałam, że Jake idzie za mną. Usiadłam na łóżku, a Jacob przykucnął naprzeciwko mnie.
- Ten dom był taki pusty kiedy ciebie nie było.
- Teraz już jestem i nigdzie się nie wybieram. No chyba, że mnie wygonisz.
- Nawet przez myśl by mi to nie przemknęło - powiedziałam, przytulając się do niego. - Tak bardzo brakowało mi twojego dotyku.
- Już to nadrabiam - powiedział i usiadł za mną. Zaczął masować moje plecy, ramiona. Składał pocałunki na szyi, szeptał do ucha, że bardzo mnie kocha.
- Ach... - szepnęłam kiedy przygryzł płatek mojego ucha. - Jacob, pocałuj mnie - powiedziałam, odwracając się w jego stronę. Usiadłam na nim okrakiem i wpiłam się w jego usta. Poddał się tej pieszczocie z przyjemnością. Oderwaliśmy się na chwilę żeby zaczerpnąć tchu.
- Wow - wyszeptał Jake, ale nic więcej nie powiedział. Nie miał jak bo jego usta miały teraz inne zajęcie. W mojej głowie panował chaos. Tak bardzo się za nim stęskniłam i tak bardzo go pragnęłam. Pchnęłam go delikatnie, żeby się położył. Zrobił to bez wahania.
- Bello, ja...
- Nic nie mów. - Nasze usta ponownie złączyły się w pocałunku. Jego ręce błądziły po moim ciele doprowadzając mnie do białej gorączki. Przekręcił się tak,że to teraz on był nade mną. Spojrzał mi w oczy, przerywając pocałunek.
- Jesteś pewna? - Zawsze powtarzałam Jacobowi, że dopiero po ślubie, ale w tej chwili wydawało mi się to śmieszne. Takie staroświeckie. Tak bardzo za nim tęskniłam i pragnęłam go całym ciałem. Myślałam, że będę się wahać, ale czułam się taka pewna siebie.
- Tak. Kocham cię Jacob i chcę ci się oddać nie czekając ani chwili dłużej.
Nie odpowiedział tylko zaczął mnie całować tak jak nigdy dotąd. Jego usta doprowadzały mnie do szału gdy błądziły po mojej szyi, ramionach, dekolcie. Przyciągnęłam go do siebie, odnajdując jego usta. Jacob podniósł mnie trochę, żeby odnaleźć zamek od mojej czarnej sukienki. Odpiął ją jednym sprawnym ruchem.
- Też cię kocham Bello - szepnął mi do ucha. Podniosłam głowę żeby go pocałować. Gdy już odnalazłam jego usta, zaczęłam powoli odpinać jego koszulę. Ręce mi się trzęsły, utrudniając to. Gdy w końcu uporałam się z guzikami zaczęłam jeździć ręką po jego brzuchu. Uczyłam się na pamięć każdego centymetra jego ciała. Czułam pod palcami napięte mięśnie. Czyżby się denerwował? Jacob zsunął mi sukienkę z ramion i zrzucił do końca swoją koszulę. Złożył pocałunek między moimi piersiami i przekręcił nas tak, że teraz ja byłam na górze. Przejechałam ustami po jego żuchwie, uśmiechając się. Zaczęłam całować jego szyje, klatkę piersiową. Jęknął cicho gdy uszczypnęłam go zębami. Wyjął z moich włosów wsuwki, sprawiając, że luźne loki opadły mi na ramiona.
- Uwielbiam twoje włosy. - Uśmiechnęłam się gdy to powiedział. Zapamiętać - Jake lubi gdy mam rozpuszczone włosy. Przejechałam palcem po jego torsie i zatrzymałam się na krawędzi spodni. Słyszałam jak Jacob zasysa powietrze i uśmiechnęłam się chytrze. Mrugnęłam do niego okiem i położyłam obie ręce pod jego żebrami. Drgnął niespokojnie i napiął wszystkie mięśnie. Mój uśmiech zrobił się jeszcze większy, a Jake widząc to, odpiął mi stanik i przekręcił na plecy. Zrobił to tak szybko, że krzyknęłam zaskoczona.
- Hym... Myślę, że to będzie nam zbędne - powiedział i zrzucił mój stanik na podłogę. Czułam, że się czerwienię. Jake zaczął jeździć rękoma po całym moim ciele, sprawiając, że wiłam się pod nim. Pochylił się i złożył pocałunek tuż pod moim pępkiem. Wygięłam się w łuk, a z mojego gardła wydobył się cichy jęk. Jacob cały czas błądził ustami po moim brzuchu, idąc coraz wyżej. Ponownie złożył pocałunek między moimi piersiami. Wiłam się pod nim z rozkoszy. Brakowało mi oddechu.
- Jacob... - szepnęłam cicho, głaskając go po głowie.
- Słucham? - Nie widziałam, ale czułam, że Jacob się uśmiecha.
- Och... - Zabrakło mi słów dlatego usiadłam i przyciągnęłam go do siebie. Przez chwilę siedzieliśmy przytuleni do siebie, aż w końcu Jake ponownie zaczął mnie całować. Zachłannie i długo, ale z uczuciem. Położyłam się z powrotem, ciągnąć go za sobą. Wsadził zbłąkany kosmyk moich włosów za ucho i uśmiechnął się do mnie słodko.
- Jesteś taka śliczna. Nigdy nie zostawiłbym cię dla innej dziewczyny, Bello. Obiecuję, że będę zawszę twój. Pamiętaj, że cię kocham - powiedział i zdjął do końca moją sukienkę i bieliznę. Po chwili nasze ciała znalazły wspólny rytm...

Perspektywa Jacoba.

Obudziłem się rano, a w moich ramionach spała Bella. Mój Anioł. Tak bardzo ją kocham, a wczoraj ona sama udowodniła mi jak bardzo mnie kocha. Oddała mi siebie. Uśmiechnąłem się do swoich wspomnień. Wstałem, ubrałem się i pocałowałem Belle w czoło. Uśmiechnęła się przez sen. Okryłem ją jeszcze kołdrą i zszedłem na dół żeby przygotować śniadanie. Wyjąłem wszystkie potrzebne produkty i zacząłem robić omlety. Gdy wszystko było już gotowe poszedłem na górę żeby obudzić moją ukochaną. Pocałowałem ją w czoło i zacząłem głaskać ją po głowie.
- Kochanie, wstawaj! Słonko, śniadanko już gotowe.
- Yhym... Jeszcze chwileczkę.
- Nie ma chwileczki bo ostygnie - powiedziałem i ściągnąłem z jej kołdrę.
- Jacob!
- No co?
- Głupio się pytasz - powiedziała, zakrywając się prześcieradłem.
- Jesteś śliczna.
- Idź stąd.
- Nie.
- Idź - powiedziała i rzuciła we mnie poduszką. Złapałem ją i się zaśmiałem. - Czekam na dole.
Zszedłem na dół i już po chwili dołączyła do mnie Bella. Zjedliśmy śniadanie i zabraliśmy się za sprzątanie.
- Muszę iść Bello.
- Gdzie? - Zapytała cicho. Widziałem, że znów coś ją martwi.
- Na spotkanie ze sforą, a później mam patrol. Wrócę wieczorem.
- Dobrze. Ja chyba odwiedzę dziś Emily i ojca.
- Coś się stało? Masz taki markotny głos. Coś źle zrobiłem?
- Nie. Po prostu... Jestem zmęczona. - Wiedziałem, że kłamie, ale nie chciałem drążyć tematu. Skończyliśmy sprzątać.
- Muszę już lecieć. Dasz sobie radę, Bello? - Zapytałem.
- Tak. Wszystko w porządku.
- To dobrze. Buziak?
- Buziak - powiedziała i cmoknęła mnie w usta.
- Kocham cię.
- Ja ciebie też.
- Pa.
- Pa, pa. Będę tęskniła.
- Ja bardziej - powiedziałem i chciałem ją pocałować, ale odepchnęła mnie, śmiejąc się.
- Idź już, bo w końcu nie wyjdziesz.
- Masz rację. Pa - powiedziałem, szybko cmoknąłem ją w usta i wyszedłem.
- Jesteś niemożliwy. - Usłyszałem jeszcze. Zaśmiałem się i wsiadłem do samochodu. Mam nadzieję, że teraz będzie już wszystko dobrze.

______________________________________________________________

No to tyle na dziś. Jestem ciekawa waszych opinii. Osobiście uważam, że nie jest najlepszy. No nic.
Ocenę pozostawiam Wam. Jak zwykle przepraszam za błędy i dziękuję za wszystkie komentarze. Dziękuję i pozdrawiam ;*
Marta...

niedziela, 1 czerwca 2014

Rozdział 12

Perspektywa Belli.

Silniki startującego samolotu zatkał mi uszy. Nigdy tego nie lubiłam, teraz jednak cieszyłam się, że zakłóciły odgłosy dochodzące z zewnątrz i pozwoliły mi zająć się swoimi myślami. Za dwie godziny będę w Forks i teraz, gdy samolot unosił się już nad ziemią i nie było jak uciec, pomysł żeby już wracać wydał mi się absurdalny. Nie byłam jeszcze na to gotowa, szczególnie po rozmowie z Jacobem.

                                               ~ retrospekcja ~

- Teraz możemy porozmawiać.
- Nie gniewaj się na mamę i Emily. Wymyśliły to żeby mi pomóc. Nam pomóc.
- Mogły mi powiedzieć.
- Zgodziłabyś się?
- Nie.
- Więc widzisz. Bello, tak bardzo za tobą tęsknię.
- Ja za tobą też Jacob. Myślisz, że mi nie jest trudno. Tak bardzo chciałabym ci wybaczyć, ale boję się znowu zaufać. Cały czas o tobie myślę. Nie ma takiej chwili, w której myślałabym o czym innym. Wiesz, ile łez wylałam przez ciebie. Tak bardzo chciałabym żeby było jak kiedyś. Chciałabym być szczęśliwa.
- Możesz być. Możesz być szczęśliwa jak kiedyś, tylko musisz mi wybaczyć. Zrobię wszystko żebyś była szczęśliwa, żeby było ci dobrze. Kocham cię. Tak bardzo cię kocham, Bello.
- To nie jest takie łatwe. A może. Nie wiem! Nie wiem co zrobić.
- Wróć ze mną do Forks. Nie musisz wybaczyć mi od razu. Nie musimy razem mieszkać. Tylko proszę, nie odwracaj się ode mnie. Nie odtrącaj mnie. Nie zniosę tego, że nie ma cię przy mnie. Kocham cię.
- Też cię kocham Jacob. Kocham, a nawet bardzo, ale też nienawidzę za to, że tak przez ciebie cierpiałam. Muszę to przemyśleć.
[...]
- Dobra. Wrócę do Forks na pewno, ale Jacob, jeśli naprawdę mnie kochasz to nie każ mi podejmować decyzji już teraz. Obiecuję, że się nad tym poważnie zastanowię, ale teraz mam po prostu mętlik w głowie.
- Rozumiem, że potrzebujesz czasu. W takim bądź razie nic mnie tu nie trzyma. Jutro wrócę do domu. Mam nadzieję, że wszystko się między nami ułoży, bo bardzo tego pragnę. Kocham cię Bello. - Na widok łez, które zaszkliły jego oczy w moim sercu zawitała wielka dawka bólu. Dlaczego miłość musi być taka trudna?
            
                                               ~ koniec retrospekcji ~

Na drugi dzień Jacob wyjechał, a ja z każdą minutą coraz bardziej za nim tęskniłam. Dwa dni później spakowałam się, pożegnałam z mamą i Philem i tak o to znalazłam się w tym samolocie. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego jak pochopna była ta decyzja. Choć jeszcze niedawno wydawało mi się, że powrót do deszczowego, zielonego Forks, do codziennego życia, problemów, to najlepszy pomysł w życiu, to teraz obleciał mnie strach. Do tego z lotniska odbiera mnie Jake. Tak, właśnie on. Gdy podjęłam decyzję o powrocie, od razu  do niego zadzwoniłam. To był taki impuls, którego teraz żałowałam. I co ja mam mu powiedzieć? Jak to wszystko rozegrać? Tak bardzo za nim tęsknię, ale cały czas pamiętam o tym wszystkim co się stało. Chciałabym żeby było jak dawniej, kiedy mieszkaliśmy razem, a każda chwila z nim była chwilą cudowną. Czy dam radę mu wybaczyć?

Perspektywa Nicole.

