niedziela, 17 maja 2015

Rozdział 19

~dwa miesiące później~


  To dopiero początek trzeciego miesiąca, a nasze życie już wywróciło się do góry nogami. Wszystko podporządkowaliśmy dziecku. Jacob poprzestawiał dyżury w sforze tak, żeby jak najwięcej czasu poświęcać mi i dziecku. W domu cały czas pojawiają się nowe śpioszki, zabawki, pampersy, buteleczki i wszystkie inne niezbędne dla takiego malucha rzeczy. I chociaż próbowałam przemówić Jacobowi do głowy, że to jeszcze za wcześnie na kupowanie wyprawki, nie da się go przekonać. Ale jest taki szczęśliwy pokazując mi te wszystkie nowo nabyte rzeczy, że w końcu dałam sobie spokój i cieszyłam się razem z nim. Wczoraj byłam na USG i wszystko jest w jak najlepszym porządku. Mam straszne zachcianki, które Jacob spełnia bez skinięcia palcem. Do tego takie huśtawki humoru, że niekiedy boją się do mnie podejść. W jednej chwili rozmawiam ze wszystkimi, śmieję się i jest wszystko okej, a za chwilę zaczynam się wydzierać i obrażać, po czym zaczynam płakać i wszystkich przepraszać. Hormony we mnie buzują, ale w końcu jestem w ciąży. Moje usprawiedliwienie. Mam straszną ochotę na słodkie przez co już sporo mi się przytyło, a co będzie do końca ciąży? Będę wyglądała jak wieloryb. Zdenerwowałam się na samą myśl o tym i prychnęłam głośno. Jacob, który siedział obok mnie spojrzał na mnie wystraszony.
- Co się dzieje?
- Nic, będę wielorybem - powiedziałam, a na jego twarzy pojawił się grymas. Wiedział, że jeśli powie choć jedno słowo, które mi się nie spodoba, nie skończy się to dobrze.
- Dla mnie zawsze będziesz najpiękniejsza Bello - odpowiedział i pocałował mnie w czoło.
- Teraz tak mówisz.
- Nieprawda. Zawsze będę ci to powtarzał. A teraz powiedz mi lepiej, co chciałabyś dzisiaj robić?
- Chciałabym polecieć do Renee - odpowiedziałam, a po moich policzkach poleciały pojedyncze łzy.
Jacob szybko je otarł i przytulił do siebie.
- Nie płacz, kochanie. Polecimy, dobrze? Jutro. Dzisiaj wszystko załatwię, a jutro polecimy. Dobrze?
- Naprawdę?!
- Naprawdę. Tylko spokojnie, proszę, nie denerwuj się.
- Ależ ja jestem szczęśliwa! W końcu powiem jej, że jestem w ciąży! Tak dawno nie widziałam mamy i Phila!
- Cieszę się, że sprawię ci radość.
- I to ogromną! A teraz wyłączaj ten telewizor i idź wszystko załatwiać! Już!
- Ale Bello. Jest dopiero ósma rano. Daj chociaż dopić kawę.
- No dobra. Ale zaraz po tym masz wszystko załatwić, okej? I musisz jechać po zakupy. Lodówka robi się pusta i mam ochotę na lody czekoladowe. Ja w tym czasie nas spakuję - powiedziałam, klasnęłam szczęśliwa w ręce i pobiegłam na górę. Wyciągnęłam dwie walizki i położyłam je na łóżku, po czym zaczęłam wyciągać z szafy wszystkie ubrania. Godzinę później dwie walizki, zapakowane po same brzegi stały w rogu naszej sypialni, a ja zbierałam ciuchy, których nie spakowałam. W między czasie po raz kolejny wspominałam moje ostatnie spotkanie z Edwardem.

~retrospekcja~

 Robiłam zakupy w supermarkecie. Spacerowałam spokojnie między półkami, ale cały czas miałam wrażenie jakby ktoś za mną chodził.  Potrząsnęłam głową próbując pozbyć się tych myśli i sięgałam ręką na najwyższą półkę, gdzie stał cukier. Niestety nie dosięgałam, a gdy chciałam się obejrzeć, żeby poprosić kogoś o  pomoc, przede mną wyrósł Edward.
- Proszę - powiedział, podając mi cukier.
- Dziękuję. Co ty tu robisz?
- Zakupy.
- A tak naprawdę. Przecież wy nie jecie.
- Ale musimy stwarzać pozory. Zobaczyłem cię i pomyślałem, że podejdę.
- Edward, my już ... .
- Tak. Wiem. Wszystko sobie już wytłumaczyliśmy. Ale chciałbym żebyś mi wybaczyła.
- Wybaczyła? Przecież już ci mówiłam...
- Ale twoje ostatnie słowa... Wtedy w sklepie. Chyba nie wybaczyłaś mi do końca, prawda?
- Och... Nie Edwardzie. Naprawdę. Ja wtedy się zdenerwowałam. Ta blondynka, jak jej na imię?
- Rosalie. Potrafi być naprawdę wredna.
- No właśnie. Przepraszam cię za to, co wtedy powiedziałam.
- Nie masz za co Bello. Wszystko w porządku. Po prostu chciałbym żeby wszystko między nami było wyjaśnione. Wiem, że ty masz swoją rodzinę. Kochającego męża i dziecko w drodze, ale...
- Skąd wiesz, że jestem w ciąży? - przerwałam mu.
- To Forks. Wieści szybko się rozchodzą. Chciałem ci tylko powiedzieć, że przepraszam cię za wszystko i poprosić żebyśmy mogli być przyjaciółmi.
- Nie przepraszaj. A co do tych przyjaciół... Myślę, że Jacobowi by się to nie spodobało.
- Nie musimy być najlepszymi przyjaciółmi, czy coś. Chodzi mi o to, żebyśmy po prostu nie udawali, że się nie znamy - powiedział i uśmiechnął się. Uśmiech mu się nie zmienił. Wciąż powala na kolana. Kiedy z nim byłam, zawsze sprawiał, że moje serce szybciej biło.
- Tyle mogę ci obiecać. Teraz przepraszam, ale się spieszę. Dzięki za cukier. W zasadzie powinnam ci podziękować. Zawsze pojawiasz się wtedy, kiedy potrzebuję pomocy. Jak jakiś wybawca.
- Przyjemność po mojej stronie. Do zobaczenia Bello.
- Do zobaczenia - powiedziałam i zajęłam się swoimi sprawami.

~koniec retrospekcji~

 Od tamtej pory go już nie widziałam, ale mogę powiedzieć, że w pewien sposób mi ulżyło po tej rozmowie. Wieczorem opowiedziałam o tym Jacobowi. Oczywiście zdenerwował się na mnie i to bardzo, ale rozpłakałam się i mu przeszło. Jest kochany i nie potrafi się długo na mnie gniewać.
Skończyłam ogarniać wszystkie rzeczy i zadzwoniłam do mamy.
- Hej mamuś!
- Bella?! Dobrze cię słyszeć! Co tam u was słychać?!
- Mamo, nie krzycz do telefonu.
- Och, przepraszam. Opowiadaj.
- U nas wszystko w porządku. Dzwonię w zasadzie tylko po to, żeby powiedzieć ci, że jutro do was przylecimy.
- Naprawdę?!
- Tak. Mam nadzieję, że to żaden kłopot?
- Nie. Oczywiście, że nie. Bardzo się cieszę. W końcu dowiem się, co to za niespodzianka!
- Będziesz zachwycona. Na pewno.
- To musi być coś wielkiego skoro nie chcesz mi o tym powiedzieć przez telefon.
- Zobaczysz jutro. To do zobaczenia - powiedziałam jeszcze i się rozłączyłam.
Włożyłam telefon do kieszeni i zeszłam do kuchni. Znowu byłam głodna. Ughh! Naprawdę będę grubasem, ale co zrobić? Zrobiłam sobie kanapki, które zaraz szybko zjadłam i poprawiłam jogurtem. Posprzątałam po sobie i postanowiłam pojechać do Emily.Wsiadłam w samochód i już po chwili stałam przed drzwiami i czekałam aż brunetka mi otworzy.
- Bella! Cześć, dobrze cię widzieć. Wchodź - powiedziała i wpuściła mnie do środka. Weszłam do środka i od razu przeszłyśmy do salonu. Usiadłam wygodnie na kanapie i czekałam na Emily, która poszła zrobić herbatę. Po chwili wróciła z dwoma kubkami parującej, gorącej i pachnącej herbatki.
- No to teraz opowiadaj co tam słychać. Jak życie mija?
- Pytasz jakbyśmy nie widziały się z rok, a nie minął nawet tydzień - zaśmiałam się. - Wszystko dobrze. Jutro lecimy do Phoenix.
- Naprawdę? Spontaniczna decyzja.
- Naprawdę. Rano poczułam straszną tęsknotę za mama i kiedy tylko się rozpłakałam, Jacob od razu się zgodził i zaczął wszystko załatwiać. Strasznie boi się tych moich huśtawek emocji - powiedziałam i zaśmiałam się.
- Wcale się mu nie dziwię. Ja nie miałam takich huśtawek emocjonalnych. Do ciebie czasami naprawdę aż strach się odezwać.
- Ciąża - wytłumaczyłam się. Ostatnio to było moje wytłumaczenie na wszystko.
- Tak, tak. A jak się czujesz? Nadal masz poranne mdłości?
- Czasami, ale już coraz mniej najczęściej. Tylko boli mnie krzyż.
- Ooo! Kochana! Na bolący krzyż to ty będziesz mogła narzekać dopiero jak będziesz w szóstym miesiącu jak ja.
- Tak. Z miesiąca na miesiąc będzie coraz gorzej. Ehh. Na szczęście po wszystkim te skarby będą już z nami - mówiąc to złapałam się za mój lekko wypukły brzuszek.
- To wystarczające wynagrodzenie - przyznała mi rację Emily. - Bello, telefon ci chyba dzwoni.
- Rzeczywiście. Nie zauważyłam bo mam wyciszony. To Jacob. Przepraszam cię na chwilę. - Przeprosiłam dziewczynę i odebrałam.
- Słucham?
- Bella?! Możesz mi powiedzieć gdzie do choler jasnej jesteś?!
- Jestem u Emily. Dlaczego krzyczysz?
- Ponieważ wróciłem do domu, a ciebie nie było. Nie zostawiłaś żadnej kartki i od dziesięciu minut próbowałem się do ciebie dodzwonić! Po prostu się wystraszyłem.
- Spokojnie. Nic mi nie jest. Masz rację. Powinnam cię poinformować, że wychodzę. Za dziesięć minut będę w domu. Przepraszam cię kochanie.
- Będę czekał - powiedział i się rozłączył, a ja odłożyłam telefon na stół.
- Coś się stało?
- Nie, nie Emily. Jacob po prostu się trochę na mnie zdenerwował. Przepraszam, ale muszę się już zbierać. Zadzwonię jak wrócimy z Phoenix.
- Ehh. No dobrze. W takim razie do zobaczenia. - Pożegnałam się z moją przyjaciółką i wróciłam do domu. Tam czekał na mnie Jake, który już trochę ochłoną. Podeszłam do niego i go pocałowałam.
- Przepraszam.
- Nie gniewam się, ale obiecaj mi, że już więcej tak nie zrobisz. Bardzo mnie wystraszyłaś.
- Obiecuję, a teraz powiedz mi czy wszystko załatwione - powiedziałam i usiadłam mu na kolana.
- Oczywiście. Bilety są już schowane na jutro, ze sforą wszystko załatwione. Sam obiecał mi mieć na wszystko oko. Jutro o tej godzinie będziemy już z Renee i Phillem.
- Jesteś wspaniały - krzyknęłam i po raz kolejny wpiłam się w jego usta.

Kolejnego dnia w Phoenix.

Lot minął nam koszmarnie. Co chwilę biegałam do łazienki z powodu męczących mdłości. Do tego nie mogłam znaleźć wygodnej pozycji przez co cały czas marudziłam, aż Jacob miał mnie dość. Kiedy tylko stewardessa ogłosiła, że jesteśmy na miejscu, wybiegłam z samolotu.
- Jak się czujesz? - Zapytał Jacob, kiedy dołączył do mnie z naszymi walizkami.
- Już dobrze. Chodź. Mama już pewnie na nas czeka.
- Tak. Jest tam - powiedział i złapał mnie za rękę. Zaczęliśmy przedzierać się przez tłum, aż dotarliśmy do Renee, która od razu rzuciła się nam na szyję.
- Jak ja za wami tęskniłam! Nie widzieliśmy się od waszego ślubu. A to tak długo. Więcej wam nie pozwolę na taką przerwę! O nie!
- Też za tobą tęskniliśmy! A gdzie Phil?!
- Został w domu. Nie czuł się najlepiej - powiedziała Renee.
- A widzisz. Mówiłem ci, że nie tylko ty dzisiaj cierpisz - powiedział Jake, odnosząc się do moich wcześniejszych narzekań. Spojrzałam na niego groźnie, ale on tylko się zaśmiał i pocałował mnie szybko.
- O co chodzi? Bello, coś nie tak z twoim zdrowiem?
- Nie, nie. Wszystko w porządku - powiedziałam, ale mama nie wierząc mi odsunęła się o krok i zmierzyła mnie od góry do dołu. Dopiero po chwili jej wzrok zatrzymał się na ledwo zauważalnym, wypukłym brzuszku.
- Albo ci się przytyło, albo jesteś w ciąży - powiedziała z wyczuwalnym podekscytowaniem w głosie.
- To jest właśnie ta niespodzianka mamo. Będziesz babcią - powiedziałam, a ta od razu z piskiem rzuciła się na mnie.
- O Boże! Tak bardzo się cieszę! Będę babcią!
- Renee, udusisz ją zaraz - odezwał się Jacob i ze śmiechem odciągnął mnie od matki.
- Przepraszam, ale tak się cieszę! Który to miesiąc?! Jak się czujecie? Wszystko w porządku? Opowiedz mi wszystko!
- Dobrze, ale może pojedziemy do domu? Jestem trochę zmęczona.
- To chodźmy - powiedziała, zabrała Jacobowi jedną walizkę z ręki i pobiegła w stronę wyjścia. Spojrzałam na Jacoba i wybuchliśmy śmiechem.
- Cała Renee - powiedział mój mąż i ruszyliśmy za nią. Kiedy tylko przekroczyliśmy próg domu, dało się usłyszeć krzyk mojej matki.
- Phill!!! Gdzie jesteś? Nie uwierzysz! Bella jest w ciąży!! Słyszysz?!
- Słyszę, słyszę - powiedział mój ojczym, kiedy do nas dołączył. Podszedł do nas i przywitał się.
- Cześć dzieciaki. Gratuluję wam. Stworzyliście już prawdziwą rodzinę.
- Dziękujemy - odpowiedziałam. Razem przeszliśmy do salonu. Phill poszedł zrobić kawy, a mama aż wierciła się na fotelu, chcąc usłyszeć odpowiedzi na wcześniejsze pytania.
- No Bello, opowiadaj!
- Dobrze już dobrze. To początek trzeciego miesiąca. Na początku moje wyniku nie były najlepsze, przez co musiałam ciągle leżeć, ale teraz jest już okej. Z dzieckiem wszystko dobrze i mam nadzieję, że tak będzie już do końca.
- Wasze pierwsze dziecko. Będziecie wspaniałymi rodzicami - powiedziała Renee. Nie wiedziała, że to dziecko, które noszę pod sercem, nie jest naszym pierwszym dzieckiem. Kiedy o tym pomyślałam, łzy zebrały mi wę w oczach, dlatego szybko przeprosiłam i uciekłam do łazienki. Nigdy do końca nie pogodzę się z tym, że straciłam moje pierwsze maleństwo. Wzięłam kilka głębszych oddechów i spojrzałam w lusterko. Na szczęście nie rozmazałam się. Moje oczy były jeszcze lekko zaszklone, kiedy Jake wszedł do łazienki.
- Wszystko w porządku? - zapytał i objął mnie mocno.
- Tak. Tak, po prostu ...
- Przypomniałaś sobie o tym, co stało się przed naszym ślubem, tak?
- Cały czas pamiętam.
- Ja też Kochanie. Ja też. Ale musimy iść dalej. Za sześć miesięcy będzie z nami nasz skarb, ale nigdy nie zapomnimy o naszym pierwszym dziecku. Obiecuję ci to - powiedział i pocałował mnie.
- Powinnam powiedzieć Renee?
- Jeśli czujesz, że tak trzeba, to powiedz jej.
- Zobaczę. Kocham cię Jacob.
- Kocham cię moja piękna żono. Kocham was oboje - mówiąc to położył ręce na moim brzuchu. Czasami w życiu bywa ciężko, ale trzeba wierzyć, że zawsze po burzy wychodzi słońce. Takim moim słońcem jest Jake. Zawsze mogę na niego liczyć. Zawsze będzie ze mną.

________________________________________________________________________

Na tym zakończę ten rozdział. Nie jest on chyba najlepszy, ale mam nadzieję, że nie jest też najgorszy.
Przepraszam za wszelkie wykryte błędy i proszę, żebyście mnie o nich informowali. Nie bójcie się wytykać błędów bo dzięki temu wiem co robię źle i co muszę poprawić.
Pozdrawiam :* !

czwartek, 26 marca 2015

Rozdział 18 + nominacja :)



Następnego dnia, gdy robiłam śniadanie, przypomniał mi się ten dziwny telefon Sama. Przygotowałam wszystko i poszłam obudzić mojego męża. Męża. Jak to fajnie brzmi. Weszłam do naszej sypialni i wpuściłam do niej słońce. Jacoba to nie obudziło, więc podeszłam i pocałowałam go w usta.
- Mmm... Tak możesz budzić mnie codziennie - powiedział jeszcze zaspany.
- Wstawaj, wstawaj. Śniadanie już na stole.
- Moja kochana żona - powiedział i szybkim ruchem zrobił tak, że znalazłam się pod nim. - Wiesz, że śniadanie może zaczekać?
- Doprawdy?
- Yhym. Myślę, że moglibyśmy zacząć ten dzień od czegoś innego niż śniadanie.
- Myślę, że to mógłby być dobry początek dnia - odpowiedziałam i wpiłam się w jego usta. Całujemy się dopóki nie braknie nam tchu.
- Zdecydowanie uwielbiam takie poranki - mówi i pozbywa się naszych ubrań. Po chwili czuję go już w sobie. Odchylam głowę do tyłu z jękiem. To takie cudowne móc czuć jak mnie wypełnia. Jest taki dobry, wspaniały wręcz. I jest mój. Mój i nikogo więcej. Kocham go i wiem, że on kocha mnie. Potrafi doprowadzić mnie do takiego stanu, że nie umiem normalnie myśleć. Moje ciało drży. Po chwili oboje osiągamy szczyt. Leżymy, próbując unormować swoje oddechy.
- Jestem pewny, że teraz śniadanie będzie smakowało nam dwa razy bardziej.
- To chodźmy się przekonać - powiedziałam i narzuciłam na siebie szlafrok, który ledwo co zakrywał mi tyłek i był z lekka prześwitujący.  Jacob naciągnął swoje dresy i spojrzał na mnie.
- Wiesz, że prowokujesz mnie do tego, żeby ponownie rzucić cię na tę łóżko? - zapytał, całując moją szyje.
- Wiem o tym doskonale - odpowiedziałam i wyrwałam się z jego uścisku. - Chodź na dół.

 Kiedy sprzątałam po śniadaniu, postanowiłam zapytać się o ten telefon. Wczoraj, gdy wróciliśmy od Emily i Sama, był trochę spięty.
- Jacob, pamiętasz jak byliśmy na Wyspach Kanaryjskich i dzwonił Sam? To był chyba nasz pierwszy wieczór tam. Wydawało mi się, że coś się stało, a wczoraj jak wróciłeś od sfory byłeś jakiś spięty. Co się dzieje? - zapytałam, wkładając naczynia do zmywarki.
- Rodzinę Cullenów odwiedzili jacyś przyjaciele. Nie stosują się do zasad i było kilka konfliktów, ale wczoraj doszliśmy do porozumienia i już powinno być  wszystko w porządku.
- Na pewno? Sam wtedy wydawał się bardzo zmartwiony, wystraszony...
- Jeden z wampirów powiedział coś, co bardzo go zdenerwowało i doszło do przemiany, a wiesz, że Sam chce się tego pozbyć. Być normalnym dla Emily i dziecka. To pewnie przez to. Nie przejmuj się kochanie. Już jest wszystko w porządku - powiedział, przytulając mnie do siebie. - A teraz idź się ubierz, bo w tym szlafroku naprawdę mnie prowokujesz - szepnął tuż przy moim uchu.
- Może chcę cię uwieść... .
- Uwodzisz własnego męża?
Nie odpowiedziałam tylko powoli zdjęłam z siebie szlafrok.
- Weź mnie tu, w kuchni, na podłodze, teraz - szepnęłam prosto w jego ucho.
- Nawet nie wiesz jak mi się to podoba - odpowiedział i już po chwili leżeliśmy na podłodze. Kochaliśmy się długo i namiętnie, aż Jacob musiał się zbierać na patrol. Kiedy wychodził, minął się w drzwiach z Emily.
- Co ty taka rozgrzana? Dobrze się czujesz? - zapytała, gdy tylko wypuściła mnie z uścisku. Dopiero wtedy na mnie spojrzała. Nadal miałam na sobie swój szlafrok, moje włosy były roztrzepane, a policzki zdobiły rumieńce.
- Dobra. Nie odpowiadaj - powiedziała, śmiejąc się. - Poranny seks na zdrowie?
- Czego się nie robi dla zdrowia. Kawy, herbaty?
- Herbatki to bym się napiła, ale sama ją zrobię, a ty idź się ubierz. Musimy się wybrać na zakupy. W nic się już nie mieszczę.
- Zakupy? Zawsze i wszędzie. Już idę, a ty czuj się jak u siebie - powiedziałam i pobiegłam na górę. Przygotowałam sobie ciuchy i wzięłam szybki prysznic. W ręczniku weszłam do sypialni i ubrałam się. Włosy zostawiłam rozpuszczone, a na twarz nałożyłam lekki makijaż. Spojrzałam w lustro. Prezentowałam się całkiem dobrze, więc z uśmiechem zeszłam na dół.
- No w końcu. Pij herbatę. Tobie też zrobiłam.
- Dzięki Emily, jesteś cudowna.
- Wiem, wiem.
Wypiłyśmy herbatę i wyjechałyśmy z domu. Droga minęła nam szybko i już po chwili chodziłyśmy od sklepu do sklepu.
- Może trochę odpoczniemy? Nie bolą cię nogi? -  zapytałam Emily, kiedy wyszłyśmy już chyba z piątego sklepu. Emily w każdym spędzała przynajmniej pół godziny i kupowała co najmniej dwie rzeczy. Ja nie kupiłam nic. Nic szczególnego nie wpadło mi w oko, a poza tym bo tym wyjeździe moja szafa pękała w szwach i nie potrzebowałam nowych ubrań.
- Chodźmy jeszcze tylko do tego sklepu. Później pójdziemy coś zjeść.
- No dobrze.
Weszłyśmy do sklepu i Emily od razu rzuciła się w wir zakupów, a ja chodziłam między półkami. Nie zwracałam uwagi na ludzi. Po prostu przechadzałam się między półkami. Nagle poczułam, że robi mi się słabo. Zakręciło mi się w głowie i gdyby nie to, że ktoś mnie złapał, zaliczyłabym bliskie spotkanie z ziemią.
- Dobrze się czujesz? - zapytał mój wybawca. Dobrze znałam ten głos. To Edward trzymał mnie w ramionach. Pomógł mi stanąć na nogi.
- Nie. Słabo mi - powiedziałam i wyjęłam z torebki butelkę wody. Napiłam się, odetchnęłam i mi przeszło.
- Lepiej już? Nie wyglądasz najlepiej.
- Już  wszystko dobrze. Dziękuję za pomoc. Pójdę już.
- Nie! Bello, zaczekaj, proszę - złapał mnie za rękę. Spojrzałam na niego wściekła. Nie miałam ochoty na rozmowę z nim. Chciałam usiąść bo nadal lekko huczało mi w uszach.
- Edwardzie, myślałam, że wszystko już sobie wytłumaczyliśmy.
- Tak, ale... .
- Edwardzie, przedstawisz nam swoją koleżankę? - przerwała mu wysoka, śliczna blondynka. Z nią była Esmę, którą już miałam okazję poznać i śliczna, drobna dziewczyna, o krótkich, czarnych włosach.
- Rosalie, myślę... .
- Za dużo myślisz. Nazywam się Rosalie, a to jest moja siostra Alice i mama Esme. Ty jesteś Bella, prawda?
- Tak. Bella Black.
- Jesteś żoną jednego z tych kundli, tak? - Jak ona śmie?!
- Jestem żoną wspaniałego mężczyzny, który potrafi o mnie zadbać i wiem, że nigdy mnie nie zrani tak jak twój brat, pijawko! A poza tym to chyba nie twój interes, więc lepiej zajmij się swoimi paznokciami, laluniu! - Wykrzyczałam. Edward słysząc moje słowa, spuścił głowę i odszedł.
- Bello, nie krzycz tak. Wszystko w porządku? - podeszła do mnie zaniepokojona Emily.
- Twoja przyjaciółka chyba się trochę zdenerwowała. No nic. Nie mam więcej czasu na rozmowę. Miło było cię poznać, Isabello Black - powiedziała i odeszła dumnym krokiem.
- Bezczelna!
- Bello, przepraszamy cię za nią. To przez to, że jest zazdrosna. Jest nam wstyd. Naprawdę. - Esme zaczęła mnie przepraszać, a Alice kiwała głową jakby chciała potwierdzić słowa matki. Zazdrosna? Pff. Ciekawie o co.
- Nie przejmuj się nią. Nie ma czym - powiedziała Alice. - Myślę, że będzie do ciebie pasowała. - Powiedziała, podając mi sukienkę, którą trzymała w rękach.
- Dziękuję.
- Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy - powiedziała jeszcze i poszły.
- Co to było, Bello?!
- Zasłabłam i Edward mi pomógł, a później ta blond wywłoka mnie zdenerwowała. Zresztą nieważne. Chodźmy gdzieś usiąść bo nadal mi słabo - powiedziałam i wyszłam ze sklepu. Huczało mi w uszach i nie widziałam wyraźnie. Weszłyśmy do pierwszej lepszej restauracji w centrum. Usiadłam zmęczona.
- Bello, jesteś cała blada. Dobrze się czujesz?
- Nie. Słabo mi - odpowiedziałam cicho i nawet nie wiem kiedy, a film mi się urwał.