Może zwariowałam, a może nie, ale gdy Emily powiedziała mi, że Jacob pojechał na lotnisko po Belle, poczułam, że muszę to wszystko naprawić. Pomóc im żeby te uczucie, które ich łączy nie zanikło przeze mnie. Kocham Jacoba i serce mi pęka, że nie ma nadziei na to, że jeszcze kiedykolwiek będziemy razem. Nie chce mi się żyć. Męczy mnie świadomość, że wszystko zepsułam. Wiem jak oni muszą się czuć, ale mi też nie jest łatwo. Jeszcze niedawno byłam zwykłą dziewczyną z przyjaciółmi, rodziną, chłopakiem, ale przyjazd tu wszystko zepsuł. Nienawidzę tego miejsca i zrobiłabym wszystko żeby cofnąć czas. Czuję się tu jak ktoś obcy. Mam tylko jeden cel, a później niech się dzieje co che. Muszę za wszelką cenę ich przeprosić i doprowadzić do ich zgody. Zatrzymam ich i zrobię wszystko, ale to wszystko żeby im pomóc.

Perspektywa Belli.

Samolot wylądował, odebrałam swoje bagaże i ze ściśniętym gardłem ruszyłam w stronę, gdzie powinien czekać na mnie Jacob. W końcu go zobaczyłam. Stał tam i rozglądał się, szukając mnie w tłumie. W końcu mnie dostrzegł i pomachał mi. Wyglądał jakby chciał do mnie podbiec i wziąć mnie w swoje ramiona, ale bał się mojej reakcji. Podeszłam do niego i uśmiechnęłam się nieśmiało. Choć przez całą drogę myślałam o tym, co mu powiem, to teraz zabrakło mi słów.
- Cześć.
- Cześć. Jak minął lot?
- Dobrze.
- To dobrze. Daj, wezmę to - powiedział, wyciągając ręce w stronę walizek. Oddałam mu je i zapadła niezręczna cisza.
- To co? Jedziemy?
- Jedziemy.
W ciszy doszliśmy do samochodu. Jacob otworzył mi drzwi, a kiedy wsiadłam włożył walizki do bagażnika i wsiadł do samochodu. Włożył kluczyki do stacyjki, ale nie odpalił silnika. Spojrzałam na niego.
- Co?- Zapytałam, ponieważ wpatrywał się we mnie.
- Nie, nic. To znaczy... Coś. Po prostu zastanawiam się, czy to, że wróciłaś oznacza też to, że mi wybaczyłaś.
- Jacob, nie teraz. Porozmawiamy o tym w domu. Dobrze?
- Skoro tak wolisz - odpowiedział i odpalił samochód. Jechaliśmy w ciszy, a przynajmniej do czasu, kiedy ja jej nie przerwałam.
- Jacob, uważaj! - Krzyknęłam nagle bo na drodze pojawiło się wielkie zwierzę. Pisk hamulców i huk kiedy uderzyliśmy w drzewo.
- Boże! Bello, nic ci nie jest? - Jacob zaczął mnie oglądać z każdej strony. W jego oczach widziałam strach i zmartwienie. Ja sama przez chwile byłam tak wystraszona, że ledwo kojarzyłam fakty.
- Bella!
- Nie Chyba nic mi nie jest - odpowiedziałam po chwili.
- Właśnie widzę. Masz rozciętą głowę. - Spojrzałam w lusterko. Rzeczywiście z rozcięcia nad skronią leciała mi krew.
- To nic takiego - odpowiedziałam i spojrzałam na drogę. Wielki wilk stał i się w nas wpatrywał.
- Poczekaj, zaraz to opatrzę - powiedział Jacob, a kiedy zorientował się, że nie zwracam na niego uwagi, podążył za moim wzrokiem. Gdy zobaczył basiora na jego twarz wstąpił taki gniew, że bałam się odezwać. Szybko wysiadł z samochodu.
- Co ty sobie wyobrażasz!? Chciałaś nas zabić?! Co za idiotka! ZMIEŃ SIĘ, ALE JUŻ! - Krzyczał. Wielkie psisko zniknęło w krzakach, a ja wysiadłam z samochodu. Dopiero teraz dotarło do mnie kim był ten wilk.
- Co ona tu robi?! - Krzyknęłam do Jacoba i spojrzałam na niego. Włożyłam w te spojrzenie tyle jadu, że aż się cofnął.
- Ja...
- Co ona tu robi?!
- On nie wiedział, że tu będę. Przepraszam, nie chciałam spowodować tego wypadku.
- Czy ty musisz się mieszać?! Nie możesz usunąć się w cień?!
- Przecież wiesz, że próbowałam, Jacob! Ale tak się nie da! Naprawdę jest mi przykro, że wyrządziłam tyle zła. Przepraszam!
- To już jest śmieszne! Idę stąd Jacob! Zadzwoń jak już się na którąś zdecydujesz!
- Bello, poczekaj!
- Czego ty ode mnie chcesz?! Nie uważasz, że już i tak za bardzo namieszałaś mi w życiu?!
- Nie. Nie chciałam niszczyć waszego szczęścia! Wpojenie. To przez to. Ale musicie wiedzieć, że ja się o to nie prosiłam. Nie chciałam zostać wilkiem i gdybym tylko mogła, cofnęłabym czas. Miałam swoje życie, przyjaciół, a nawet chłopaka, ale zostawiłam to wszystko przez przemianę! Tak bardzo chciałabym wrócić do dawnego życia, ale nie mogę! Po prostu się nie da! Zdaję sobie z tego sprawę, że musiałaś bardzo cierpieć, ale ja też cierpiałam. Jacob także. Cierpiał, bo go zostawiłaś. Uwierzyłaś oczom, a nie jego słowom. Nie słyszałaś całej kuchni. On chciał mnie wyrzucić. Wpuścił mnie tylko po to żeby powiedzieć mi, że nie mam na co liczyć. To ja pocałowałam Jacoba! Przepraszam! Bello, nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, że masz najwspanialszego mężczyznę na świecie i ten mężczyzna kocha ciebie i tylko ciebie!
- Dlaczego miałabym uwierzyć w twoje słowa?! Skąd mam wiedzieć, że nie uknuliście sobie tego przedstawienia? Ze tego nie ustaliliście?
- Bo taka jest prawda! Nie widzisz tego jak bardzo Jacob cię kocha? Że skoczyłby za tobą w ogień? Myślisz, że dla mnie to jest łatwe? Właśnie rezygnuję z własnego szczęścia i miłości na rzecz waszego szczęścia. Czy to nie jest wystarczający dowód?!
- Ale dlaczego dopiero teraz? Teraz, gdy wszystko jest już stracone? - Głos mi drżał, a obraz rozmazywał się od łez. W głowie miałam taki mętlik, że ledwo kojarzyłam fakty.
- Nie musi tak być. Jest jeszcze szansa żeby to naprawić. Musisz tylko uwierzyć. Uwierzyć w moją miłość do ciebie. - Jacob, zabrał głos po raz pierwszy od jakiegoś czasu. Widziałam, że on też był bliski płaczu.
- Skąd mam mieć pewność? - Zapytałam cicho. Czułam, że zaraz już tego nie wytrzymam.
- Bo to wszystko, co powiedziała Natalie, to prawda. Kocham cię jak wariat i obiecuję, że już nigdy nie popełnię takiego błędu. - Podszedł do mnie i wziął moją rękę w swoje.
- A ona? Jak mam zaufać jej? Obiekty wpojeń zawsze ulegają. Prędzej, czy później, ale taka jest prawda. Jacob, to twoje słowa. Pamiętasz? Wypowiedziałeś je kiedy tłumaczyłeś mi czym jest wpojenie.
- Pamiętam każdą sekundę mojego życia odkąd się w nim pojawiłaś.
- Naprawdę? Naprawdę mnie kochasz? Boże. Ja nie wiem. Nic już nie wiem...
- Nie wiesz, czy mnie kochasz?
- Kocham cię Jacob. Ale boję się zaufać. Wierzę ci, ale wiem też jak działa wpojenie i wiem już do czego jest zdolna Natalie - powiedziałam i wyrwałam swoją rękę z jego uścisku.
- Ja usunę się w cień. Tym razem najskuteczniej jak umiem. Wasza miłość jest tego warta, a ja już nie chcę cierpieć - powiedziała i zaczęła wpatrywać się w jakiś punkt za nami. Czarny samochód pędził w naszą stronę z ogromną prędkością. - Tak. To będzie najlepsze rozwiązanie dla nas wszystkich.
Następne wydarzenia działy się tak szybko, że nawet nie zauważyłam kiedy Natalie wbiegła pod rozpędzony samochód. Huk, pisk opon, krzyk Jacoba i jeszcze głośniejszy mój. Czy ona zrobiła to naprawdę? Naprawdę odebrała sobie życie przeze mnie?
- O Boże! Ona musi przeżyć! Jacob! - Doskoczyłam do leżącej na ziemi dziewczyny.
- Natalie, słyszysz mnie? Wstawaj! Słyszysz? Otwórz oczy!
- O Boże! Ja nie chciałem. Ona pojawiła się tak nagle. Już zadzwoniłem do ojca. On jest lekarzem. On jej pomoże! Karetka już jedzie! Boże! Co ja zrobiłem? Nie wytrzymam. Krew... - Spojrzałam na osobę, która wyszła ze zmasakrowanego samochodu. Jeszcze tego mi brakowało...
- Odejdź stąd! No już! - Jacob, pchnął Edwarda tak mocno, że przeleciał na drugą stronę ulicy. Po chwili pojawił się koło mnie i zaczął mnie uspokajać. Tyle różnych myśli przechodziło przez moją głowę, łzy ciurkiem spływały po moich policzkach. Byłam w takim szoku, że nawet nie zauważyłam karetki, radiowozu, a nawet tego, że Jacob próbuje odczepić moje kurczowo zaciśnięte dłonie od koszulki Natalie. Gdy już mu się udało zaczęła się wielka krzątanina. Lekarze biegali nosząc jakieś sprzęty i aparatury, z oddali było słychać syreny radiowozu, a z głębi lasu przeraźliwe wycie wilków. Słyszałam i widziałam to wszystko, ale nie mogłam skoncentrować się na niczym. Szloch, łzy i zatkany nos utrudniały mi oddychanie.
- Bella, słyszysz mnie? - Jacob szturchał mnie za ramiona od dłuższej chwili, ale dopiero teraz zdałam sobie z tego sprawę. Ze szlochem wpadłam w jego ramiona.
- Och, Jacob, To wszystko przeze mnie.
- Co ty mówisz, Bello? To była jej decyzja. Wszystko będzie dobrze.
- A co jeśli ona nie przeżyje? - Zapytałam, choć w duchu wiedziałam, że ona już nie żyje. P prostu nie chciałam się do tego przyzna. Dopuścić do siebie myśli, że przeze mnie zginął człowiek.
- Przeżyje - powiedział Jacob, ale sam w to nie wierzył. Było słychać to w jego głosie. - Twój tata tu idzie - powiedział i przestał mnie przytulać.
- Charlie? No tak. Przecież jest komendantem na tutejszej policji.
- Bella?! Co ty tu robisz? Kochanie, nic ci nie jest?
- Nie tato.
- A twoja głowa? Chodź. Zaprowadzę cię do karetki. Muszą to opatrzyć - powiedział i rzucił gniewne spojrzenie w stronę Jacoba. Nadal był na niego zły za ostatnie wydarzenia. Biedny Charlie nawet nie wiedział, że wróciłam od mamy. Chciałam mu zrobić niespodziankę. No proszę. Udało mi się. Boże, dlaczego to wszystko spotkało akurat mnie? Już nigdy nie pozbędę się z głowy obrazu tego dnia.
- Bella? - Charlie stał z wyciągniętą w moją stronę ręką. Tak się zamyśliłam, że zapomniałam, że w ogóle mnie wołał. Podeszłam do niego i dałam się objąć. Wszystko to robiłam mechanicznie. Charlie zaprowadził mnie do karetki, a tam jakiś lekarz założył mi opatrunek i podał tabletki uspokajające. Po chwili podszesł do mnie jakiś policjant i zaczął zadawać pytania.
- Może pani rozmawiać?
- Tak - odpowiedziałam cicho. Nie miałam już siły i ledwo stałam na nogach.
- Czy widziała pani te zdarzenie?
- Tak.
- Co się stało z tamtym samochodem? - Zapytał wskazując ręką samochód Jacoba.
- Na drogę wybiegło nam jakieś zwierzę. Jacob nie zdążył zahamować.
- Rozumiem. Czy ta ciemnowłosa dziewczyna jechała z wami?
- Natalie? Nie. Ona szła bokiem. Chyba wracała do domu piechotą - powiedziałam i zastanowiłam się, co powiedzieć dalej. Nie powiem mu o kłótni. - Pomogła nam wysiąść z samochodu.
- Co działo się dalej? Czy jest pani w stanie stwierdzić kto spowodował wypadek? - Rozejrzałam się dookoła. Mój wzrok przykuł Edward i policjant, który go przesłuchiwał. Przy nim był Carlisle. No tak. Jakby nie patrzeć przez to, że został przemieniony w  wieku siedemnastu lat nadal jest niepełnoletni.
- Proszę pani?
- Co? Och, tak. Przepraszam. To Natalie. Nie zauważyła samochodu i weszła wprost pod koła. Czy pan może... Czy... Co z nią? Żyje?
- Przykro mi - powiedział policjant i uciekł wzrokiem. Czułam jak lecę w dół i gdyby nie Charlie upadłabym wprost na ziemię.
- Myślę, ze jej już wystarczy Maks. Dużo dziś przeszła - powiedział Charlie. To była ostatnia rzecz jaką zdołałam zarejestrować, później zemdlałam.