 Jakiś huk wybudził mnie ze snu. Zamrugałam kilkakrotnie i rozejrzałam się po pomieszczeniu. Białe ściany, stojak z zawieszonym na nim woreczkiem, i zmartwione twarze Emily i Jacoba. Byłam w szpitalu. Znowu.
- Co się stało? - zapytałam.
- Zasłabłaś. Jak się czujesz? - powiedziała Emily.
- Lepiej, lepiej. Jacob, wyglądasz jakbyś zobaczył ducha.
- Wiesz jak się wystraszyłem, jak Emily powiedziała mi, że jesteś w szpitalu? Wpadłem tu jak huragan. Martwiłem się. Bello, co ci jest? Kochanie?
- Nic takiego. Po prostu zasłabłam. Zapewne z przemęczenia - powiedziałam, a wtedy w sali pojawił się lekarz. Oczywiście sam doktor Cullen we własnej osobie. Czy oni wszyscy się dzisiaj na mnie uwzięli?
- Dzień dobry - powiedział, niepewnie patrząc w stronę Jacoba, który był cały spięty. - Mam wyniki pani Isabelli.
- Belli - wycedził przez zęby Jake. - Nie lubi pełnego imienia.
- Spokojnie. Nie wiedziałem. Zatem pani Bello. Mam dobrą i złą wiadomość. Dobra jest taka, że prawdopodobnie jest pani w ciąży. Musimy jeszcze zrobić potrzebne badania żeby się upewnić.
- Och, słyszałeś Jacob?!
- Tak! Cieszę się kochanie. Tak bardzo się cieszę - powiedział i pocałował mnie w czoło. Na jego twarzy pojawił się szczery uśmiech. Cieszył się tak samo jak ja! Spojrzałam na Emily. Miała łzy w oczach.
- Co się stało?
- Nic, nic. Po prostu cieszę się razem z wami - odpowiedziała i przytuliła mnie mocno. Załapałam Jacoba za rękę i spojrzałam na Cullena.
- A ta zła wiadomość?
- Pani wyniki nie są najlepsze, a to może zagrażać pani dziecku. Jeśli jest pani w ciąży, będzie pani musiała dużo leżeć, odpoczywać, zdrowo się odżywiać i zażywać witaminy, które pani przepiszę. Receptę dostanie pani z wypisem. 
- Och, oczywiście. Zrobię wszystko żeby było dobrze. A kiedy będę mogła wrócić do domu?
- Widzę, że kroplówka już się skończyła, więc zaraz przyślę pielęgniarkę, która panią odłączy, zrobimy USG i będzie pani wolna - powiedział, uśmiechnął się i wyszedł z sali. Po chwili weszła pielęgniarka i zabrała mnie na badania. Przepuszczenia pana Cullena potwierdziły się. Byłam w drugim tygodniu ciąży. Odebrałam wszystkie potrzebne papiery i wróciliśmy do domu. Emily pojechała do La Push.
Usiadłam Jacobowi na kolana.
- Nawet nie masz pojęcia jak bardzo jestem szczęśliwy, Bello - powiedział i położył ręce na moim brzuchu. Uśmiechnęłam się słysząc te słowa.
- Jeśli tak bardzo jak ja, to mam takie pojęcie. Wyobrażasz to sobie? Taki maluszek biegający po domu? Być przy pierwszych krokach, usłyszeć pierwsze słowa. Mama. Tata. Będziemy rodzicami Jacob... .
- Tak. Będziemy najlepszymi rodzicami na świecie, kochanie. Jest tyle do zrobienia. Musimy zrobić pokoik, kupić ubranka, zabawki, wózek, pampersy i to wszystko inne. Będę musiał poszukać pracy. A co ze sforą? Przecież teraz ty i dziecko jesteście najważniejsi.
- Spokojnie Jake. Mamy jeszcze czas. Prawie całe dziewięć miesięcy.
- Zleci. Zobaczysz jak szybko zleci. Nie zdążysz się obejrzeć, a już będziemy budzić się w nocy.
- Już nie mogę się doczekać - powiedziałam i pocałowałam go. - A teraz idź i zrób gorącej czekolady, a ja włączę jakiś film.
- Czytasz mi w myślach Bello.

Perspektywa Jacoba.

Patrzyłem na śpiącą na moich kolanach Belle. Film już dawno się skończył, ale nawet nie wiem o czym był. Cały czas koncentrowałem uwagę na mojej żonie. Na tym jak się uśmiecha, jak komentuje zachowanie aktorów, jak płacze ze wzruszenia, jak złości się, kiedy ktoś w filmie robi coś głupiego, jak robi się senna i zasypia. Przeczesałem ręką jej włosy. Jestem naprawdę wielkim szczęściarzem, że ją mam i będę to cały czas powtarzał. A do tego jest w ciąży. Nosi pod sercem nasze dziecko. Dziecko, które razem wychowamy. Zastawimy po sobie ślad. Ciekawie co się urodzi. Jeśli to będzie chłopczyk, zostanie silnym i mądrym przywódcą stada, a jeśli dziewczynka, będzie tak samo śliczna i kochana jak Bella. Zastanawiam się, czy jeśli urodzi się dziewczyna, też zostanie zmiennokształtną. Jeszcze zdążę się o tym przekonać, a teraz muszę zadbać o moje dwa najważniejsze skarby na tym świecie. Wstałem ostrożnie, żeby nie obudzić żony i najostrożniej jak umiałem wziąłem ją na ręce. Zaniosłem do naszej sypialni i położyłem na łóżku. Ściągnąłem z niej rajstopy, spódniczkę i rozpiąłem guziki koszuli. Podniosłem ją lekko i zdjąłem koszulę i stanik. Szybko, żeby nie zmarzła, założyłem na nią śpiącą koszulę i przykryłem kołdrą. To wszystko udało mi się zrobić i jej nie obudzić. Zebrałem jej rzeczy i wrzuciłem do kosza na pranie. Sam wziąłem szybki prysznic i zmęczony dołączyłem do Belli.


Perspektywa Belli.