 Obudziłam się w salonie u taty. Głowa bolała mnie niemiłosiernie. Powoli podniosłam się do pozycji siedzącej i syknęłam z bólu, gdy coś zakuło mnie w głowie.
- Kochanie, jak się czujesz? - Zapytał tata podając mi herbatę.
- Dziękuję. Źle, ale to nic.
- Bello, policja chciała żebyś wstawiła się na przesłuchanie jak będziesz na siłach. Pojutrze odbędzie się pogrzeb. Rodzina Natalie już tu jest. - Na początku nie wiedziałam o co mu chodzi, ale po chwili zalała mnie fala wspomnień. Wypadek, kłótnia z Natalie, jej śmierć, Edward, przesłuchanie... Łzy pociekły mi po policzkach. Straszne wyrzuty sumienia wkradły się do mojego serca i rozumu. To przeze mnie ta dziewczyna wskoczyła pod samochód. Zrobiła to żeby udowodnić, że Jacob kocha tylko mnie i nikogo więcej. Zrobiła to żebym była szczęśliwa razem z Jacobem. Oddała swoje życie za nas, za nasz związek.
- To przeze mnie... Przeze mnie...
- Co ty gadasz Bello? No już. Spokojnie. - Charlie objął mnie jak małe dziecko i zaczął kołysać się w przód i tył. Cały czas szeptał uspokajające słowa, a ja płakałam i płakałam. Nie wiem jak długo to trwało, ale w końcu zasnęłam z wyczerpania. Gdy się obudziłam Charliego nie było w domu. Wstałam, zabrałam swoje rzeczy i wyszłam z domu. Po drodze wzięłam klucze do garażu. Przypomniało mi się, że przed wylotem do Phoenix zostawiłam u taty samochód. Czułam się koszmarnie, ale musiałam pojechać do La Push. Musiałam dowiedzieć się, co się tam dzieje i przeprosić za śmierć Natalie. Wsiadłam do samochodu i zaczęłam szukać kluczy w torebce. Byłam tak roztrzęsiona, że po chwili wszystko wypadło mi z niej na siedzenie. Wzięłam klucze, które również znalazły się na siedzeniu i odpaliłam samochód. Łzy utrudniały mi widoczność. Otarłam je wierzchem dłoni i wyjechałam na drogę. Dlaczego moje życie jest pasmem problemów, porażek i bólu? Dlaczego nie mogę być szczęśliwa? Dlaczego akurat ja? Te pytania cały czas chodziły po mojej głowie. Nie wiem czy to przez łzy, czy przez to, że się zamyśliłam, ale nie zauważyłam wielkiego zbiorowiska ludzi na środku drogi i w ostatniej chwili zdążyłam zahamować. Na trzęsących się nogach wysiadłam z samochodu i dopiero wtedy dotarło do mnie kim są ci ludzie i gdzie się znajduję. To była granica, którą wyznaczał pakt, a po obu ich stronach stali swoi odwieczni wrogowie. Jacob ze sforą i Edward z rodziną. Kłócili się tak bardzo, że nawet nie zauważyli tego, że prawie w nich wjechałam.
- Zbiłeś jedną z nas! Zapłacicie za to!
- Jacobie, po raz kolejny powtarzam ci, że to ta biedna dziewczyna wbiegła pod koła mojego syna. Przecież sam to widziałeś.
- Przecież podobno macie ten super refleks! Zrobiłeś to specjalnie! Pakt już się nie liczy!!
- Skoro tak, to chodźcie tu!
- Emmett!
- Nie, on ma rację! - Krzyknął Jacob i odwrócił się w stronę sfory. Wszyscy zmienili się w wilki. Powoli szłam w ich stronę nie zważając na niebezpieczeństwa, które mi groziły. Nie obchodziło mnie nic. Jacob zrobił krok w stronę Cullenów, już chciał przekroczyć granice i nagle zatrzymał się jak wryty, ponieważ stanęłam przed nim.
- Bella! Uciekaj stąd! - Edward chciał do mnie podbiec, ale powstrzymał go jeden z jego braci i głośne warczenie sfory. Nie ruszyłam się nawet na krok. Stałam i patrzyłam w oczy Jacoba.
- Czy nie uważasz, że masz na głowie już wystarczająco dużo problemów? Chcesz rozpocząć wojnę między wampirami, a sforą? Pomyślałeś, że któryś z was może ucierpieć? Chcesz organizować kolejny pogrzeb? A co, jeśli to tobie coś się stanie? Pomyślałeś o tym jakbym się czuła tracąc osobę, którą kocham ponad życie? Śmierć Natalie, to nie wina Edwarda, tylko moja.
- Co ty gadasz, Bello?!
- Edwardzie, nie wtrącaj się proszę - powiedziałam i spojrzałam na niego proszącym wzrokiem. Wiedziałam, że jest mu ciężko, ale w tej chwili nie obchodziło mnie to. Spojrzałam z powrotem na Jacoba.
- Jacob, zrób to dla mnie, proszę. Nie zaczynaj czegoś, czego będziesz żałował. - Przy ostatnim słowie głos mi się załamał i łzy pociekły po policzku. Z oka Jacoba również wyleciała łza wielkości piłeczki bejsbolowej. Kiwnął głową w stronę sfory i wszyscy jak na zawołanie zniknęli w lesie. Jacob również wszedł między drzewa żeby po chwili wrócić jako człowiek. Ja w tym czasie odwróciłam się w stronę Cullenów.
- A wy? Chcecie wojny?
- Oczywiście, że nie.
- To co tu jeszcze robicie?
- Masz rację Bello. Idziemy - powiedział Carlisle. Wszyscy odwrócili się w stronę lasu oprócz Edwarda.
- Edwardzie, wszystko w porządku?
- Tak Esme. Po prostu...
- Idź Edwardzie. Idź. Do zobaczenia - powiedziałam i otarłam łzy z policzków.
- Mam nadzieję - odpowiedział i zniknął między drzewami.
- Bello?
- Jacob. - Podeszłam do niego powoli.
- Kochasz mnie nad życie?
- Czy zwątpiłeś w to choć przez chwilę? - Zapytałam. Zastanawiał się przez chwilę, a później powiedział:
- Nie. W głębi duszy cały czas o tym wiedziałem. A ty Bello? Czy zwątpiłaś w to, że mnie kochasz?
- Myślę, że był taki moment, lecz teraz wiem, że przez to co się stało, kocham cię jeszcze mocniej.
- Tak się cieszę - powiedział i przytulił mnie ostrożnie. Ja sama wtuliłam się w niego najmocniej jak mogłam.
- Tak bardzo za tobą tęskniłam, Jacob - powiedziałam i zaczęłam płakać. Nie wiem jak długo tak staliśmy. W końcu Jacob odsunął się ode mnie, ale nie wypuścił mnie z uścisku jakby się bał, że gdy tylko mnie puści, zniknę.
- Muszę wracać do La Push.
- Ja też chciałam tam jechać - powiedziałam i wskazałam ręką mój samochód. Wsiedliśmy do niego. Jacob prowadził. Im bliżej byliśmy, tym bardziej się denerwowałam.
- Co się dzieje? Cała się trzęsiesz.
- Nic. Po prostu boję się spotkana ze sforą, rodziną Natalie.
- Bello, to nie jest twoja wina, rozumiesz? Nie możesz winić się za śmierć Natalie. To był tylko i wyłącznie jej decyzja. - Nie odpowiedziałam mu. Wpatrywałam się w przednią szybę. W końcu dojechaliśmy na miejsce. Jacob zatrzymał się pod domem Leah i Setha. Byli tu wszyscy. Gdy wysiadłam wszystkie oczy były skierowane w moją stronę. 

_________________________________________________________________________
Myślę, że to właśnie w tym momencie powinnam skończyć ten rozdział. Może nie jest on najdłuższy, ale mam nadzieję, że się Wam spodoba. Jak zwykle przepraszam za wszystkie wyłapane błędy ( wiem, że często zdarza mi się zgubić literki ). Nie wiem kiedy będzie następny. Zastanawiam się nad tym jak to ma się dalej potoczyć. Wiem tylko, że u Jacoba i Belli nie będzie wcale kolorowo więc niech nie zmylą Was pozory. Myślę, że to co mam w planach ( jeśli się nie zmienią ) naprawdę Waz zaskoczy. Być może pojawi się ktoś nowy. Ktoś dzięki komu Bella i Jacob zbliżą się do siebie jeszcze bardziej, a być może oddalą. Zobaczymy... Nie przynudzam więcej ;)
Pozdrawiam ;* !!
Marta...

niedziela, 4 maja 2014

Rozdział 11

 Perspektywa Belli ( tydzień później )

Ciepłe plaże w Phoenix to było to czego w tej chwili potrzebowałam. Na początku nie byłam przekonana do pomysłu mamy, która zagroziła mi, że jeśli sama do niej nie przylecę to osobiście złoży mi wizytę i już nie będzie tak miło. Wolałam nie sprawdzać czy jej groźba była prawdziwa i tak o to znalazłam się w Phoneix. Teraz spaceruję brzegiem plaży razem z mamą, która gada jak najęta. Naprawdę próbowałam jej słuchać, ale moje myśli cały czas krążyły wkoło Jacoba. Strasznie za nim tęskniłam i z każdą minutą wydawało mi się, że źle zrobiłam. Nadal go kochałam i coś czułam, że te uczucie już zawsze będzie ze mną. Być może słusznie, a być może niesłusznie zaczynałam czuć wyrzuty sumienia, że tak gwałtownie na to wszystko zareagowałam i odrzuciłam Jacoba. Przecież nadal próbował udowodnić mi, że mnie kocha. Dzwonił codziennie, ale ja odrzucałam jego połączenia. Dlaczego? Sama nie wiedziałam. Może po prostu się bałam. Bałam się, że jak mu wybaczę to znów stanie się coś złego. Coś, przez co ponownie będę cierpiała.
Bałam się zaufać i zaangażować.
- Bello, w ogóle mnie nie słuchasz - stwierdziła mama obejmując mnie w pasie.
- Przepraszam.
- Nie szkodzi. Myślałaś o Jacobie?
- Tak. Brakuje mi go, mamo.
- Usiądziemy? - Zapytała, wskazując leżaki stojące kawałek od brzegu. Po jej zachowaniu mogłam wyczytać, że chce przeprowadzić ze mną poważną rozmowę. Usiadłyśmy na przeciwko siebie. Mama wzięła moją zdrową rękę i schowała ją w swoich.
- Kochanie, ja wiem, że jest ci ciężko. Byliście z Jacobem wspaniałą parą i naprawdę było widać, że się kochaliście. Zresztą nadal się kochacie. Widać gołym okiem. Bello, to co ci teraz powiem może ci się nie spodobać i możesz uznać, że się wtrącam i nie mam racji, ale muszę ci to powiedzieć. Uważam, że za szybko się rozeszliście. Powinnaś z nim porozmawiać z Jacobem i pozwolić się mu wytłumaczyć.
- Już mi się tłumaczył - przerwałam jej cicho. Wiedziałam, że ma rację, ale sama nie chciałam się przed sobą do tego przyznać.
- Wiem. Mówiłaś mi, kochanie. Chodzi mi o to, że z tego co mi mówiłaś to ta Natalie. To ona rzuciła się na Jacoba, tak?
 - Tak. Tak mi się tłumaczył.
- Dlaczego mu nie wierzysz?
- Mamo, wierze mu, ale... Wpojenie. Zawsze się tego obawiałam. Może nie w tej wersji. Zawsze myślałam, że to Jacob się w kogoś wpoi, a nie ktoś w niego. Co z tego, że on mnie kocha, a ja kocham jego. Przecież w każdej chwili może znaleźć dziewczyna, w którą Jacob się wpoi. Teraz tak myślę, że może dobrze, że tak się stało teraz, a nie później. Jakbyśmy byli już po ślubie.
- Rozumiem cię, Bello. Jednak nalegam żebyś chociaż się z nim pogodziła. Wiesz, rozmawiałam z nim wczoraj. Dzwonił i pytał czy wszystko z tobą dobrze. Emily, powiedziała mu, że przyleciałaś mnie odwiedzić. Był załamany. Jakby ktoś odebrał mu wszystkie chęci do życia. Nie może znieść myśli, że wszystko zepsuł. Chce się z tobą skontaktować, ale ty nie odbierasz, unikasz go - powiedziała. Przez chwilę panowała niezręczna cisza. Wiedziałam, że mama ma rację, ale nie byłam jeszcze gotowa na ponowną rozmowę z Jacobem.
- Pogodzę się z nim. To na pewno. Nie obiecuję ci nic więcej, dobrze?
- Wiedziałam, że postąpisz jak dorosła. Bello, gdy mi o tym powiedziałaś myślałam, że będzie tak samo jak ostatnim razem - powiedziała, dotykając blizn na moim nadgarstku. Teraz z perspektywy czasu widzę jaka byłam głupia. Zakochana po uszy, zraniona nastolatka. Jak mogłam chcieć się zabić. Przecież Renee i Charlie...
- Już nie jestem taka głupia.
- Widzę, kochanie. Och, jak ten czas szybko leci. Nadal pamiętam pierwsze spotkanie z Jacobem.
- Wyglądał wtedy jakby miał zaraz się rozpłakać - powiedziałam, wspominając ten dzień
                                                             ~retrospekcja~