Kiedy się obudziłam, Jacoba nie było obok mnie. Zeszłam na dół. Na stole w kuchni stał talerz kanapek, gorąca jeszcze herbata i karteczka. Wzięłam ją do ręki i zaczęłam czytać.
Zdrowe kanapeczki dla moich skarbów. Musiałem biec do sfory. Nie martw się. Będę po południu. 
Smacznego - Jacob. 
 PS Pamiętaj, że masz odpoczywać!
 Uśmiechnęłam się i zaczęłam jeść. Niestety wszystko, co dobre kiedyś się kończy. Posprzątałam po sobie i poszłam się ubrać. Nigdzie się dzisiaj nie wybierałam, więc założyłam zwykłe szare dresy, białą bokserkę i bluzę. Na nogi naciągnęłam wygodne trampki i zeszłam na dół. Akurat ktoś pukał do drzwi więc poszłam otworzyć.
- Cześć tato! - Krzyknęłam, gdy zobaczyłam ojca za drzwiami. Rzuciłam mu się na szyję i mocno przytuliłam. Nie widziałam go od dnia naszego ślubu. Powinnam jechać do niego w pierwszej kolejności, ale nawet o tym nie pomyślałam. Jestem okropną córką. - Przepraszam, że cię nie odwiedziłam, ale tyle się wydarzyło. Wchodź do środka.
- Stęskniłem się za tobą córeczko - powiedział, wchodząc do środka. Poszliśmy do salonu i rozsiedliśmy się wygodnie.
- No to opowiadaj. Jak było? Jak się czujesz jako mężatka?
- Czuję  się wspaniale. Jacob jest cudownym mężem. Było bajkowo. Zwiedziłam Paryż, byliśmy na Wyspach Kanaryjskich i odbyliśmy tygodniowy rejs bardzo luksusowym statkiem po Morzu Śródziemnym. Było dużo wrażeń i zostanie dużo wspomnień. Mam zdjęcia jeśli chcesz obejrzeć.
- Oczywiście, że chce.
- To zaraz włączę tylko pójdę zrobić coś do picia - powiedziałam.
  Obejrzeliśmy razem zdjęcia, śmiejąc się przy tym i rozmawiając. Czas minął nam bardzo szybko i zanim się obejrzałam, była już dwunasta.
- Niedługo muszę się zbierać. Mam dzisiaj drugą zmianę w komisariacie.
- Szkoda. Tak dobrze mi się z tobą rozmawiało.
- Wszystko dobre, co się szybko kończy jak to mówią. A jakie masz plany na dzisiejszy dzień?
- Zapewne będę siedziała w domu i odpoczywała. Nie mogę się przemęczać - powiedziałam i uśmiechnęłam się szeroko. Praktycznie odkąd przyszedł, chciałam mu powiedzieć o ciąży, ale czekałam na odpowiedni moment.
- Dlaczego? Jesteś chora?
- Tato... Bo ja...
- Bello, nie strasz mnie!
- Spokojnie. Po prostu chcę ci powiedzieć, że ... będziesz dziadkiem!
- Jesteś w ciąży! - Wykrzyknął i mocno mnie przytulił. - Tak się cieszę! A jak ty się czujesz? Wszystko w porządku?!
- Spokojnie - powiedziałam i wyswobodziłam się z jego mocnego uścisku. - Czuję się dobrze, ale moje ostatnie wyniki nie były najlepsze i dlatego muszę cały czas wypoczywać. To dopiero drugi tydzień.
- Będzie dobrze. Zobaczysz. Ty i Jacob będziecie wspaniałymi rodzicami. Pamiętam jak ty się urodziłaś. Byłaś taka malutka, śliczna. Tak głośno płakałaś, a ja i Renee płakaliśmy razem z tobą. Trochę ze szczęścia i trochę ze strachu, że sobie nie poradzimy. Pamiętam jak pierwszy raz sama siedziałaś, jadłaś. Twoje pierwsze słowa, kroki. Jak nigdy nie chciałaś się bawić z dziećmi w swoim wieku. Zawsze wydawałaś się od nich starsza, mądrzejsza. Później rozeszliśmy się z Renee, wyjechałaś, a ja odliczałem dni do każdego twojego przyjazdu. Byłaś takim rozważnym dzieckiem, nigdy nie mieliśmy z tobą żadnych problemów. Dopóki nie stało się to, co się stało z Edwardem. Nawet nie wiesz jak się bałem, że cię stracimy, że zrobisz coś głupiego. A jak Renee powiedziała mi, że chcesz się przenieść do Forks, byłem przerażony. Pamiętam jak dała mi wykład o tym, że skoro przejmuję nad tobą opiekę, nie mogę spuszczać cię z oczu. Renee to dobra matka. Zawsze o ciebie dbała i czasami zastępowała ci mnie. A teraz ty także będziesz matką. Jak te dzieci szybko rosną. - Pod koniec głos mu się łamał. Wzruszył się. Widziałam jak próbował powstrzymać łzy. To, co powiedział było piękne. Charlie nie umiał mówić o uczuciach więc wiem jaki to musiał być dla niego wysiłek.
- Kocham cię tato - powiedziałam i przytuliłam go.
- Ja ciebie też córeczko - odpowiedział mi i odchrząknął. - Będę się już zbierał. Dbajcie o siebie.
- Będziemy. Obiecuję. Trzymaj się.
- Do zobaczenia Bello - powiedział jeszcze i poszedł. Ja wzięłam się trochę za sprzątanie. Starłam kurze, zmiotłam i umyłam podłogi. Powyjmowałam naczynia ze zmywarki i wstawiłem drugie. Zrobiłam porządek na półce z książkami i płytami. Gdy sprzątałam łazienkę, wszedł Jacob. Spojrzałam na zegarek. Było wpół do drugiej. Ciekawie dlaczego tak późno.
- Bello!
- Jestem na górze!
Po chwili słyszałam jak jego nogi uderzają o schody. Stanął w drzwiach łazienki i spojrzał na mnie zły.
- Coś się stało?
- Wysprzątałaś cały dom, a miałaś odpoczywać.
- Jacob, było brudno więc sprzątnęłam i jak widzisz nic mi się nie stało. Spokojnie.
- Nie było tak brudno. Mogło to poczekać do mojego powrotu. Bello, słyszałaś, że musisz odpoczywać.
- Wiedziałam i odpoczywałam. Był u mnie Charlie. Siedzieliśmy razem do południa. A później tylko z grubsza odpoczęłam. Nic mi nie jest kochanie. Nie kłóćmy się - powiedziałam i przytuliłam go. - A dlaczego tak długo cię nie było?
- Byłem wykupić ci receptę i kupiłem trochę zdrowej żywności. Powiedziałaś Charliemu?
- Tak. Powiedziałam. Bardzo się ucieszył. Mówił, że będziemy dobrymi rodzicami.
- Miał rację - odpowiedział mi i wziął mnie na ręce. - A teraz idziemy się położyć. - Zaniósł mnie na łóżko i położył się obok.
- Sfora wie?
- Prawdopodobnie wiedzą już wszyscy nasi znajomi. Emily się wygadała. Byłem dzisiaj też u Billy' ego. Bardzo się cieszy i mówił, że ma nadzieję, że niedługo go odwiedzimy.
- Och, pojedziemy tam jutro, dobrze?
- Jeśli będziesz się dobrze czuła to tak, ale nie na długo. Nie możesz się przemęczać.
- Nie przesadzaj. Lepiej powiedz mi co tam słychać u naszych przyjaciół.
- Co u Sama i Emily to wiesz. Sam dzisiaj kończył pokoik dla maleństwa i nawet ładnie to wszystko wygląda. Paul ponoć oświadczył się Rachel, ale to jeszcze nic potwierdzonego. Nie ma ich od wczorajszego wieczoru.
- Więc skąd wiesz, że się zaręczyli?
- Tata mi mówił, że przyłapał Paula jak ćwiczył oświadczyny. Tylko to jeszcze tajemnica.
- To wspaniale. Wiedziałam, że to nastąpi od kiedy Rachel złapała mój bukiet. Paul w  końcu dojrzał. 
- U reszty wszystko po staremu. Jak na razie to wszyscy żyją twoją ciążą i gdyby nie to, że im zabroniłem, mielibyśmy tu dzisiaj całe stado.
- Zabroniłeś naszym przyjaciołom nas odwiedzić?! Jesteś niemożliwy.
- Bello, nie denerwuj się. Po prostu chciałem żebyśmy spędzili ten wieczór razem.
- Jutro masz im przekazać, że są tu mile widziani, dobrze?
- Oczywiście, ale poproszę Emily żeby pomogła ci przygotować kolację, dobrze?
- Niech ci będzie. Jacob, a polecimy do Renee?
- Nie teraz kochanie. Dopiero co wróciliśmy do domu po naszym miesiącu miodowym, a nie mogę tak często zostawiać sfory bez przywódcy. Może niech na razie Renee przyleci tu, a my wybierzemy się tam za jakiś miesiąc czy dwa. Co ty na to?
- Zgadzam się, ale wątpię, że Renee będzie chciała teraz przylecieć. Później do niej zadzwonię.
- A teraz powiedz mi jak bardzo mnie kochasz.
- Bardzo, bardzo, bardzo.
- Czyli tak bardzo jak ja ciebie - powiedział i przytulił mnie mocno. Resztę dnia spędziliśmy rozmawiając na najróżniejsze tematy. Wieczorem zadzwoniłam do mamy i tak jak myślałam, nie mogła teraz przylecieć i powiedziała, że teraz czeka aż to my ją odwiedzimy. Nic nie mówiłam jej o ciąży. Powiedziałam tylko, że mam dla niej niespodziankę, o której powiem jej jak się zobaczymy. Bardzo się starała coś ze mnie wyciągnąć, ale w końcu dała spokój i na tym skończyliśmy naszą rozmowę. Wieczorem pomogłam Jacobowi z kolacją, później wzięliśmy wspólną kąpiel i zmęczeni zasnęliśmy.

____________________________________________________________________________

Słuchajcie, zostałam nominowana  do Liebster Award. Bardzo dziękuję Angelice z Zmierzch Moja Historia  i  Irmince 91 z Będzie tak, jakbyśmy nigdy się nie poznali."  
 Ja osobiście nie nominuję nikogo mimo to, że jest wiele blogów, które na to zasługują. Po prostu nie chcę brać w tym udziału i proszę żebyście mnie już nie nominowali Kochani! :) Odpowiem na zadane mi pytania żebyście mogli mnie trochę lepiej poznać :)

Pytania Angeliki :)
1.Ulubiona książka ?
 Jest ich wiele, ale myślę, że ta, do której mogłabym cały czas wracać to "Gwiazd naszych wina"
2.Ulubiony film ?
Obecnie - "Trzy metry nad niebem"
3.Ulubiona seria (książek lub filmów) ?
Oczywiście "Zmierzch" zarówno jako książki i film.
4.Co cię inspiruje do pisania ?
Do pisania inspirują mnie historie, które czytam na różnych blogach, czy w książkach.

5.Ile masz lat ?
16 wiosenek już mi stuknęło :D
6. Twoje hobby ?
Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że jest to czytanie i pisanie dla Was :)
7.Opisz siebie w kilku słowach.
Jestem nieśmiała. Nie lubię zabierać głosu publicznie, ale uwielbiam występować na scenie dla małych dzieci i nie tylko. Gdy jestem smutna lubię słuchać smutnych piosenek ( poprawiają mi humor ). Mam niepełnosprawną prawą rękę. Każdą część ciała ( oprócz głowy ) miałam w gipsie. Ogółem jestem wielką ciamajdą i potrafię potknąć się o własne nogi :/
8.W czym swoim zdaniem jesteś najlepsza ?
Moim zdaniem? Nie wiem... . Chyba w pisaniu. Umiem też wysłuchać ludi i nigdy nie odmówię im pomocy :)
9.W jakim mieście mieszkasz ?
Mieszkam na wsi - Rydzówka. Jest to niedaleko Pasłęka.
9.Twoje ulubione jedzenie lub napój ?
Raczej nie mam takiego ulubionego jedzenia. Jestem bardzo wybredna. Jeśli chodzi o napój to uwielbiam herbatę (jestem od niej uzależniona) i woda.
10.Ulubiony aktor i/lub aktorka ?
Adam Sandler i  Lily Collins 
11. Twoja ulubiona postać fantastyczna wampir ,wróżka itp. ?
Raczej nie posiadam :)

I pytania Irminki 91
 
Ulubiony ?
1. film - jak wyżej
2. książka - jak wyżej
3. jedzenie - jak wyżej
4. picie - jak wyżej
5. auto - range rover
6. pora roku - lato :)
7. postać fantastyczna - jak wyżej
8. aktor - jak wyżej
9. przedmiot szkolny - polski, rosyjski
Vs
10. Jasper vs Alice - Każdą postać szanuję za coś innego i nikogo nie faworyzuję jeśli o to chodzi. Uwielbiam ich oboje :)
11. Zmierzch vs VD - Zmierzch <3
 
I to by było chyba tyle na dzisiaj. Jescze raz bardzo dziękuję dziewczynom za nominację :D Cieszę się, że doceniacie moją pracę i chciałabym to widzieć także w postaci komentarzy :) Ogólnie dziękuję wszystkim, którzy czytają moje wypociny :) 
Standardowo - przepraszam za wszelkie wykryte błędy :)
Mam nadzieję, że ten rozdział Wam się spodoba.
Pozdrawiam <3
Marta...

niedziela, 22 lutego 2015

Rozdział 17


Perspektywa Belli.