- To ty jesteś tym chłopakiem, o którym opowiadała mi Bella? - Zapytała groźnie mama, podchodząc do Jacoba. Stał na środku salonu, skulony i ze strachem wymalowanym na twarzy.
- Tak proszę pani. Jacob Black. Miło poznać - powiedział wyciągając w jej stronę rękę. Uścisnęła ją mocno, a później przyłożyła wskazujący palec na jego klatce piersiowej i powiedziała:
- Mi także miło poznać, ale wiedz jedno. Jeśli skrzywdzisz moją córeczkę to ja się z tobą rozmówię. Rozumiemy się?
Jacob tylko pokiwał głową głośno przełykając ślinę. Mama zaśmiała się wtedy i przytuliła go.
- Ha ha ha! Żebyś widział swój wyraz twarzy. Żartowałam. Wcale nie jestem taka straszna - powiedziała i zaczęła się śmiać.
                                                          ~koniec retrospekcji~
- Tak. Biedny Jake.
- To było tak dawno temu. Ja byłam wtedy inna. On też.
- Och, Bello! A pamiętasz jak pierwszy raz do nas przylecieliście? Jacob był taki zawstydzony i wystraszony. Jego wygląd wcale nie pasował do zachowania. Taki wielkolud, a skulony w kącie. - Zaczęła wspominać mama. Wiedziałam co chciała tym uzyskać. Próbowała mnie przekonać, że Jacob jest wspaniałym chłopakiem. Wiedziałam to doskonale, ale Renee to Renee. Westchnęłam ciężko i spojrzałam błagalnie na mamę. Zrozumiała o co mi chodzi i powiedziała:
- No dobrze. Wracajmy do domu.
- Wracajmy.

Perspektywa Jacoba.

Biegłem przed siebie nie zważając na drogę. Czułem się okropnie ze świadomością, że wszystko spieprzyłem. Zawiodłem jako alfa w sforze, zawiodłem Belle, zawiodłem samego siebie. Zwiodłem wszystkich wkoło.
- To wszystko przeze mnie. - Nagle usłyszałem w swojej głowie głos Natalie.
- Przez grzeczność nie zaprzeczę. Chcę być sam.
- Dokąd biegniesz? Poczekaj! - Zatrzymałem się i poczekałem, aż do mnie dobiegnie.
- Czego nie rozumiesz w słowach " chcę być sam " ? 
- Musimy porozmawiać.
- Nie mamy o czym. 
- Owszem. Mamy. Nie mogę patrzeć jak przeze mnie wszystko psujesz. Sfora potrzebuje przywódcy.
- Wiem, że to co teraz powiem będzie paskudne, ale prawda jest taka, że dopóki się tu nie pojawiłaś to wszystko było dobrze. Nie potrafisz zająć się swoim życiem tylko rozwalasz cudze. Mam gdzieś twoje ciągłe przeprosiny. Miałaś porozmawiać z Bellą i co? Jak to ciągle ujmujesz - nie masz odwagi spojrzeć jej w oczy. Ale miałaś odwagę przyjść do mojego domu i całować mnie, mimo że wiedziałaś, iż Bella może wejść w każdej chwili. Uwierz, że wiem jak działa wpojenie i wiem co czujesz, ale wiesz co? Mam to gdzieś! - Zostawiłem ją i zacząłem biec w stronę La Push. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę jak daleko byłem. Ta rozmowa wytrąciła mnie z równowagi i minęła dłuższa chwila zanim zdołałem się przemienić z powrotem w człowieka. Wszedłem do domu i od razu podszedłem do telefonu. Ostatnimi czasy spędzam przy nim prawie każdą wolną chwilę. Podniosłem słuchawkę i wystukałem tak dobrze mi zanany numer. Jeden sygnał. Drugi. Trzeci.
- Cholera!
- Jacob, uspokój się - powiedział Billy. Wiedziałem, że się o mnie martwi, ale od kilku dni nie umiałem normalnie funkcjonować.
- Przepraszam.
- Musisz uszanować jej decyzję, synu.
- Ale ja nie chcę jej stracić.
- Ciągłym nękaniem jej nie odzyskasz. Daj jej trochę czasu.
- Idę do siebie - powiedziałem i zamknąłem się w swoim pokoju. Nie miałem ochoty na rozmowę. Zrezygnowany usiadłem na łóżku i wziąłem do ręki pierścionek, który oddała mi Bella. Był piękny jak ona.
Jak moja kochana Bella. Tak bardzo za nią tęskniłem i oddałbym wszystko żeby tylko usłyszeć jej głos. Z każdym dniem coraz bardziej odczuwałem jak wiele straciłem. Spojrzałem na nasze zdjęcie, które stało na półce. Pamiętam ten dzień, w którym je zrobiliśmy. Byliśmy wtedy na ślubie Emily i Sama. Bella wyglądała tak wspaniale.
- Odzyskam cię - powiedziałem w stronę zdjęcia i zaśmiałem się sztucznie. Nie potrafiłem poradzić sobie z tym wszystkim.
- Jacob, telefon do ciebie! - Do moich uszu dobiegł krzyk ojca. Zerwałem się z łóżka i podbiegłem do telefonu.
- Słucham? - Powiedziałem z nadzieją w głosie.
- Cześć Jake.
- Ach. To ty Sam.
- Też się cieszę, że cię słyszę.
- Przepraszam, ale myślałem, że to Bella.
- Rozumiem.
- Coś się stało?
- Musimy porozmawiać. Przyjdź do nas.
- Naprawdę nie mam ochoty na pogawędki.
- Jeśli nie przyjdziesz to sam się po ciebie pofatyguję.
- Groźby są karalne.
- Nie wygłupiaj się Jake. To ważne.
- Skoro to takie ważne, to zaraz będę - powiedziałem i odwiesiłem słuchawkę.
- Wychodzę - krzyknąłem i zamknąłem za sobą drzwi. Szybko pokonałem odległość dzielącą mnie od domu Sama i Emily i już po chwili siedziałem w ich salonie.
- A więc, co jest takie ważne?
- Doszły mnie słuchy, że zawalasz obowiązki dotyczące w sforze.
- Wiem o tym doskonale i nie potrzebuję twojego kazania, Sam. Staram się jak mogę, ale to wszystko nie jest takie łatwe.
- Dlatego my chcemy ci pomóc - powiedziała Emily, stawiając kubek z gorącą herbatą na stoliku.
- Pomóc? W jaki sposób?
- Wiem, że Bella się do ciebie nie odzywa. Teraz jest u mamy w Phoenix, ale za kilka dni wraca. Dzwoniłam do niej i spytałam się czy mogę tam do niej przylecieć. Zgodziła się, a nawet ucieszyła. Jutro ma odebrać mnie na lotnisku, ale się zdziwi, ponieważ to nie mnie odbierze, a ciebie, Jacob.
- Mnie? Ale..
- Tu masz bilety. Samolot masz jutro o dziesiątej. Spróbuj tego nie spieprzyć - powiedziała i podała mi bilety. Przez chwilę nie wiedziałem co mam powiedzieć. Byłem im tak bardzo wdzięczny. Próbowali mi pomóc mimo, że ja sam cały czas się nad sobą użalałem. 
- To co? Zgadzasz się?
- A co ze sforą? Przecież nie mogę tak zostawić swoich obowiązków.
- Przecież to tylko kilka dni. Dadzą radę.
- Ale...
- Co jeszcze wymyślisz?
- Nie wiem. Może po prostu boję się. Boję się tego, że znów mnie odtrąci i nie będzie chciała ze mną rozmawiać. Mogłem się z nią spotkać już wcześniej. Tutaj. W Forks. Dlaczego tego nie zrobiłem? Z tego samego powodu. Boje się spojrzeć w jej oczy i zobaczyć ten ból i rozczarowanie.  
- Nie próbując, nic nie zyskasz.
- Wiem. Wiem, że muszę to zrobić.
- Więc? Lecisz? - Zapytał Sam. Zacząłem bawić się biletem, zastanawiając się czy odważyć się na ten krok. Być może to będzie jedyna szansa żeby naprawić swoje błędy. Może uda mi się wszystko załagodzić. Nie dowiem się tego jeśli nie spróbuję.
- Tak. Dziękuję wam. Naprawdę jestem wam wdzięczny.
- Nie ma za co. Idź się pakować i uratuj ten związek.
- Zrobię wszystko co w mojej mocy. Jeszcze raz dziękuję. Do zobaczenia! - Krzyknąłem i wybiegłem z ich domu. Nadzieja, która zawitała w moim ciele rozsadzała mnie od środka. Teraz mam szansę żeby wszystko naprawić i zrobię wszystko żeby mi wybaczyła. WSZYSTKO!

Perspektywa Belli.
Cieszyłam się, że Emily do mnie dołączy. Jest dla mnie jak siostra. Moja mama i Phil też ją uwielbiają, więc nie było problemu z ich zgodą. Emily była ze mną od początku. Zawsze mogłam na nią liczyć i wiedziałam, że mnie wysłucha i dobrze doradzi. Nawet teraz, gdy wszystko się zepsuło, ona była przy mnie i wspierała mnie jak tylko mogła. Teraz czekałam na nią na lotnisku. Spojrzałam na wielki zegar wiszący na ścianie. Za dwadzieścia minut powinna już być.
- Co się tak niecierpliwisz? - Zapytała mama. Przyjechała ze mną, mówiąc, że woli mieć mnie na oku. Tak na wszelki wypadek. Ostatnio opowiedziałam jej też o spotkaniu z Edwardem. Ha! Żebyście widzieli jak bardzo się na mnie zdenerwowała, kiedy powiedziałam jej, że zastanawiam się nad tym, czy mu nie wybaczyć. Nie odzywała się do mnie dopóki nie oznajmiłam jej, że Emily chce przylecieć. Wyglądała wtedy na dziwnie podekscytowaną. Jakby spodziewała się tego, że właśnie to chce jej powiedzieć. 
- Stęskniłam się za nią.
- Rozumiem.
- Strasznie tu duszno. Prawda?
- No może trochę. Jeśli źle się czujesz to wyjdź na zewnątrz. Do samolotu jest jeszcze kilka minut. Akurat zdążysz się przewietrzyć.
- Może masz rację. Zaraz wracam - powiedziałam i zaczęłam się przepychać w stronę wyjścia. Musiałam zaczerpnąć świeżego powietrza. Gdy tylko znalazłam się na zewnątrz, znalazłam wolną ławkę, na której mogłabym usiąść. Tak jak zawsze, gdy tylko zostałam sama w mojej głowie pojawił się nadmiar myśli, których nie umiem uporządkować w żaden sposób. Wkurzają mnie bo nie dają mi spać, bo nie pozwalają się skupić, bo nie dają nawet minuty spokoju. Myśli dotyczące Jacoba, Natalie, Edwarda i całego mojego życia.

Perspektywa Renee.