- Paryż?! Naprawdę lecimy do Paryża?! - Nie mogłam uwierzyć, że właśnie siedzę w samolocie lecącym do miasta, które zawsze chciałam zwiedzić. Byłam strasznie podekscytowana.
- Tak, ale spędzimy tam tylko tydzień. Później zabiorę Cię gdzieś indziej, ale to już niespodzianka - odpowiedział i pocałował mnie w policzek.
- Gdzie?? No powiedz mi. - Prosiłam go, wiercąc się w fotelu.
- Nie. Niespodzianka to niespodzianka, a teraz siedź spokojnie Bello. Niektórzy śpią.
- Racja. Już będę cicho... Kocham cię, Jacob.
- Dzisiaj mi to udowodniłaś. Ja ciebie też Bello. Bardzo - odpowiedział i przytulił mnie. Resztę lotu spędziliśmy w spokoju, wspominając dzisiejszy dzień.

Paryż to cudowne miasto. Szczególnie nocą, kiedy wszystko jest oświetlone. Najchętniej od razu pojechałabym wszystko zwiedzać, ale Jacob nalegał żebyśmy najpierw pojechali do hotelu odpocząć.
Teraz czekam w holu, aż Jacob skończy wszystko załatwiać w rejestracji. Hotel jest naprawdę piękny. Urządzony w jasnych barwach i z gustem. Jestem taka szczęśliwa. Jedyne czego żałuję to to, że moje dziecko nigdy nie przyjdzie na świat. Westchnęłam ciężko.
- Zmęczona? - Ręce Jacoba owinęły się wokół  mojej talii.
- W ogóle.
- To chodźmy już do pokoju - odpowiedział i pokierował mnie do windy. Po chwili staliśmy już pod drzwiami naszego apartamentu. Otworzył drzwi i wziął mnie na ręce.
- Przeniesiesz mnie przez próg?
- Jestem tradycjonalistom, kochanie.
Weszliśmy do środka. Jacob postawił mnie i wrócił po nasze bagaże. Apartament był cudowny. Na stoliku stało wino i dwa kieliszki. Podeszłam bliżej i zauważyłam mały liścik. Podniosłam i zaczęłam czytać - " Witamy w hotelu i życzymy miłego pobytu ".  Odłożyłam liścik i wtuliłam się w Jacoba, który właśnie do mnie podszedł. Po chwili odsunął się ode mnie i nalał wina. Podał mi kieliszek.
- Za nasze małżeństwo.
- Za nasze małżeństwo - powtórzyłam i stuknęliśmy się wznosząc toast. Było cicho i przyjemnie. Jacob włączył odtwarzacz i po pokoju rozniosła się nastrojowa muzyka.
- Zatańczysz?
- Z przyjemnością.
Zaczęliśmy ruszać się w rytm muzyki. Nawet nie wiem kiedy, a znaleźliśmy się w sypialni.
- Wciąż nie mogę uwierzyć, że jesteś moja.
- Twoja i nikogo więcej - odpowiedziałam i wpiłam się w jego usta. Po chwili leżeliśmy już na łóżku.
- Kilka godzin temu stworzyliśmy nową rodzinę, a teraz postaramy się, żeby się powiększyła. Kocham cię Bello.
- Ja ciebie także. Bardzo mocno Jacobie - odpowiedziałam i wtuliłam się w niego. Po chwili wspólnie udowodniliśmy sobie tę miłość.

Coś, co bardzo mnie denerwowało, wybudziło mnie właśnie ze snu. Ospale otworzyłam najpierw jedno oko, a potem drugie.
- Dzień dobry, kochanie - powiedział uśmiechając się szeroko. W palcach trzymał kosmyk moich włosów, którymi mnie łaskotał. To było to coś, co mnie denerwowało.
- Dzień dobry - odpowiedziałam i ziewnęłam. - Która godzina?
- Wpół do pierwszej, Bello.
- Dlaczego nie obudziłeś mnie wcześniej?
- Za słodko spałaś. Głodna?
- Strasznie - odpowiedziałam i wstałam z łóżka. Szybko naciągnęłam na siebie szlafrok i usiadłam Jacobowi na kolanach. -  Co dzisiaj zwiedzimy? Wieżę Eiffla, czy katedrę Notre-Dame, Łuk Triumfalny albo Conciergerie...
- Najpierw zjemy śniadanie, które czeka na nas w salonie. Chodźmy.
- No dobrze, ale zaraz po tym pójdziemy zwiedzać, tak?
- Tak.
- A pójdziesz ze mną na zakupy? Paryż to miasto mody!
- Dla ciebie wszystko - odpowiedział, ale w jego oczach widziałam strach na samą myśl o całodniowym chodzeniu po sklepach. Uśmiechnęłam się do niego i pobiegłam do salonu. Szybko zjadłam pyszniutkie śniadanie i pobiegłam do łazienki żeby się przyszykować. Po chwili dołączył do mnie Jacob i gdyby nie to, że akurat zadzwoniła do mnie mama, nasze przygotowania opóźniłyby się.
- Bella?
- Tak, mamo. To ja - odpowiedziałam. - A kto inny skoro to do mnie dzwonisz?
- Wiem, wiem. Opowiadaj lepiej jak ci minął lot. Gdzie w ogóle jesteś?
- Lot minął mi szybko i spokojnie, a jestem w Paryżu. Jacob jest kochany. Zawsze chciałam odwiedzić Paryż. Ale będziemy tu tylko przez tydzień. Później lecimy dalej, ale nie wiem gdzie. Kolejna niespodzianka.
- Paryż!? To cudownie. Nawet nie wiesz jak ci zazdroszczę.
- Może kiedyś przylecimy tu razem.
- Tak! To wspaniały pomysł. Może jak będziesz już miała własną córeczkę. Mam zięcia to teraz chciałabym mieć i wnuczkę - powiedziała Renee. Cała ona. Zawsze mówiła to co miała na myśli. Nie wiedziała, że kilka dni temu, straciła wnuka.
- Mamo, wszystko w swoim czasie.
- Tak, tak... A jak ty się czujesz?
- Dobrze. Zaraz idziemy zwiedzać Paryż.
- Och, wspaniale. Róbcie dużo zdjęć!
- Będziemy - odpowiedziałam. - Muszę kończyć. Kocham cię, mamo.
- Ja ciebie też, kochanie. Zadzwoń w wolnej chwili.
- Zadzwonię. Pa, pa.
Włożyłam telefon do torebki, narzuciłam na ramiona kurtkę i weszłam do salonu.
- Już jestem gotowa. Idziemy? - zapytałam Jacoba. Podszedł do mnie i pocałował mnie. Długo i namiętnie.
- Teraz możemy iść - powiedział cicho i jeszcze cmoknął mnie w usta. Wyszliśmy z apartamentu i wsiedliśmy do windy.
- Dzwoniłem do recepcji i wynająłem nam samochód. To gdzie najpierw? Pod Wieżę Eiffla, czy na zakupy?
- Myślę, że dzisiaj zwiedzimy tylko Wieżę Eiffla i jeśli już tak chcesz to zahaczymy o kilka sklepów. Resztę zostawimy sobie na kolejne dni.
- Co tylko zechcesz, Bello.

W Paryżu było cudownie. Zwiedziliśmy chyba wszystko, co było możliwe i byliśmy w każdym sklepie jaki tylko spotkaliśmy na drodze (na samym końcu Jacob stwierdził, że doprowadzę nas do bankructwa). Teraz stoimy na lotnisku z podwójnie większą liczbą walizek i czekamy na samolot. Nie wiem w jakim kierunku. Ufam Jacobowi, bo wiem, że mnie kocha.

Perspektywa Jacoba.

Wyspy Kanaryjskie to kolejne miejsce, w które chcę zabrać Belle. Spędzimy tam dwa tygodnie, a później wypłyniemy w tygodniowy rejs po Morzu Śródziemnym. Już jesteśmy w samolocie i niedługo będziemy lądować. Moja żona śpi. Nie dziwię się jej. Jest zmęczona po tym całym Paryżu. Wiedziałem, że Bella zawsze chciała zwiedzić Paryż i cieszę się, że spełniłem jedno z jej marzeń. Jest szczęśliwa. Nawet teraz przez sen uśmiecha się. To dobrze. Uwielbiam jej uśmiech, a przez ostatnie miesiące nie było dużo okazji żebym mógł go oglądać. Kiedy ona jest szczęśliwa, to ja także.
- Prosimy zapiąć pasy. Podchodzimy do lądowania. Dziękujemy za wspólny lot.
Na pokładzie samolotu rozległ się głos stewardessy. Obudziłem Belle.
- Kochanie, zapnij pasy. Lądujemy.
- Już, już - powiedziała zaspanym głosem i zapięła pasy. - A gdzie jesteśmy? Już chyba teraz mi powiesz, no nie? Na lotnisku tak dokładnie pilnowałeś żebym się nie dowiedziała jaki jest cel naszej podróży, że nie wiem do tej pory.
- Wyspy Kanaryjskie, kochanie.
- Żartujesz, prawda - powiedziała. W jej głosie było tyle szczęścia, a oczy zabłysły.
- Mówię prawdę i tylko prawdę.
- Boże! Nie wierzę! Kocham cię! - Wykrzyczała i przytuliła mnie. Oczy wszystkich pasażerów zwróciły się w naszą stronę, ale nie interesowało mnie to. Jedyne o czym potrafiłem teraz myśleć, to to, że w ramionach trzymałem cały mój świat.
- Ja ciebie też. Zrobiłbym wszystko żebyś była szczęśliwa.
- Dziękuję, dziękuję, dziękuję!
- Nie masz za co - odpowiedziałem i pocałowałem jej czoło. Wylądowaliśmy. Zabraliśmy swoje bagaże i weszliśmy na lotnisko.
- Gdzie teraz?
- Jeśli jesteś głodna to pójdziemy coś zjeść do baru. Później do wypożyczalni samochodów, na zakupy, żebyśmy mieli co jeść i do domku, który znajduje się dwa kilometry stąd. Blisko morza.
- Jesteś cudowny
- Nie tak jak ty.
- I słodki. Chodźmy coś zjeść bo słyszę jak ci burczy w brzuchu.
- Tak. Jestem głodny jak wilk - powiedziałem i zaśmiałem się. Weszliśmy do jednego z barów. Bella poszła zająć stolik, a ja zamówiłem jedzenie. Udałem się do stolika. Po chwili nasze zamówienie zostało doręczone. Wszystko szybko zjedliśmy i wyruszyliśmy w drogę do domku.


- I jak? Podoba ci się? - Zapytałem, gdy wszystkie torby i walizki znalazły się już w domku. Gdy ja kursowałem z samochodu do domku, Bella miała czas na zwiedzenie naszego miejsca zamieszkania przez najbliższe dni.
- Jest cudowny.
- Cieszę się, że ci się podoba.
- Co będziemy dzisiaj robili?
- Może pójdziemy na plaże?
- Wspaniały pomysł. Dobrze, że dziewczyny spakowały mi strój kąpielowy.
- To biegniemy się przebrać - powiedziałem wyciągając z walizki to, co nam potrzebne.
- Tak razem?
- A dlaczego nie? Nie masz tam nic, czego bym jeszcze nie widział.
- No w sumie. - Wzięła mnie za rękę i pobiegliśmy w stronę łazienki.
- Przebieraj się - powiedziała i zaczęła się rozbierać. Nie mogłem oderwać od niej wzroku. Jest piękna. Nie ma w niej rzeczy, która by mi się nie podobała. Pomogłem jej zawiązać górę od kostiumu i sam szybko się przebrałem. Spakowaliśmy w torbę wszystkie potrzebne rzeczy i wyszliśmy.
Tutejsze plaże są piękne i zatłoczone. Gdy już znaleźliśmy wolne miejsce i rozłożyłyśmy koc, Bella poprosiła mnie bym nasmarował jej plecy. Zrobiłem to z przyjemnością.
- Dziękuję, kochanie.
- Wiesz, że nie masz za co - odpowiedziałem i dałem jej całusa w policzek.
- Idziemy do wody?
- Idziemy - powiedziałem i szybko wziąłem ją  na ręce. Krzyknęła zaskoczona i zaczęła się śmiać. Wbiegłem z nią do wody. Zaczęliśmy się wygłupiać, chlapać, ganiać. Wszyscy się na nas patrzyli i śmiali się. Gdy Bella była już zmęczona, wróciliśmy na koc. Siedzieliśmy na tej plaży do wieczora, a później wróciliśmy do domu.

Perspektywa Belli.

- Jacob, dzwoni twój telefon!! - Krzyknęłam i usiadłam na kanapie. Mój mąż właśnie brał kąpiel.
- Odbierz!!
Wzięłam jego telefon i spojrzałam na wyświetlacz. Sam.
- Jacob?! -Moje ucho zabolało na głośny krzyk Sama.
- Nie. Bella. Jacob się kąpie. Dlaczego krzyczysz? Coś się stało?
- Nic się nie stało. Przepraszam - powiedział już cicho, ale jego głos był napięty.
- Przecież słyszę, że coś jest nie tak. Mów o co chodzi. Coś ze sforą?
- Bello, wszystko w porządku. Naprawdę. Przekażesz Jacobowi żeby oddzwonił?
- Przekażę - powiedziałam, chociaż nie byłam do końca przekonana, że wszystko jest okej.
- Tylko nie zapomnij. Do zobaczenia - powiedział i się rozłączył. Dziwnie się zachowywał. Odłożyłam telefon na stolik i położyłam się. Jestem tak zmęczona, że najchętniej poszłabym już spać. Ten tydzień w Paryżu, lot, dzisiejszy dzień. To wszystko jest wspaniałe i ekscytujące, ale także męczące. Gdy już prawie zasypiałam do salonu wszedł Jake.
- Kto dzwonił?
- Sam. Prosił żebyś oddzwonił - powiedziałam i ziewnęłam.
- Jesteś zmęczona. Idź się połóż.
- A ty?
- Zaraz przyjdę. Tylko oddzwonię do Sama.
- Dobrze- odpowiadam i kieruję się do naszej tymczasowej sypialni. Zasypiam od razu i nawet nie słyszę, kiedy Jacob do mnie dołącza.

~dwa tygodnie później~

- Dlaczego obudziłeś mnie tak wcześnie. Nie spaliśmy całą noc - powiedziałam, ziewając. Wyszłam z łazienki i spojrzałam na walizki stojące pod drzwiami. - Spakowałeś nas? Już wracamy?
- Obudziłem cię tak rano, ponieważ za godzinkę musimy być w porcie.
- W porcie?
- Wypływamy w tygodniowy rejs, Bello. Dopiero później wracamy do domu.
- Jesteś kochany! - Krzyknęłam i rzuciłam mu się w ramiona. - Dziękuję ci! Dziękuję!
- Dla ciebie wszystko, kochanie - odpowiedział i pocałował mnie. - A teraz chodź. Zjemy śniadanie i jedziemy.
Wszystko zjedliśmy, zebraliśmy wszystkie swoje rzeczy i ruszyliśmy do portu. Gdy dotarliśmy, ludzie wsiadali już na pokład. Jacob pokazał bilety i my także wsiedliśmy.Wnętrze statku było piękne. Urządzone na bogato. Rozpakowaliśmy się w swojej kajucie i rozłożyliśmy się na łóżku.
- To będzie wspaniały tydzień.
- Tak kochanie. Wspaniały i upojny - odpowiedział Jacob i złączył nasze usta w pocałunku.

~tydzień później - Forks~


- Bella! Jacob! Jak ja się za wami stęskniłam! Wchodźcie i siadajcie! - Kiedy tylko Emily zobaczyła nas przed drzwiami zaczęła krzyczeć i piszczeć z radości, a później się na nas rzuciła. Gdy już się oswoiła z naszym widokiem, weszliśmy do salonu i usiedliśmy wygodnie.
- Opowiadajcie! Jak było?! Wyglądacie wspaniale! Opaleni, wypoczęci!
- Było wspaniale. Wypoczęłam jak nigdy. Zwiedziliśmy tyle pięknych miejsc i ten rejs. Bardzo mi się podobało!
- A ty Jacob?
- Ja byłem szczęśliwy jak nigdy, gdy widziałem uśmiech na twarzy Belli. To był dla mnie najwspanialszy widok.
- Kochany jesteś. Dobrze, że Bella cię ma.
- Lepiej trafić nie mogła - powiedział i cmoknął mnie w policzek. - A gdzie Sam?
- Sfora go poprosiła o pomoc. Nie pytaj w czym bo nie mam pojęcia. Są na plaży. Idź do nich i się dowiedz o co chodzi.
- Zaraz wrócę, kochanie.
- Okej. Nigdzie się stąd nie wybieram.
Jacob poszedł, a ja przesiadłam się bliżej Emily.
- A jak tam u was? Jak się czujesz? Jak dzidziuś?
- U nas wszystko w porządku. Czuje się dobrze, a dzidziuś jak widzisz rośnie - powiedziała i złapała się za brzuszek.
- Oj rośnie, rośnie.
- Już nie mogę się doczekać aż będzie z nami.
- Jeszcze trochę - powiedziałam i odwróciłam wzrok. W tej chwili pomyślałam o moim dziecku. Dziecku, którego nigdy nie zobaczę.
- Ty też będziesz miała jeszcze gromadkę dzieci - powiedziała Emily jakby słyszała moje myśli. Uśmiechnęłam się do niej, przytakując. - Pójdę zrobić herbatę.
- Pójdę z tobą - powiedziałam i wstałam. Resztę wieczoru spędziliśmy w miłej atmosferze, wspominając nasz miesiąc miodowy.

_________________________________________________________________

Za wszelkie wykryte błędy przepraszam. :)
Miłej lektury...
Marta... :)

sobota, 20 grudnia 2014

Pytanie

Hej, hej, hello!

Jak tam przygotowania do świąt : sprzątanie, gotowanie, kupowanie prezentów? Urwanie głowy, prawda? Ale w końcu w środę WIGILIA <3 !  Jak spędzacie święta i co chcecie dostać od Mikołaja?

 A teraz do rzeczy :) Mam pytanie. Gdybym założyła bloga (nie o ZMIERZCHU) z historią wymyśloną przeze mnie (magia i inne sprawy, wątek miłosny no i wiele innych), czy znalazłby się ktoś, kto by to czytał?

Czekam na odpowiedzi! :) I nie zapomnijcie pochwalić się prezentami  i tym, jak spędzacie święta :)

Wesołych bombek, złotych trąbek,
anielskiego włosia i pieczeni z łosia.
Makowca z Sosnowca, rolady z szuflady
i udanej Pasterki bez żadnej usterki.

Wesołych Świąt Kochani!

Marta. 

środa, 19 listopada 2014

Rozdział 16

Perspektywa Jacoba.

Całą noc myślałem nad tym, co jej powiem, a teraz kiedy wyszedł od niej lekarz i powiedział mi, że wszystko z nią dobrze, już się obudziła i mogę do niej wejść, w głowie mam pustkę. Jak mam przekazać jej, że straciła dziecko, o którym nawet nie miała pojęcia? Jak ona to przyjmie? Wziąłem głęboki wdech i otworzyłem drzwi. Leżała na łóżku i patrzała w sufit. Podszedłem do niej powoli, usiadłem na krześle i złapałem jej dłoń. Spojrzała na mnie i się uśmiechnęła.
- Bello... .
- Ja wiem, Jacob - powiedziała, a po jej policzkach popłynęły pojedyncze łzy. Otarła je szybko i ścisnęła moją dłoń. - Lekarz mi dzisiaj powiedział.
- Tak mi przykro.
- Mi też, ale musimy żyć dalej. Nigdy sobie tego nie wybaczę, ale nie mogę teraz się załamywać. Ty też, Jacob. Musisz być silny. Dla nas.
- Kocham cię, Bello.
- Ja ciebie też Jacob.
- Jak się czujesz?
- Fizycznie, dobrze, a psychicznie... . Jestem po prostu zmęczona. Zmęczona tym wszystkim.
-  Jesteś bardzo dzielna, Bello - powiedziałem. Bella w swoim krótkim życiu już tyle przeszła. Ciągle na jej drodze pojawiały się nowe przeszkody, a ona pokonywała je i żyła dalej.
- Co ze ślubem, Jake?
- Przełożymy.
- Dlaczego? Lekarz powiedział, że jeśli do popołudnia nic mi nie będzie to jeszcze dzisiaj stąd wyjdę, a wszystko jest już zorganizowane. Goście zaproszeni. No wszystko... .
- A czujesz się na siłach?
- Tak. Niczego bardziej nie pragnę niż tego, żeby w końcu zostać panią Black.
- Jeśli tak mówisz, to za dwa dni będziesz już moją żoną - powiedziałem i pocałowałem ją w policzek. Moja piękna, dzielna, kochana i urocza Bella. - Wiesz... . Jesteś całym moim życiem. Kocham cię.
- A ty moim, Jacob. Kocham cię.
- Hej, nie przeszkadzam? - Do sali weszła Emily.
- Nie. No coś ty. Wchodź.
- To ja was zostawię - powiedziałem, pocałowałem Belle w czoło i wyszedłem.

Perspektywa Belli.