Samolot już wylądował, a Bella nadal nie wróciła. Z jednej strony martwiłam się o nią, a z drugiej cieszyłam się, ponieważ wiedziałam jak zareaguje na plan Emily. Spojrzałam na tłum ludzi, który pojawił się tu z wylądowaniem samolotu i ujrzałam twarz Jacoba. Mimo swojego wzrostu zwinnie manewrował między ludźmi  i już po chwili był przy mnie.
- Witaj Renee.
- Cześć Jake.
- I jak? Bella niczego się nie domyśliła? Gdzie ona jest?
- Wyszła, bo źle się czuła. Nadal myśli, że to Emily ją odwiedzi. Chodźmy jej poszukać. Będziesz musiał dobrze ją przekonywać. Jest... Jakby to powiedzieć... Niedostępna.
- Zrobię wszystko żeby ją odzyskać, Renee. Nie odpuszczę dopóki nie naprawię tego, co zepsułem.
- Swoją drogą to jestem na ciebie wściekła. Przecież wiedziałeś, że Bella jest bardzo czuła pod punktem wpojenia. Ta dziewczyna... Nie powinieneś jej w ogóle wpuszczać do domu.
- Wiem. Nawet nie wiesz jak tego żałuję.
- Jacob, to nie mi masz się tłumaczyć - powiedziałam, wychodząc z lotniska. - I lepiej znajdź dobre wytłumaczenie. - Dodałam widząc wściekłą twarz mojej córki.

Perspektywa Belli.

Tak się zamyśliłam, że nawet zapomniałam o samolocie. Spojrzałam na zegarek i biegiem zerwałam się z ławki. Samolot powinien już wylądować. Gdy byłam już przy wejściu zobaczyłam twarz mamy i... Jacoba. Nie Emily, tylko Jacoba. W jednej chwili wszystko się we mnie zagotowało. Mama i Emily, pewnie to zaplanowały i mogą być pewne, że nie ujdzie im to na sucho.
- Gdzie Emily?! - Krzyknęłam, gdy do mnie podeszli. Widziałam wahanie na twarzy Jacoba. Bał się podejść bliżej mnie. I bardzo dobrze.
- Nie krzycz. Zrobiłyśmy to dla twojego dobra.
- Ja sama wiem, co jest dla mnie dobre!
- Bello... - odezwał się Jacob.
- CO?
- Proszę, porozmawiajmy. Bardzo mi na tym zależy.
- Teraz ci zależy?!
- Zawsze mi zależało. Cały czas próbowałem ci o tym powiedzieć, ale nie odbierałaś, unikałaś mnie. 
- Kochanie, porozmawiaj z nim. Przyleciał tu specjalnie dla ciebie. Zostawił sforę, swoje obowiązki.
- Dobrze, ale nie tutaj. Jedźmy do domu.

Zatrzasnęłam za sobą drzwi i spojrzałam na Jacoba siedzącego na moim łóżku. Jego widok sprawiał, że miałam ochotę o wszystkim zapomnieć i wtulić się w jego ramiona, ale  ie mogłam. Gdzieś tam z tyłu głowy cały czas majaczył obraz jego i Natalie. Usiadłam obok Jake' a.
- Teraz możemy porozmawiać.
- Nie gniewaj się na mamę i Emily. Wymyśliły to żeby mi pomóc. Nam pomóc.
- Mogły mi powiedzieć.
- Zgodziłabyś się?
- Nie.
- Więc widzisz. Bello, tak bardzo za tobą tęsknię - powiedział łapiąc moją rękę. Spojrzał mi w oczy, a wtedy wszystko ze mnie wypłynęło. Łzy zaczęły spływać po policzkach, a z ust wydobył się potok słów.
- Ja za tobą też Jacob. Myślisz, że mi nie jest trudno. Tak bardzo chciałabym ci wybaczyć, ale boję się znowu zaufać. Cały czas o tobie myślę. Nie ma takiej chwili, w której myślałabym o czym innym. Wiesz, ile łez wylałam przez ciebie. Tak bardzo chciałabym żeby było jak kiedyś. Chciałabym być szczęśliwa.
- Możesz być. Możesz być szczęśliwa jak kiedyś, tylko musisz mi wybaczyć. Zrobię wszystko żebyś była szczęśliwa, żeby było ci dobrze. Kocham cię. Tak bardzo cię kocham, Bello.
- To nie jest takie łatwe. A może. Nie wiem! Nie wiem co zrobić.
- Wróć ze mną do Forks. Nie musisz wybaczyć mi od razu. Nie musimy razem mieszkać. Tylko proszę, nie odwracaj się ode mnie. Nie odtrącaj mnie. Nie zniosę tego, że nie ma cię przy mnie. Kocham cię.
- Też cię kocham Jacob. Kocham, a nawet bardzo, ale też nienawidzę za to, że tak przez ciebie cierpiałam. Muszę to przemyśleć - powiedziałam. Widziałam uśmiech na jego twarzy, gdy wyznałam mu miłość i ból, kiedy powiedziałam, że go nienawidzę. A może miał rację. Może powinnam wrócić do Forks. Zacząć wszystko od początku. Z drugiej strony ten pomysł wydawał mi się absurdalny. Udawać, że nic się nie stało. Muszę się zastanowić, podjąć właściwą decyzję. Uwierzyć, że wszystko będzie dobrze.


__________________________________________________________________
Wiem, wiem. Strasznie długo mnie tu nie było, ale nie mogło mnie tu być. Nie powiem dlaczego. Przepraszam. Oddaję rozdział w wasze ręce i czekam na opinie. Przepraszam za wykryte błędy :)
Pozdrawiam ; * !
Marta...

niedziela, 16 marca 2014

Rozdział 10

Perspektywa  Belli

Co ja w ogóle robię? Przytulam się do niego jakby był moim wsparciem. Najgorsze było to, że czułam się dobrze w jego męskich, twardych jak skała i zimnych ramionach. Wydawało mi się, że idealnie do nich pasuję. Nie! Odskoczyłam od niego jak oparzona, aż walnęłam plecami w drzewo.
- Nie! Nie podchodź do mnie! Nienawidzę cię! - Zaczęłam kręcić głową, próbując pozbyć się tego uczucia, które kazało mi z powrotem się w niego wtulić.
- Wszystko w porządku?
- Nic nie jest w porządku! - Krzyknęłam i uderzyłam ręką w drzewo, a przynajmniej chciałam, ponieważ Edward w porę mnie zatrzymał.
- Już jedną masz w gipsie - wytłumaczył się, gdy spojrzałam na niego z wyrzutem. Widziałam w jego niegdyś zielonych, a teraz złotych oczach ból wymieszany z radością.
- Z czego się tak cieszysz? - szepnęłam cicho, czując, że tracę wszystkie siły. Usiadłam na ziemi, podciągając nogi pod brodę.
- Przez chwilę myślałem, że mi wybaczyłaś i nadal mam taką nadzieję. Dlaczego tak ode mnie odskoczyłaś?
- To jest dziwne. Chcę nienawidzić cię z całego serca, ale nie potrafię! Boję się tego...
- Nie nienawidzisz mnie? - Zapytał z nadzieją w głosie. Tak bardzo chciałam powiedzieć mu, żeby sobie poszedł i zostawił mnie w spokoju, ale nie potrafiłam. Dotarło do mnie, że właśnie tego bałam się od początku przyjazdu Cullenów do Forks. Tego, że nie będę umiała się na niego złościć, a nawet wręcz przeciwnie.
- Naprawdę chciałeś się przeze mnie zabić? - Zapytałam unikając odpowiedzi. Pokiwał głową na tak.
- Bello, nie było takiego dnia, w którym nie myślałbym o tobie...
- To dlaczego to zrobiłeś? Dlaczego mnie zraniłeś? - Wytarłam łzy wierzchem dłoni, wstałam i spojrzałam mu prosto w oczy. Edward zawsze potrafił doskonale skrywać emocje, ale miał jeden słaby punkt. Oczy. Zawsze wyrażały to co czuł.
- Wiem, że nie ma takiego usprawiedliwienia, którym mógłbym ci się wytłumaczyć. Jakby nie patrzeć... zdradziłem cię. Nie ważne, że byłem pod wpływem trunku. Najważniejsze jest to, że szczerze tego żałuje. - Mówiąc to cały czas utrzymywał ze mną kontakt wzrokowy. Wiedziałam, że mówił prawdę, ale nadal bolało...
- Wierzę ci. Proszę, wytłumacz mi jeszcze tylko jedną rzecz?
- Mianowicie?
- Przed tym, gdy... Wiesz o co mi chodzi. Kilka dni przed zdradą, unikałeś mnie i dziwnie się zachowywałeś. Dlaczego?
- Zbliżała się nasza rocznica. Chciałem przygotować ci niespodziankę i oświadczyć ci się - wyznał, ścierając łzy z mojego policzka. Ta wiadomość sprawiła, że poczułam się jeszcze gorzej. Chciałam już wracać do domu i zamknąć się w pokoju. Pocierpieć w samotności.
- Muszę już wracać - powiedziałam, wstając z ziemi. Mój głos był przepełniony paniką i czułam, że za chwilę stracę nad sobą panowanie i zacznę zachowywać się jakbym była opętana. Zaczęłam iść w stronę domu, ale potknęłam się o wystający korzeń i upadłam, rozcinając sobie zdrową rękę. Leciała mi krew. Spojrzałam na Edwarda, który chciał mi pomóc, ale zatrzymał się wpół drogi, sztywniejąc. Jego złote oczy zrobiły się czarne jak węgiel, skupiając się na mojej ręce. Zamarłam ze strachu widząc głód w jego oczach. Chciałam uciekać, ale strach mnie paraliżował. Nie wiem jak długo trwaliśmy w tej pozycji. Minuty czy sekundy. Nagle Edward odskoczył ode mnie, warcząc głośno jak jakieś zwierze.
- Uciekaj Bello! Proszę! - krzyknął, zaciskając ręce w pięści. Mimo, że stał daleko ja widziałam jak bieleją mu kłykcie. - No na co czekasz? Biegnij!
Zerwałam się na równe nogi, puszczając się biegiem. Potykałam się i traciłam równowagę, upadając. Czułam, że już nie mogę i za chwilę dostanę zadyszki i nie dam rady biec. Gdy chciałam się już poddać moim oczom ukazał się mój dom. Dopadłam drzwi i praktycznie wleciałam do korytarza. Zaalarmowana hałasem Emily przybiegła sprawdzić co się dzieje. Po chwili stanął za nią Sam.
- O boże! Bello! - Dziewczyna złapała mnie za rękę i zaprowadziła do salonu. Usadziła mnie na kanapie, a Sam przyniósł mi szklankę wody. Wypiłam ją duszkiem i oddałam szklankę Samowi. Z trudem łapałam oddech. Gdy uspokoiłam się na tyle, żeby coś powiedzieć spojrzałam na małżeństwo siedzące naprzeciwko mnie. Emily martwiła się o mnie, a Sam to widział i wspierał ją. Przez chwilę poczułam zazdrość o to, że oni się kochają, a mnie już po raz drugi spotkał taki zawód.
- Co się stało? - Zapytał Sam, uznając, że czuję się już na siłach żeby im wszystko wytłumaczyć. Ale czy rzeczywiście czułam się na siłach? Co prawda oddech już trochę mi się uspokoił, ale nie miałam ochoty opowiadać im o tym co wydarzyło się w lesie. "Chciałem ci się oświadczyć" Te słowa cały czas krążyły mi w głowie. Jego dziki wzrok i widoczny głód w oczach, gdy rozcięłam sobie rękę. Obrazy z całego naszego spotkania przesuwały mi się przed oczami. Później ten nieszczęsny wieczór, w którym nasze drogi się rozeszły. Dnie pełne cierpienia, a później przeprowadzka do Forks. Poznanie Jacoba, całej sfory i ich tajemnicy. Pełne szczęścia i miłości dnie z Jacobem. Pierwsze oświadczyny, a później drugie. Wieczór w którym poznaliśmy Natalie, a później ten nieszczęsny pocałunek. Wszystko przewijało się w zwolnionym tempie, jak na filmie. Na przemian uśmiechałam się i krzywiłam. Sam i Emily musieli myśleć, że już do końca zwariowałam.
- Wszystko w porządku? - Zapytali w końcu. Zrobili to w tym samym czasie co wywołało mój chichot. Taa. Zaśmiałam się. Dziwne, prawda?
- Ona chyba jest w jakimś szoku - stwierdziła Emily, patrząc Samowi prosto w oczy.
- O nie, nie! Nie zwariowałam - powiedziałam, szczerząc się do nich jak jakaś wariatka. A może jednak zwariowałam. Zaczęłam się śmiać sama z siebie. Widziałam, że twarze moich przyjaciół wykrzywia strach. Bali się o mnie. A może po prostu bali się mnie, tak jak ja bałam się Edwarda. Tego, że mnie zaatakuje. Na te wspomnienie łzy zaczęły lecieć mi z oczu, a z gardła wydobył się cichy szloch.
- Boże! Bello, powiedz coś! Słyszysz nas w ogóle? Co ci jest?! - Emily zaczęła panikować. Nie zareagowałam na jej wołania, więc uderzyła mnie lekko w twarz żebym się ocknęła. Podziałało. Przyłożyłam dłoń do policzka, zaskoczona zachowaniem przyjaciółki. Nie miałam jej tego za złe. Gdy zabrałam rękę z policzka, Emily i Sam zassali powietrze z cichym sykiem. Spojrzałam na nich zdziwiona.
- Masz policzek we krwi. Pokaż rękę - rozkazała mi przyjaciółka.
- Potknęłam się - wytłumaczyłam, zabierając rękę i przycisnęłam ją do piersi. - To nic takiego. Przepraszam was za moje zachowanie. Chyba byłam w lekkim szoku. - Wyjaśniłam. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie co powiedziałam i wystraszyłam się, że zaraz zaczną zadawać mi niewygodne pytania.
- Pójdę do siebie. - Oznajmiłam szybko żeby uniknąć wywiadu.
- Poczekaj chwilę. Mam coś dla ciebie - powiedział i wyszedł do kuchni. Zdążyłam zauważyć, że Emily zrzuciła mu groźne spojrzenie mówiące - nie rób tego! Przez chwilę zastanawiałam się o co może jej chodzić, ale moje rozmyślenia przerwał Zmiennokształtny, podając mi tabletki.
- Ból na pewno jest nie do wytrzymania - powiedział. Do póki mi o nim nie przypomniał, w ogóle go nie czułam. - A to od Jacoba. Prosił żebym ci przekazał. - Teraz wiedziałam dlaczego Emily posłała mu takie groźne spojrzenie. Zapewne wiedziała jak to na mnie zadziała i chciała oszczędzić mi tego stanu, który wywoływały u mnie wspomnienia o Jacobie. Drżącą ręką wzięłam od niego list i tabletki i pobiegłam na górę. Słyszałam, że Emily biegnie za mną, ale zatrzasnęłam jej drzwi przed nosem. Nie chciałam teraz z nikim rozmawiać. Przekręciłam kluczem i rzuciłam się na łóżko.
- Porozmawiaj ze mną! Bello! Co się stało? Edward ci coś zrobił? Wiedziałam, że nie powinnaś z nim iść! Otwórz mi! - Nie odpowiadałam jej myśląc, że w końcu sobie pójdzie, ale ona nie dawała za wygraną.
- Bells! - walnęła pięścią w drzwi. - Błagam. Nie powinnaś teraz być sama!
- Emily, ona potrzebuje czasu.
- Sam nie wtrącaj się! - Krzyknęła. Słyszałam, że Sam szepcze jej coś do ucha. - No dobra. Ostrzegam, że będę miała cię na oku! Nie rób niczego głupiego - pogroziła mi i odeszła od drzwi. Gdy byłam pewna, że nikt mnie nie usłyszy, poddałam się emocjom i wybuchłam głośnym szlochem. Co jeszcze mnie spotka? Jak długo będę w stanie znosić te cierpienie. Usiadłam na łóżku i wyjęłam list od Jake' a z koperty. Czy powinnam go w ogóle czytać? Wiedziałam, że to tylko pogorszy mój i tak już kiepski stan psychiczny, ale ciekawość zwyciężyła i zaczęłam czytać.