Jacob wyszedł, a Emily usiadła na krześle obok mojego łóżka. Spojrzałam na nią i na jej widoczny już brzuszek. Łzy same pociekły mi po policzkach. Jak mogłam nie zauważyć, że jestem w ciąży? Jak?
- Ej, co się dzieje? Nie płacz.
- Powiedzieli ci? - Zapytałam, wycierając łzy.
- Nie. Sam nie chciał mnie martwić, a z Jacobem się nie widziałam. Co jest? Jesteś chora? Bello?
- Nie, nie. Nie jestem chora. Byłam w ciąży Emily.
- W ciąży? Ale przeciceż... .
- Nie wiedziałam. Jak mogłam się nie zorientować. Teraz moje dziecko nie żyje. Przeze mnie.
Już nawet nie próbowałam powstrzymywać łez. Przy Jacobie musiałam być silna. Wiedziałam, co by zrobił, gdyby zobaczył mnie w takim stanie. Odwołałby ślub i nie spuszczałby mnie z oka. Emily, jej mogłam powiedzieć, wypłakać się.
- Nie mów tak. Nie obwiniaj się. Bello, nie płacz. Mogłaś się nie zorientować. Może po prostu nie miałaś objawów.
- Miałam. Zaczęłam więcej jeść, ciągle byłam zmęczona, a poza tym, nie miałam miesiączek. Ale dlaczego dotarły one do mnie dopiero teraz? Dlaczego?
- Byłaś zabiegana. Ślub, a później ta choroba. Miałaś prawo nie zauważyć. Ja też zorientowałam się dopiero po pierwszym miesiącu.
- Ale ty się zorientowałaś.
- Och, Bello - powiedziała i przytuliła mnie. Trwałyśmy w tej pozie dopóki się nie uspokoiłam. Otarłam łzy z policzków i odetchnęłam głęboko.
- Okej. Już dobrze. Muszę być silna. Muszę dać radę.
- Wierzę w ciebie. A jak ty się czujesz?
- Fizycznie dobrze. Jestem tylko trochę obolała. Lekarze powiedzieli, że jeśli nic mi nie będzie to jeszcze dzisiaj stąd wyjdę.
- To dobrze.
- A ty jak się czujesz? Jesteś pewnie zmęczona. Wczoraj na pewno dałyśmy ci popalić.
- Wszystko okej. Wcale nie byłyście takie nieznośne.
- A jak tam dziewczyny?
- Z tego co wiem, to Rachel i Leah jeszcze śpią, a Renee już tu jedzie.
- Już słyszę jej płacz i panikowanie.
- Martwi się o ciebie.
- Wiem, wiem. Tylko, że nie ma powodów.
- Matka zawsze znajdzie powód żeby martwić się o swoje dziecko.
- No cóż. Ja chyba nigdy tego nie doświadczę.
- Bello, dlaczego tak mówisz? Przecież to, co się stało nie sprawi, że już nigdy nie będziesz miała dziecka. Ty z Jacobem dorobicie się jeszcze gromadki takich maluchów. Zobaczysz.
- Taa. Nie mów nikomu, że poroniłam, proszę. I przekaż to Samowi. Jak najszybciej.
- Bella?! Boże! Kochanie! Jak ty się czujesz?! - Do sali wpadła Renee. Przytuliła mnie tak, że brakło mi tchu.
- Mamo, spokojnie. Już dobrze. Udusisz mnie zaraz.
- Przepraszam. Nie chciałam. Na pewno dobrze się czujesz? Potrzebujesz czego? Może jesteś głodna?
- Nie. Mam wszystko czego mi trzeba. I tak. Na pewno wszystko okej. Uspokój się mamo.
- Jak mam być spokojna, kiedy moja córka leży w szpitalu. A tak w ogóle, co ci dolega? Nikt nie chciał mi powiedzieć, a nie mogłam znaleźć lekarza.
- Renee... . Bella... - Emily chciała jej wszystko wytłumaczyć, ale jej przerwałam. Nie chciałam żeby mama wiedziała. Na pewno przeżyłaby to gorzej ode mnie. Cieszę się, że nikt jej jeszcze nie powiedział.
- Po prostu źle się w nocy poczułam. Zasłabłam. Nic takiego. Dzisiaj jeszcze stąd wyjdę.
- Bogu dzięki. Przecież ślub... - Cała Renee. Roztrzepana jak zawsze. Przez chwilę się martwi, a chwilę później już zmienia temat i zapomina o całym świecie.

- dwa dni później -

Perspektywa Belli.

Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Strasznie tu gorąco. A może nie. Może po prostu to z tych nerwów. Ale czym ja się denerwuję. Przecież jestem pewna swojego wyboru. Owinęłam się ręcznikiem i wyszłam z łazienki. Dziewczyny od razu się mną zajęły, narzekając, że brałam najdłuższy prysznic w życiu, a czasu jest coraz mniej. Jedna mnie malowała, druga czesała, trzecia biegała wkoło i wszystko przygotowywała. Kwiaty, suknie i te inne duperele. Każda coś do mnie mówiła, ale ja byłam nieobecna. Albo im przytakiwałam, albo po prostu się nie odzywałam. Jeszcze nigdy w życiu się tak nie stresowałam. W głowie miałam same najgorsze scenariusze. A to Jacob się rozmyśli, a to przewrócę się w drodze do ołtarza.
- Bello - Emily machała mi ręką przed twarzą. - Musisz założyć suknię. Wstań.
- Och... . Już wstaje - powiedziałam i wykonałam jej polecenie.
- Suknia jest nowa, kolczyki stare, piękne i z niebieskimi dodatkami, a to będzie pożyczone - powiedziała, wręczając mi cieniutką podwiązkę. - Jesteś już gotowa. Zobacz.
Odwróciła mnie w stronę lustra. Zaniemówiłam. Przede mną stała piękna, wysoka kobieta w cudownej białej sukni, która idealnie dopasowywała się do jej ciała. Jej twarz była idealna, a uczesanie skromne, ale śliczne. Nie wierzyłam, że to ja dopóki dziewczyna z lustra nie podniosła ręki do ust tak jak ja.
- I jak?
- Wy... . Jesteście genialne dziewczyny.
- Wiemy - odpowiedziały wszystkie trzy naraz.
- A teraz to my idziemy się ubrać, a ty poczekasz tu na nas. Okej?
- Sama? Ale... . Nie mogę zostać sama bo wpadnę w panikę.
- Nie wpadniesz. Kochana, jesteś już dużą dziewczynką.
- Za dziesięć minut wrócimy - powiedziała Rachel i wyszły. Wyszły, a ja zostałam sama. Sama ze swoimi myślami. To już dzisiaj. Za kilka minut zmienię swój stan cywilny, zostanę żoną Jacoba. Po tym wszystkim, co razem przeszliśmy. Czy tego chcę? Wręcz pragnę. To dlaczego się tak denerwuję? Zaczęłam chodzić w tę i z powrotem, odliczać od stu do jednego, a później od jednego do stu. W końcu przyszły dziewczyny, a z nimi Charlie.Wyglądał naprawdę wspaniale.
- Kochanie, ślicznie wyglądasz - powiedział. W jego oczach zobaczyłam łzy.
- Tato, tylko nie to. Proszę, nie rozklejaj się.
- Nie będę - powiedział i otarł dyskretnie jedną łzę, która spłynęła mu po policzku. Uśmiechnął się i przytulił mnie mocno.
- Dobra! Koniec tych czułości. Bello, już czas.
- Och... .
- Tutaj masz kwiaty. Najpierw idziemy my, a ty i Charlie liczycie do piętnastu i idziecie za nami - poinformowała mnie Emily, kiedy szliśmy do wyjścia, do ogrodu. Ślub miał się odbyć na świeżym powietrzu i dopiero teraz zdałam sobie sprawę z tego, że nasz ogród jest taki wielki. Salon, z którego na dzień dzisiejszy wyniesiono wszystkie meble był miejscem, z którego wychodziliśmy. Do ołtarza prowadził długi, czerwony dywan, a po jego bokach stały rzędy zapełnionych przez gości krzeseł. Wszędzie było pełno kwiatów i lampek. Tylko tyle udało mi się do tej pory zobaczyć, ponieważ wystrojem zajmowały się moje druhny i nie pozwoliły mi obejrzeć niczego dopóki nie będę szła w stronę ołtarza. Emily ustawiła dziewczyny.  Ona szła na przodzie, a krok za nią, po jej bokach, dziewczyny.  Usłyszałam pierwsze nuty marszu Mendelsona. Emily, Leah i Rachel ruszyły, a ja w myślach policzyłam do piętnastu.
- Gotowa? - Szepnął Charlie, ściskając moją rękę.
Głęboki wdech i wydech.
- Tak.
Ruszyliśmy. Głowy wszystkich zostały zwrócone w moją stronę. Słońce powoli zachodziło, a świecące lampki dodawały uroku i wprowadzały w niesamowitą atmosferę. Ołtarzyk, który przygotowały moje druhny był piękny.
Z góry zwisały girlandy pięknych kwiatów. Jednak mnie oprócz tego wszystkiego interesował tylko Jacob. Jacob, który stał i z uśmiechem tak wielkim i prawdziwym czekał aż do niego dołączę. Gdybym tylko mogła, puściłabym Charliego i zaczęła biec do ołtarza.
Jeden krok. Drugi. Trzeci. Jeszcze parę i dojdę do celu, złapię go za rękę i przysięgnę bezgraniczną miłość.
Stoi tam i czeka na mnie z taką wielką miłością w oczach. Ubrany w czarny smoking, który doskonale podkreśla jego wysportowaną sylwetkę. Ostatnie dwa kroki... .
- Jesteś pewna?
- Jak niczego innego w życiu, tato.
Drżącymi rękoma zdjął mi welon z twarzy, ucałował mój policzek i oddał moją rękę Jacobowi, a ten szarmancko ją pocałował i uśmiechnął się zniewalająco. Odwróciliśmy się w stronę pastora, który zaczął swój monolog.
- Panie i panowie! Zebraliśmy się tutaj, żeby połączyć tych oto młodych ludzi świętym węzłem małżeńskim. Jeśli jest ktoś, kto zna powód, dla którego ta dwójka nie może się pobrać, niech odezwie się teraz lub zamilknie na zawsze - chwila zdenerwowania. Nikt się nie odezwał.
- A więc zaczynajmy. Małżeństwo to związek dwojga dorosłych ludzi. Podejmując tak ważny krok w naszym życiu musimy być pewni swojej decyzji. Jest to poczucie bezpieczeństwa, obdarzenie siebie nawzajem bezgraniczną miłością, bycie ze sobą na dobre i na złe, w zdrowiu i chorobie... Jest to przede wszystkim przypieczętowanie miłości, którą siebie darzycie. Czy ty Isabello Swan i Jacobie Black jesteście gotowi przysiąc sobie miłość, wierność i uczciwość małżeńską w obecności świadków i Boga?
- Tak. Ja Jacob, biorę ciebie Isabello za żonę i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską. Przyrzekam, że zawsze będę z tobą. W zdrowiu i chorobie, w radości i smutku. Nigdy cię nie opuszczę.
- Tak. Ja Isabella biorę ciebie Jacobie za męża i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską. Przyrzekam, że zawsze będę z tobą. W zdrowiu i chorobie, w radości i smutku. Nigdy cię nie opuszczę.
- Kocham cię.
- Kocham cię.
Sam podał nam obrączki, które założyliśmy sobie na palce
- Od teraz jesteście małżeństwem. Możecie się pocałować!
 Jacob ujął moją twarz w dłonie i złożył na mych ustach słodki, namiętny pocałunek, w którym przekazał mi całą swoją miłość. Dla mnie nie liczyło się teraz nic. Ani wiwatujący goście, ani przyjemny wiaterek, który owinął nasze ciała, ani śliczny zachód słońca za nami. Dla mnie liczył się tylko on i miłość, która nas złączyła. Od teraz już zawsze będziemy razem. Dopóki śmierć nas nie rozłączy i jeszcze dłużej... .