Droga Bello!

Wiem, że powinienem powiedzieć Ci to prosto w oczy, ale jestem tchórzem. Boję się tego, co mógłbym od Ciebie usłyszeć. Wiem, że strasznie Cię zawiodłem i zraniłem. Tyle Ci obiecałem, a teraz zrobiłem coś czego nigdy sobie nie wybaczę. Nie mam nawet tyle odwagi żeby przekazać Ci ten list, ale nie mógłbym tak po prostu spojrzeć Ci w oczy wiedząc, że mój widok sprawiałby Ci ból. Nie zdziwiłbym się, gdybyś nawet nie przeczytała tego listu. Żałuję tylko, że nie słyszałaś całej kłótni... Może wtedy wiedziałabyś jak bardzo Cię kocham. Jesteś moim sercem i nie mogę bez Ciebie żyć. Kocham Cię

                                                                                                               Jacob

Kocham cię. Kocham cię. Kocham cię. Dlaczego tak trudno było uwierzyć mi w te słowa? Słowa, które teraz rozmazywały się od słonych łez wypełniających kąciki moich oczu. Tego było jak dla mnie już za wiele. Wzięłam wodę, która stała koło łóżka i połknęłam kilka tabletek. Położyłam się na łóżku i czekałam. Czekałam aż tabletki zaczną działać i zapadnę w sen. Chciałam stracić przytomność choć na kilka godzin. Przez kilka godzin zapomnieć o całym tym bałaganie, który powstał w moim życiu. Nie czuć bólu zadanego mi przez osoby, na które tak liczyłam i kochałam. Czułam, że sen, w który miałam za chwilę popaść zbliżał się dużymi krokami i czekałam na niego z utęsknieniem. Pamiętam, że pudełko od tabletek, które trzymałam w ręce wypadło mi z ręki, a później odpłynęłam w niebyt.

Perspektywa Sama.

- Sam! Poczekaj! - Właśnie wsiadałem do samochodu, kiedy usłyszałem wołanie Jacoba. Odwróciłem się w jego stronę. Biegł do mnie od strony lasu.
- Cześć Jake. Co słychać? - Zapytałem gdy stał już koło mnie.
- Nie najlepiej, ale jakoś się trzymam. Muszę. Ale nie biegłem do ciebie jak wariat tylko po to żeby ci się zwierzać. Mam prośbę.
- A mianowicie?
- Czy mógłbyś przekazać to Emily? Ona na pewno spotyka się z Bellą, a chciałbym żeby ona to dostała.
- Spoko. Emily przez jakiś czas będzie mieszkała u Belli, a ja razem z nią. Właśnie miałem tam jechać.
- Och... To dobrze. Sam... Wiesz może co u Belli?
- Z tego co słyszałem od Emily to niezbyt dobrze. Jest załamana. Jake, ja nie chciałbym ci dokładać, ale wcale się jej nie dziwię. Masz jakiś plan żeby to naprawić?
- Nie chcę o tym rozmawiać. Przekaż jej to - powiedział, podał mi jakąś kopertę i pobiegł do lasu. Westchnąłem ciężko i wsiadłem do samochodu.
- Dobrze, że nie jestem już alfą. Nie chciałbym mieć tego trójkąta miłosnego na głowie - powiedziałem sam do siebie. Zaparkowałem przed domem Belli i Jacoba. Przynajmniej do tej pory był on domem Belli i Jacoba... Emily wybiegła na ganek i zaczęła do mnie machać. Na jej twarzy gościł tak wielbiony przeze mnie uśmiech. Gdy tyko ją zobaczyłem poczułem jak po moim ciele rozchodzi się przyjemne ciepło, a na twarzy zagościł promienny uśmiech. Wysiadłem z samochodu i przytuliłem ją.
- Tęskniłam.
- Ja bardziej. Jak się masz?
- Ja dobrze, ale Bella ma się słabo. Martwię się o nią. Wyszła z domu z tą pijawką.
- Edwardem? - Warknąłem, za co skarciłem się w myślach. Muszę być spokojny. Nie chcę doprowadzić do kolejnej przemiany. Obiecałem to Emily i naszemu dzidziusiowi.
- Tak, ale nie denerwuj się. Wejdźmy do środka.
- Idź, a ja wezmę jeszcze nasze rzeczy.
- No tak. Zapomniałam, że miałeś je tu dostarczyć - powiedziała i zniknęła za drzwiami. Wróciłem do samochodu, wziąłem torbę z rzeczami i już miałem wrócić do Emily, kiedy mój wzrok przykuła biała koperta. Zapomniałbym, pomyślałem. Zabrałem jeszcze kopertę i wszedłem do domu. Emily była w kuchni i coś pichciła.
- Co tam robisz?
- Obiad. Zaraz będzie gotowy. Co tam trzymasz? - zapytała, patrząc na kopertę.
- To? Jacob chciał żebym przekazał Belli.
- A sam nie mógł się tu pofatygować? Myślę, że ten gest nie spodoba się Belli.
- Straszne zamieszanie wybuchło przez te wpojenie. Współczuję Belli bo to ona jest tu najbardziej poszkodowana, ale Jacob też cierpi. Natalie też nie jest łatwo. Mogę się założyć, że ten chory trójkąt miłosny odbije się na całej sforze. Cieszę się, że nie jestem już alfą.
- Tak. Że też Bella musiała wejść akurat na koniec tej kłótni. Z tego co opowiadał nam Jake to nie była jego wina. Biedna Bella teraz cierpi. Boję się o nią. Widzę jak źle to znosi, a patrząc na jej rany na nadgarstkach boję się żeby nie zrobiła czegoś głupiego.
- Bella nie jest głupia, a ty nie możesz się tak przejmować. Wiesz, że może to zaszkodzić tobie i dziecku.
- Wiem - powiedziała i wtuliła się we mnie. Przygarnąłem ją do siebie wdychając jej zapach. Tak bardzo się cieszę, że spotkałem na swojej drodze Emily. Wniosła do mojego życia tyle szczęścia i miłości. Westchnąłem, całując ją w czubek głowy.
- Sam, myślę, że... - Mojej ukochanej nie było dane dokończyć, ponieważ drzwi od domu otworzyły się z wielkim hukiem. Spojrzeliśmy na siebie i pobiegliśmy zobaczyć co się dzieje. O ścianę opierała się zmachana Bella. Wyglądała strasznie. Była cała czerwona z wysiłku, jej ręka krwawiła, a twarz była cała zalana łzami. W oczach był widoczny strach.
- O boże! Bello! -Krzyknęła Emily, gdy ją zobaczyła. Zaprowadziła ją do salonu, a ja poszedłem nalać jej szklankę wody. Wypiła ją duszkiem i oddała mi szklankę. Ostawiłem ją i usiadłem z Emily naprzeciwko dziewczyny. Nadal z trudem łapała powietrze. Dopiero gdy się uspokoiła postanowiłem się odezwać.
- Co się stało? - Zapytałem. Bella nie odpowiedziała mi tylko zaczęła się uśmiechać, a zaraz potem krzywić i znów uśmiechać.
- Wszystko w porządku? - Zapytałem równocześnie z Emily co wywołało chichot Belli. A może to nie przez to. Zachowywała się tak jakby straciła rozum. To było straszne.
- Ona chyba jest w jakimś szoku - stwierdziła Emily, patrząc mi prosto w oczy.
- O nie, nie! Nie zwariowałam - powiedziała, szczerząc się do nas jak jakaś wariatka. Bells nagle zaczęła płakać. Łzy ciurkiem leciały z jej oczu. Czułem, że Emily martwi się o Bellę. Ja martwiłem się o nie dwie.
- Boże! Bello, powiedz coś! Słyszysz nas w ogóle? Co ci jest?! - Emily zaczęła panikować i uderzyła Belle lekko w twarz. Podziałało. Dziewczyna ocknęła się i przyłożyła dłoń do policzka. Zakrwawioną dłoń.
- Masz policzek we krwi. Pokaż rękę.
- Potknęłam się - wytłumaczyła się. - To nic takiego. Przepraszam was za moje zachowanie. Chyba byłam w lekkim szoku. - Przez chwilę zacząłem zastanawiać się co wywołało u niej ten szok, ale bałem się zadać jej jakiekolwiek pytanie, ponieważ nie chciałem żeby znów zaczęła się tak dziwnie zachowywać. Przygarnąłem do siebie Emily, zastanawiając się jakby ona zareagowała na moje odejście. Nie mógłbym sprawić jej takiego zawodu.
- Pójdę do siebie.
- Poczekaj chwilę. Mam coś dla ciebie - powiedziałem i wyszedłem do kuchni. Przypomniało mi się, że Jacob kazał przekazać jej list. Kątem oka zauważyłem, że Emily patrzy na mnie groźnie. Wiedziałem, że martwiła się o swoją przyjaciółkę, ale obiecałem Jacobowi. Złapałem list i pudełko tabletek w rękę i wróciłem d salonu.
- Ból na pewno jest nie do wytrzymania - powiedziałem. - A to od Jacoba. Prosił żebym ci przekazał.
Drżącą ręką wzięła ode mnie list i tabletki i pobiegła na górę. Emily pobiegła za nią, a ja za nimi. Widziałem, że z oczu mojej ukochanej wypłynęły pierwsze łzy. Przez ten jeden nic nieznaczący pocałunek wszyscy cierpią.
- Porozmawiaj ze mną! Bello! Co się stało? Edward ci coś zrobił? Wiedziałam, że nie powinnaś z nim iść! Otwórz mi! Bells! - Emily walnęła pięścią w drzwi. - Błagam. Nie powinnaś teraz być sama!
- Emily, ona potrzebuje czasu. - Powiedziałem, przytulając ją. Była całą roztrzęsiona. Próbowałem ją uspokoić, ale to nic nie pomagało.
- Sam nie wtrącaj się! - Krzyknęła.
- Emily, zejdźmy na dół. Bella musi się uspokoić, a ty nie możesz się denerwować. Pamiętaj o dziecku. - Szepnąłem jej do ucha. Wiedziałem, że to ją przekona.
- No dobra. Ostrzegam, że będę miała cię na oku! Nie rób niczego głupiego - pogroziła Belli i zbiegła ze schodów. Ruszyłem za nią.
- Sam, ona cierpi. Jak ja mam jej pomóc? - wyszeptała szlochając. Przytuliłem ją do siebie.
- Kochanie, ona musi najpierw sama dojść do siebie. Wystarczy, że przy niej będziesz. - Próbowałem pocieszyć Emily, a tak naprawdę sam czułem się z tym wszystkim strasznie. Ona i Jake byli taką udaną parą. Pamiętam ten dzień, w którym Bella po raz pierwszy przyjechała do La Push ze swoim ojcem. Była wtedy taka smutna i nieufna..Później Jacob zaczął się z nią spotykać i zaczęła nabierać do nas zaufania. Westchnąłem ciężko.
- Będzie dobrze. Zobaczysz - szepnąłem, głaszcząc ją po głowie.

Perspektywa Edwarda.

Po tym co się stało mogę tylko pomarzyć o tym żeby Bella mi wybaczyła. Jak mogłem tak ją przestraszyć. Cały czas miałem przed oczyma jej wykrzywioną strachem twarz. Odkąd zostałem wampirem udawało mi się zachować spokój przy ludziach, ale krew Belli... Czułem się tak jakby mnie wołała. Zahipnotyzowała mnie. Teraz, kiedy próba odnowienia naszych kontaktów mogła się udać, zachowałem się jak kretyn. Ale taka jest już moja natura. Jestem potworem. Żądnym krwi potworem, który właśnie o mały włos nie zabił swojej ukochanej. Ze złości walnąłem pięścią w drzewo, które złamało się z wielkim hukiem. Bella. Biedna, krucha Bella. Dlaczego tyle zła spotkało ją w życiu? Dlaczego byłem taki głupi i sam ją zraniłem? Teraz, gdy ten Kundel z La Puch ją zdradził, odtworzyły się zadane przeze mnie rany i pogłębiły się. Widziałem, że była wyczerpana. Jej oczy opuchnięte od płaczu. Teraz zapewne czuła się jeszcze gorzej. Nadal czułem w ustach smak jadu. Muszę zapolować, pomyślałem i pobiegłem poddając się zmysłom. Gdy zaspokoiłem swoje pragnienie, wróciłem do domu. Gdybym tylko wiedział, że wchodząc przez salon nie uniknę pytań Alice, która miała wizję, wszedłbym przez okno.
- Edward! Miałam wizję! Coś ty najlepszego narobił? Błagam, powiedz, że powstrzymałeś się! Dlaczego ta dziewczyna tak na ciebie działa! Powiedz, że jej nie zabiłeś!
- Alice, uspokój się. Nic się nie stało. No co? Nie patrzcie tak na mnie. - Wszyscy w salonie skierowali swój wzrok na mnie. Słyszałem ich myśli. Każde z nich zastanawiało się nad tym, dlaczego Bella jest dla mnie taka ważna. Jasper, Rosalie i Emmett uważali, że nie udało mi się powstrzymać, a Alice sprawdzała przyszłość. Tylko Esme wierzyła, że potrafiłem się opanować. Ciekawe czy ktoś już dzwonił do Carlisle' a.
- Powstrzymałem się. Nie zabiłbym Belli, a teraz pozwólcie, że pójdę do siebie.
- Ale Edward! - Krzyknęła za mną Alice. Nie odwróciłem się tylko szedłem prosto przed siebie. Zdążyłem tylko zamknąć drzwi od swojego pokoju, a zaraz po tym przyszła Alice.
- Zanim mnie wygonisz, posłuchaj mnie. Chcę z tobą porozmawiać. Jesteś moim bratem i martwię się o ciebie. Wszyscy się martwimy - powiedziała. Miała rację. Każdy członek mojej rodziny martwił się o mnie. Esme i Carlisle' a traktuję jak prawdziwych rodziców, a Rose, Emmetta, Jaspera i Alice jak rodzeństwo. Tyle dobrego dla mnie zrobili. Prawdę mówiąc zawdzięczam im moje życie.
- Alice, Nawet nie wiesz jak jest mi ciężko - powiedziałem. Uznałem, że powiem im wszystko. Należy im się to.
- Powiesz mi?
- Tak.
- Wszystko? Nawet to dlaczego chciałeś się zabić?
- Tak, ale zejdźmy na dół. Nie chcę opowiadać tego dwa razy.
Zeszliśmy na dół. Widziałem jak wszyscy uśmiechają się do mnie zachęcająco. Nawet Carlisle, który musiał dopiero wrócić. Usiadłem między nim, a Esme i zacząłem opowiadać.
- Nigdy nie mówiłem wam dlaczego chciałem popełnić samobójstwo i zastanawiacie się pewnie kim jest dla mnie Bella. Ta dziewczyna jest w pewnym sensie powiązana z tym... wypadkiem. Kiedyś ja i Bella byliśmy parą. Szczęśliwą parą. Niestety schrzaniłem to. Strasznie ją zraniłem. Odwróciła się ode mnie, a ja się załamałem. Kochałem ją i kocham dalej. To przez to, że ją straciłem, zrobiłem to co zrobiłem. Nie mogłem wytrzymać z tą świadomością, że Bella przeze mnie cierpi. A teraz, gdy przeprowadziliśmy się do Forks, spotkałem ją. Myślałem, że uda mi się to wszystko naprawić, ale po tym co stało się w lesie wątpię, że w ogóle będzie chciała na mnie spojrzeć. Nie chciałem wam wcześniej powiedzieć bo nie byłem gotów i może bałem się trochę, że niektórzy z was - tu spojrzałem na Alice. - Zechcą ją odszukać. Przepraszam, że do tej pory nie byłem z wami szczery. - Tym zakończyłem swój monolog. Esme z Carlisle' em przytulili mnie pocieszając, a inni patrzyli na mnie współczująco.
- Kochanie, nie masz za co przepraszać. Rozumiemy, że było ci ciężko.
- Dziękuję Esme.
- Wiesz, z jednym miałeś rację. Spróbowałabym ją odszukać - powiedziała Alice, przytulając mnie. Wszyscy w salonie zaśmiali się i byłem wdzięczny, że rozładowała atmosferę.
- Wiedziałem. Pozwólcie, że teraz trochę pogram - powiedziałem, wskazując ręką instrument stojący w rogu salonu. Gra na pianinie zawsze pozwalała mi się odstresować. Zacząłem grać ulubioną piosenkę Esme, kiedy wychwyciłem jedno zdanie z myśli Alice : Muszę mu jakoś pomóc. 
- Alice, nie myśl o wzorkach na poduszce, bo i tak to słyszałem i nie zgadzam się. - Zaśmiałem się słysząc warknięcie Wampirzycy i wróciłem do gry. Gdy skończyłem melodię Esme, przerzuciłem się na ulubioną melodię Jaspera, a później Rosalie. Na koniec zagrałem coś dla Alice, żeby poprawić jej humor.
- Pięknie grasz - stwierdziła Esme, kiedy odszedłem od instrumentu. Podziękowałem jej i zacząłem przyglądać się grze Alice i Jaspera. Grali w szachy, ale nie powiem żeby to była uczciwa gra. Alice przewidywała każdy ruch Jaspera. Postanowiłem, że się z nią podrażnię i pomogę Jasperowi. 
- Edward! 
- No co? Jak ty oszukujesz to jest dobrze, a jak ja chcę pomóc braciszkowi to źle? - Wszyscy zaśmiali się słysząc groźne warknięcie drobnej Wampirzycy. 
- Nie denerwuj się Kochanie. Bo zmarszczek dostaniesz - powiedział Jazz, przytulając swoją ukochaną. Wszyscy w tym salonie mają swoją drugą połówkę, oprócz mnie. Wiem, że nigdy nie pokocham nikogo innego niż Bella. Muszę próbować to naprawić. Inaczej moja egzystencja nie będzie miała sensu. Spojrzałem na Alcie, która właśnie dostała wizji.
- Uda ci się - powiedziała i uśmiechnęła się do mnie. 
- Mam nadzieję - odpowiedziałem i poszedłem do swojego pokoju. 

Perspektywa Belli.

- Bello! Słyszysz mnie! Bello! 
- Sam, dlaczego ona nie wstaje? 
- Nie wiem. Bello!
- Wiedziałam, żeby nie zostawiać jej tu samej. 
- Niepotrzebnie dałem jej te tabletki.
- Może trzeba zadzwonić do lekarza. - Od jakiegoś czasu słyszałam nad sobą rozmowę dwójki moich przyjaciół, ale nie mogłam otworzyć oczu. Czułam, że mną potrząchają i próbują ocucić, ale po prostu nie miałam siły żeby się odezwać, dać znać, że ich słyszę. Dopiero wzmianka o lekarzu dodała mi sił. Nie potrzebowałam tu żadnego lekarza, który walnąłby mi wykład o tym, że źle zrobiłam. Zawiadomiono by pewnie mojego ojca i Renee. Nie. Z pewnością tego nie potrzebowałam. Wzdrygałam się na samą myśl o tym, jak wszyscy zaczęliby mnie pilnować. Wzdrygnęłam się i spróbowałam otworzyć oczy. Dopiero po chwili udało mi się kilka razy zamrugać. Promienie słoneczne, które wpadały do pokoju raziły mnie w oczy, aż ciężko było mieć je otwarte. 
- Bella! O boże! Obudziłaś się! - Emily przytuliła mnie tak mocno, że zabrakło mi tchu. Gdy już chciałam ją odepchnąć żeby znów zacząć oddychać, Emily sama mnie odepchnęła i zaczęła prawić kazanie.
- Jak mogłaś?! Tak się baliśmy. Co ty sobie w ogóle myślałaś? Jesteś głupia, wiesz?! Sam, zostaw nas same. Muszę z nią pogadać. Bello, jesteś strasznie blada. Czy ty....
- Emily! Skończ już bo głowa mi pęknie.
- Och, przepraszam bardzo, że się martwię. 
- Emily, nie zrozum mnie źle. Jestem ci strasznie wdzięczna za troskę, ale naprawdę boli mnie głowa. Jak długo...
- Prawie dwa dni. Na początku myślałam, że z samego rana poszłaś do pracy bo dziś poniedziałek, ale gdy zadzwoniła pani Newton to zrozumiałam, że byłam w błędzie. Byłam głupia, że nie przyszłam z samego rana sprawdzić co się z tobą dzieje. Twój stan gdy wróciłaś z tej wyprawy z Edwardem... Masz pojęcie jak się wystraszyłam, gdy weszłam tu z Samem i nie mogliśmy cię obudzić? 
- Przepraszam, ale ja już nie wytrzymałam. Chciałam choć na trochę zapomnieć o bólu. 
- Och, Bello... Tak mi przykro - powiedziała i przytuliła mnie pocieszająco. Wiedziałam, że nie jest koniec, że zaraz zacznie mi zadawać niewygodne pytania i nie wymigam się od odpowiedzi. Ale tak chyba jest lepiej. Nie wymigiwać się od odpowiedzialności. Spojrzałam na pierścionek zaręczynowy, który dostałam od Jacoba i kilka łez spłynęło mi po policzku. "Chciałem ci się oświadczyć". Słowa Edwarda pojawiły się w mojej głowie, przypominając mi o tym całym zdarzeniu w lesie i uświadomiły mi jaki bałagan zrobił mi się w życiu. Bałagan, który musiałam posprzątać, ale brakło mi sił. Nie wiedziałam od czego mam zacząć. Czy wybaczyć Edwardowi? Czy zacząć odwoływać ślub? Ślub. Teraz wydało mi się, że to był najgłupszy pomysł na jaki kiedykolwiek wpadłam. Przyjęcie oświadczyn Jacoba. Jacob. To właśnie od niego powinnam zacząć. Ale na samą myśl o bólu, który towarzyszyłby mi podczas tego spotkania, kuliłam się w środku.
- Bello, wiem, że pewnie nie masz teraz ochoty żeby rozmawiać, ale ja muszę wiedzieć kilka rzeczy. Po pierwsze i najważniejsze, Bello, powiedz mi czy ty chciałaś... Zrobić sobie krzywdę? 
- Nie. Emily, wiem, że to tak wyglądało, ale naprawdę nie chciałam popełniać drugi raz tych samych błędów. Jedyny powód dla którego zażyłam tych kilka tabletek jest taki, że chciałam choć na kilka godzin odciąć się od tych wszystkich problemów... 
- Nawet nie wiesz jak mi ulżyło. Teraz powiedz mi co się stało na spotkaniu z Edwardem?
- On... Wyjaśnił mi co się wtedy stało. Wiem, że mówił prawdę. Powiedział, że mnie kochał i nadal kocha, a ta zdrada... Był pijany. Nie tłumaczył mi się, bo stwierdził, że nie ma żadnego wytłumaczenia na ból, który mi zadał. Emily, on... Powiedział mi jak to się stało, że stał się wampirem. Edward chciał się zabić. Przeze mnie. Nie chciał beze mnie żyć. Carlisle, ten lekarz, uratował go. Zapytałam go dlaczego unikał mnie przez kilka dni. To było jeszcze zanim mnie zdradził.Wiesz, Edward chciał mi się oświadczyć. Szykował niespodziankę. Prosił mnie o wybaczenie, ale ja spanikowałam i zaczęłam uciekać. Wtedy się potknęłam. Stąd ta krew na ręce. - Uznałam, że nie powiem jej jak Edward na to zareagował. Widziałam jak myśli nad każdym słowem, które wypowiedziałam. Jak szuka odpowiednich słów żeby mi odpowiedzieć. 
- Wybaczyłaś mu?
- Nie wiem. Jest mi ciężko. Wiem, że mówił prawdę. Można to wyczytać z jego oczu. Ale to nadal boli. Już nie tak jak dawniej, ale jednak... 
- Jest jeszcze jedna osoba, której także powinnaś wysłuchać. - Wiedziałam, że mówi o Jacobie i że w pewnym sensie ma rację. 
- Wiem i nie uśmiecha mi się to.
- Bello, jesteś nieuczciwa. Widzę, że prędzej czy później wybaczysz Edwardowi i nawet nie próbuj protestować. Znam cię jak mało kto, a poza tym nie trudno cię rozgryźć. Nie mówiłam ci tego wcześniej, ale tego samego dnia, w którym widziałaś Jacoba i Natalie, Jake przyszedł do mnie. Prosił abym mu pomogła, był zrozpaczony i gadał bez składu i ładu. Dopiero gdy uspokoił się na tyle żeby powiedzieć coś sensownego wszystko mi wytłumaczył. Uważam, że nie powinnaś go tak pochopnie osądzać i porozmawiać z nim. On cię kocha, Bello. - Nie wiem czy nie odpowiedziałam jej dlatego, że byłam na nią zła, czy dlatego, że nawet nie wiedziałam co mogłabym powiedzieć. Teraz to ja jestem ta nieuczciwa i zbyt pochopnie go oceniłam. Ale z jednym muszę się zgodzić z Emily. Muszę porozmawiać z Jacobem. 
- Podasz mi długopis? - Wzięłam do ręki list od Jacoba i gdy Emily podała mi długopis zaczęłam pisać :
Chyba musimy porozmawiać. Czekam na ciebie do wieczora. Tylko nie myśl, że to coś znaczy. Bella.
Zgięłam kartkę w pół, wsadziłam do koperty i dałam ją Emily. 
- Powiedz Samowi, że proszę go żeby przekazał ten list Jake' owi. 
- Dobrze - powiedziała i wyszła z pokoju. Spojrzałam na zegarek. Była ósma rano. Nadal czułam się trochę przymulona przez tabletki, więc postanowiłam wziąć szybki prysznic. Ciężki gips strasznie mi to utrudnił, ale dałam sobie radę. Kiedy już byłam odświeżona i ubrana, zeszłam na dół. Sama już nie było, a Emily przygotowywała śniadanie. Nagle zrobiłam się strasznie głodna. 
- Co robisz? - Zapytałam, wchodząc do kuchni. 
- Bella? Myślałam, że nie zejdziesz. 
- Nie mogę się nad sobą cały czas użalać, a poza tym jestem strasznie głodna. - Powiedziałam i ściągnęłam temblak, który strasznie uwierał mnie w szyje. Ostrożnie położyłam rękę na kolanach.
- Poprosiłam Jacoba o spotkanie.
- Dobrze zrobiłaś - powiedziała Emily, stawiając jedzenie na stole. - I co zamierzasz?
- Nie wiem. 
- A co ze ślubem?
- Jakim ślubem, Emily? Proszę, możemy o tym nie rozmawiać? I bez tego jest mi ciężko!
- Przepraszam. Smacznego.
- Nie, to ja przepraszam. Trochę mnie poniosło. Wiem, że się o mnie martwisz. 
- Nie masz za co przepraszać. 
- Mam do ciebie prośbę. Chciałabym porozmawiać z Jacobem na osobności. 
- Och, no jasne. I tak miałam pojechać do La Push. Zadzwonię do Sama żeby po mnie przyjechał. 
- Dziękuję. 
- Bello, powiedziałam pani Newton, że jesteś chora i przez kilka dni cię nie będzie.
- Dziękuję, że o tym pomyślałaś. Nie dałabym rady pracować. 
- Po to ma się przyjaciółkę. A teraz jedz, bo strasznie wychudłaś przez te kilka dni. 

Resztę dnia spędziłam przed telewizorem, udając, że oglądam. Tak naprawdę cały czas myślałam nad tym co zrobić. Jak postąpić żeby było dobrze. To wszystko przytłaczało mnie i gdy tylko Emily pojechała, a ja zostałam sama w domu, dałam upust emocjom. Nie wiem jak długo leżałam na kanapie płacząc i użalając się nad sobą. Gdy w końcu się uspokoiłam, rozdzwonił się mój telefon. Spojrzałam na wyświetlacz. Renee. 
- Bella? Dlaczego nie dzwonisz? Co słychać?
- Cześć mamo. Nie gniewaj się, że nie dzwoniłam, ale nie miałam do tego głowy. 
- Och, jak zwykle zabiegana. 
- Yhym. Co u ciebie i Phila?
- U nasz wszystko dobrze. Ostatnio zapisaliśmy się na kurs tańca towarzyskiego. Phil nie był zadowolony, ale ostatecznie dał się namówić. To naprawdę dobra zabawa. Ty i Jacob też powinniście spróbować. 
- Aha. 
- A co słychać u ciebie, córeczko?
- Jakoś leci.
- Jesteś jakaś smutna albo mi się wydaje.
- Wydaje ci się. 
- Albo chcesz żeby mi się wydawało. Nie chcesz mówić to nie mów. A u Jacoba co słychać? 
- Nie wiem. 
- Jak to nie wiesz? Przecież mieszkacie razem. - Słyszałam jak się roześmiała. Szkoda, że mi nie było do śmiechu. Muszę jej powiedzieć. Jak nie teraz to dowie się od kogoś innego.
- Mamo... Ja... Nie jestem już z Jacobem.
- Co? Ale jak to? Przecież ślub i w ogóle? Byliście taką wspaniałą parą.
- Właśnie. Byliśmy, ale już nie jesteśmy.
- Och, Kochanie. Co się stało?
- Jake, zrobił coś co przekreśliło nasz związek. Przepraszam, ale nie chcę o tym mówić.
- A jak ty się trzymasz? Boże, Bello, dlaczego mówisz mi dopiero teraz? 
- Wszystko jest w porządku. Nie martw się o mnie. Muszę już kończyć. Trzymaj się.
- Ale Bello... - Nie zdążyła dokończyć, ponieważ się rozłączyłam. Ta rozmowa dużo mnie kosztowała, ale z jednej strony ulżyło mi, że wie. Po jej głosie poznałam, że strasznie się o mnie martwi i nie dziwię się. Tylko ona tak dokładnie wiedziała co działo się ze mną po zdradzie Edwarda. Nie zdziwiłabym się, gdyby tu do mnie przyleciała żeby mnie przypilnować. A może tego właśnie potrzebowałam? Wypłakać się w rękaw mamy jak wtedy, gdy byłam mała. Wstałam i udałam się do kuchni. Nalałam sobie soku i już miałam wracać do salonu, kiedy usłyszałam pukanie do drzwi. Strach ścisnął mi gardło. Wiedziałam, że to Jacob stoi za drzwiami i nagle pomysł żeby się z nim spotkać wydał się bardzo głupi. Wolnym krokiem podeszłam do drzwi i je otworzyłam.
- Bella. - Tak jak myślałam za drzwiami stał Jacob. Wyglądał strasznie. Miał podkrążone oczy jakby nie spał od tygodni i był przygarbiony. Jego widok sprawił, że poczułam straszną tęsknotę. Zamknęłam oczy i przesunęłam się tak aby mógł wejść. Zamknęłam drzwi i  ruszyłam w stronę salonu. Słyszałam, a raczej czułam, że idzie za mną. Usiadłam na sofie, a Jacob kucnął przede mną. Patrzenie na niego przypominało mi o tym jak bardzo go kocham. Znałam na pamięć każdą rysę jego twarzy.
- Bello, nawet nie zdajesz sobie z tego sprawy, jak bardzo się cieszę, że chciałaś się ze mną spotkać. 
- To nic nie znaczy. Chciałam się z tobą spotkać żeby zadecydować co dalej, ale ja chyba już podjęłam decyzję. Chciałabym tylko usłyszeć twoją "wersję" tych wydarzeń. 
- Podjęłaś decyzję? Ale...
- Jake, w tej chwili naprawdę dużo kosztuje mnie przebywanie z tobą. Streszczaj się. 
- Bello, ja nie kocham Natalie. Nie kocham nikogo innego oprócz ciebie.
- A jednak całowałeś się z nią. 
- To ona całowała mnie. Nie słyszałaś całej kłótni. Mówiłem jej żeby sobie poszła, ale nie posłuchała mnie. Że też musiałaś zobaczyć tylko końcówkę tej kłótni... Kocham ciebie i tylko ciebie...
- Jake, a co zmieniłby fakt, że słyszałabym całą kłótnię? Prędzej czy później i tak wydarzyłoby się coś podobnego. Wiedziałeś, że Edward już kiedyś mnie zranił i jak na takie coś zareaguje. Wiesz jak bardzo mnie zraniłeś? Nie powinieneś w ogóle wpuszczać jej do domu, a tym bardziej dopuścić do tego, że jak twierdzisz, ona cię pocałowała. 
- Tak mi przykro...
- Wiesz, zawsze myślałam, że wpojenie nas rozłączy. Nie chodzi już nawet o Natalie. Jak nie ona to inna. Wpojenie zawsze było problemem w naszym związku. Może lepiej, że tak się stało teraz, a nie za kilka lat kiedy bylibyśmy po ślubie i w ogóle. Niczym się nie martw. Ja zajmę się wszystkimi sprawami organizującymi.
- Co chcesz przez to powiedzieć? - Czułam, że to powoli biegnie ku końcowi, ale czy naprawdę tego chciałam? Nie. Nie chciałam, ale tak było lepiej. Chciałam zdjąć pierścionek zaręczynowy z palca, ale gips mi to uniemożliwił, więc wystawiłam rękę w stronę Jacoba.
- Weź go. Zrywam zaręczyny.
- Ale Bello, ja naprawdę cię kocham! Nie rób nam tego, proszę!
- Jake, nie utrudniaj mi tego. Weź pierścionek i wyjdź. - Widziałam ból w jego oczach i przez chwilę miałam ochotę rzucić się na niego i już go nie puszczać, ale wiedziałam, że to byłby błąd. Gdy zdjął mi pierścionek z palca poczułam się taka pusta. Jakby uszło ze mnie całe moje życie. Jacob był moim życiem, a ja je właśnie zakończyłam. 
- Chcę żebyś wiedziała, że ja tego tak nie zostawię. Kocham cię Bello najbardziej na świecie i będę walczył o twoją miłość. 
- Do widzenia Jacobie. - Kiedy zamknął za sobą drzwi, zamknął się pewien rozdział w moim życiu. Rozdział pt. "Jacob".  
- Tak będzie lepiej - próbowałam przekonać samą siebie. Łzy spływały mi po policzkach, a z gardła wydobywał się szloch. Dlaczego to musi być takie trudne? Gdybym tylko wiedziała, że to był dopiero początek złej passy...

_______________________________________________________
A jednak mi się udało... No nic. Przepraszam jeśli wyłapiecie jakieś błędy, ale ciężko się pisze jedną ręką. 
Rozdział dedykuje Isabelli Swan-Cullen ,,Każdy z nas jest aniołem, z jednym połamanym skrzydłem, a one upadają najczęściej'' - jeden z jej blogów : ) Naprawdę fajnie pisze. Polecam..
Nie przynudzam więcej. Pozdrawiam ; *
Marta...