Dziewczyny wszystko zorganizowały tak, że cała ceremonia szybko przeszła w zabawę. Na początku przyjęliśmy z Jacobem liczne życzenia i gratulacje, następnie ci co chcieli, wygłosili przemowy i wzniesiono pierwszy toast za nowe małżeństwo. Teraz, kiedy idę z Jacobem na środek parkietu żeby zatańczyć symboliczny pierwszy taniec, w głowie ciągle mam słowa jego przemowy.
Dzisiejszy dzień jest dla mnie najszczęśliwszym dniem w ciągu całego mojego dotychczasowego życia. Najpiękniejsza kobieta, którą znam została moją żoną. Bello, chciałbym ci z tego miejsca podziękować. Za to, że obdarzyłaś mnie miłością i zaufaniem, za to, że mogę dzisiaj tutaj z tobą być, za to, że po prostu jesteś. Nie wiem czy znajdę odpowiednie słowa by powiedzieć ci jak bardzo cię kocham. Jesteś całym moim światem, powietrzem, którym oddycham, sercem, bez którego nie mógłbym żyć. Jesteś dla mnie wszystkim i nie wiem, co bym zrobił, gdybym któregoś dnia cię stracił. Kocham cię teraz i będę kochał do końca swojego życia.
Wzruszył mnie tymi słowami. I to bardzo. Dobrze, że dziewczyny zadbały o wodoodporny makijaż. Weszliśmy na środek parkietu. Jacob okręcił mnie i zaczęliśmy tańczyć. W ramionach Jacoba czułam się taka bezpieczna i kochana.
- Mówiłem ci już, że wyglądasz cudownie?
- Tylko raz, może dwa. Ale zawsze miło usłyszeć.
- Wyglądasz cudownie, Bello. Tak bardzo się cieszę, że zostałaś moją żoną.
- Też się cieszę. Twoja przemowa... . Była piękna.
- Mówiłem to, co czuję.
- Kocham cię. Tak bardzo cię kocham - powiedziałam i wtuliłam się w niego. Rozbrzmiały ostatnie dźwięki piosenki. Jacob wziął mnie na ręce, okręcił się i pocałował słodko. Rozbrzmiały brawa i okrzyki gości. Muzyka zmieniła się i wszyscy zaczęli tańczyć. Było wspaniale. Tak jak sobie wymarzyłam. Zatańczyłam chyba z każdym, aż w końcu wróciłam w ramiona Jacoba. Przyszła pora na tort, później rzucałam bukietem, który złapała Rachel. Może Paul w końcu zmądrzeje i oświadczy się jej. Czas leciał szybko, ale przyjemnie. Gdy dochodziła trzecia nad ranem dziewczyny zabrały mnie do domu żebym się przebrała. Nie mówiły po co, a ja nie protestowałam. Po chwili byłam ubrana w śliczną, białą, ale krótką sukienkę. Moje włosy luźno opadały na ramiona, a niewygodne, białe szpilki zastąpiły moje ulubione czarne pantofle.
- No dobra. Jestem już przebrana i w ogóle, a teraz powiedzcie mi w końcu jaki był powód ściągnięcia mnie tu i przebrania. 
- Za dwie godziny masz samolot. Podróż poślubna zorganizowana przez Jacoba. Niespodzianka - powiedziała Emily, przytulając mnie.
- Co? Ale jaka podróż? Gdzie? Przecież ja nawet nie jestem spakowana.
- Gdzie to ci nie powiemy, a jeśli chodzi o pakowanie... . Wasze walizki są już w bagażniku. Nie ma za co.
- Dziewczyny, jesteście kochane - powiedziałam i je przytuliła. - Ten dzień był cudowny. Wy jesteście wspaniałe!
- Wiemy! - Krzyknęły wszystkie trzy.
- Eghm... . Mogę? - Mama stała w drzwiach łazienki i uśmiechała się smutno.
- Co się stało?
- Moja mała córeczka dorosła - powiedziała i się rozpłakała.
- Mamo, nie płacz. Nadal jestem twoją córką.
- Ale już mnie nie potrzebujesz. Założyłaś swoją rodzinę, wyjeżdżasz gdzieś ze swoim mężem i nawet nie wiem gdzie, bo nikt nie chciał mi powiedzieć. Teraz na pewno nawet nie będziesz pamiętała żeby zadzwonić. A do tego wszystkiego nie mam nawet chusteczek żeby otrzeć łzy - powiedziała i rozpłakała się na dobre.
- Mamusiu, ale ty jesteś mi bardzo potrzebna. Kocham cię i zawszę będę twoją małą córeczką. A tu masz chusteczki. - Przytuliłam ją i próbowałam uspokoić. - Nie płacz już.
- Obiecaj, że będziesz dzwoniła.
- Obiecuję. Kocham cię, mamo.
- Kocham cię, Bello.
- Bello, musisz już iść. Samolot.
- Idź, idź. Bo się spóźnicie.
- Jak tylko wrócimy, obiecuję, że tym razem to my was odwiedzimy i tak szybko się mnie nie pozbędziesz.
- Trzymam cię za słowo - powiedziała i kolejny raz mnie wyściskała. Wszystkie trzy wróciłyśmy na dół i odszukałam Jacoba.
- Nic mi nie powiedziałeś. Nikt nie pisnął ani słówkiem - powiedziałam i pocałowałam go w policzek.
- Czyli wszystko poszło po mojej myśli. Niespodzianka, Kochanie. Gotowa?
- Tak. Tylko pożegnam się z tatą.
- Okej. Jest tam.
Podeszłam do Charliego i uściskałam go mocno.
- Bello, pamiętaj, że mój dom zawsze będzie twoim domem, że zawsze możesz na mnie liczyć.
- Wiem tato. Kocham cię.
- Ja ciebie też córeczko. Wiem, że Jacob się tobą zajmie. Będzie ci z nim dobrze. Inaczej nie pozwoliłbym na ten ślub.
- Tak. Będzie mi z nim dobrze.
- Idź już. Bo spóźnisz się na samolot. W nieznanym kierunku.
- Będę tęsknić.
- Ja bardziej. Idź już, idź - powiedział. - Tylko nie zapomnij o staruszku i dzwoń od czasu do czasu! - Krzyknął, gdy już odchodziłam. Razem z Jacobem wyszliśmy z domu. Wszyscy zaczęli klaskać i gwizdać, rzucać ryżem. Wsiedliśmy do samochodu.
- Gotowa zacząć nowe życie?
- Z tobą zawsze - odpowiedziałam.


____________________________________________________
Kolejny rozdział za nami :) Czekam na opinie :) Mi niezbyt się podoba, ale to nic nowego :D :/
Wiecie, że 22 października minął już rok odkąd zaczęłam pisać historię Belli i Jacoba?
Czas leci tak szybko. Mijają dni, miesiące, lata... .
Pozdrawiam... <3
Marta.

czwartek, 9 października 2014

Rozdział 15

Perspektywa Belli.

To były chyba najgorsze trzy dni mojego życia. Ciągłe wymioty, ból brzucha, głowy, a do tego gorączka. I to jeszcze przed samym ślubem. Na szczęście był Jacob, moja mama i moje trzy najukochańsze druhny, które wszystkim się zajęły i wszystko jest już dopięte na ostatni guzik. Teraz nie pozostało nic innego jak tylko czekać na ten upragniony dzień. Uśmiechnęłam się i przeciągnęłam na łóżku. Spojrzałam na zegarek i uznałam, że czas już wstawać. Ile w końcu można leżeć w łóżku? Wyszłam po cichu z pokoju żeby nie obudzić Jacoba. On także był zmęczony. Nie spał nocami, opiekując się mną, a w dzień załatwiał wszystkie potrzebne sprawy i opiekował się sforą. Dzisiejsza noc była spokojna. Na szczęście jest już lepiej. Jestem jeszcze tylko zmęczona. Przygotowałam wszystkim śniadanie i poszłam się przygotować. Spojrzałam w lustro. Wyglądałam okropnie. Byłam blada, miałam podkrążone oczy, wychudłam. Przez te trzy dni zjadłam miseczkę rosołu, co potem zwymiotowałam. Żyłam tylko na wodzie. Szybko doprowadziłam się do w miarę normalnego wyglądu i zeszłam na dół. Jacob już tam był.
- Cześć Kochanie - powiedział, przytulając mnie. - Jak się czujesz? Brałaś lekarstwa?
- Lepiej, lepiej. I tak brałam. Nie wiesz czy mama i Phil wstali.
- Tak. Zaraz powinni pojawić się na dole. Na pewno dobrze się już czujesz? Może jeszcze dzisiaj poleżysz.
- Nie. Jest dobrze. Muszę w końcu wstać z łóżka, a dzisiaj czuję się już na siłach.
- Wyspaliście się? - Zapytała mama wchodząc do kuchni. Zaraz po niej wszedł Phil, witając się z nami.
- Dzisiaj tak - odpowiedział Jacob, a ja posłałam mu przepraszające spojrzenie. - Dobrze, że Belli jest już lepiej. Martwiłem się o ciebie, Kochanie.
- Wiem, przepraszam, że przeze mnie byłeś zmęczony i niewyspany.
- Nawet mnie nie denerwuj. Przecież wiesz, że nie masz za co przepraszać. A teraz siadajmy do stołu.
- No dobrze. Smacznego - powiedziałam, siadając. Szybko zjedliśmy śniadanie i przenieśliśmy się do salonu.
- Jakie macie plany na dzisiejszy dzień?
- Nie mamy planów. A ty i Phil?
- Też nic konkretnego. Chociaż ja mam pomysł.
- Mamo, to nie byłabyś ty, gdybyś go nie miała. Więc?
- Ja, ty, Rachel, Leah i Emily jedziemy na zakupy i do spa. Wieczorem niespodzianka. A chłopaki zorganizują sobie męski dzień. Phil chce zebrać chłopaków i zabrać w baseball. Co wy na to?
- Ja jestem za - powiedziałam. - Jacob?
- Niech będzie. Pójdę zadzwonić do chłopaków i ich poinformować.
- A ja pójdę zadzwonić do dziewczyn i zacznę się ogarniać.
- Ja też pójdę się przygotować. Wystarczy ci pół godziny?
- Oczywiście. To co? Rozchodzimy się?
- Rozchodzimy.
Weszłam do naszej sypialni równo z Jacobem. Od razu udałam się do garderoby po coś do ubrania. Ubrałam się i umalowałam. Włosy zostawiłam rozpuszczone. Gdy wyszłam z garderoby, Jacob siedział na łóżku.
- Ślicznie wyglądasz.
- Dziękuję - powiedziałam, całując go w policzek. - A ty na co czekasz?
- Na Phila. Dzwoniłem do chłopaków i zgodzili się. Dzwoniłaś do dziewczyn?
- Nie. Ale już to robię - powiedziałam i wyjęłam telefon z torebki. Emily odebrała już po pierwszym sygnale i tak jak myślałam, zgodziła się.
- Idę po Renee. Pa, pa. Kocham cię.
- Ja ciebie też. Do zobaczenia wieczorem, Kochanie - powiedział. Pocałowałam go krótko i wyszłam z sypialni. Zapukałam do Renee. Usłyszałam ciche proszę i weszłam.
- Mamo, jestem już gotowa.
- Dobrze. Zaraz zejdę na dół.
- Okej. Zaczekam przy drzwiach - powiedziałam. - Phil, Jacob jest już gotowy i czeka na ciebie w naszej sypialni - dodałam jeszcze i zamknęłam za sobą drzwi. Zeszłam na dół, a chwilę później dołączyła do mnie mama.
- Masz już wszystko?
- Tak. Możemy jechać.
- No to jedziemy.

Perspektywa Jacoba

- Bello! Wróciłem! - Krzyknąłem, wchodząc do domu. Odwiesiłem kurtkę na miejsce i ruszyłem w stronę salonu, bo stamtąd dochodziły do mnie głosy dziewczyn. Chyba było im bardzo wesoło bo co chwilę wybuchały głośnym śmiechem. Jedna przekrzykiwała drugą. Wszedłem do salonu i aż złapałem się za głowę. Dziewczyny ledwo trzymały się na nogach, a na stole były pokaźne ilości alkoholu. No to ładnie się zabawiły.
- Jacob! Kochanie - Bella podeszła do mnie, wieszając mi się na szyi. - Tęskniłam za tobą!
- Przecież ty ledwo trzymasz się na nogach. Chodź, usiądź - pomogłem jej dojść do sofy i usadziłem ją na niej. - Myślę, że na dzisiaj wam starczy - powiedziałem, zabierając pozostały alkohol.
- Ale Jacob, ty musisz napić się z nami - powiedziała Rachel, podchodząc do mnie i próbując zabrać mi butelki.
- Nie, dziękuję. Usiądź lepiej. Emily?
- Na mnie nie patrz. Ja piłam tylko soczek - powiedziała dziewczyna, kładąc ręce na zaokrąglonym brzuszku.
- I pozwoliłaś doprowadzić się im do takiego stanu?
- Przegadały mnie. To był taki wieczór panieński Belli. Rachel, Leah i Renee to wymyśliły.
- Renee? A gdzie ona jest?
- Phil zabrał ją jakieś pół godziny wcześniej. Nie było z nią najlepiej.
- Och, przestańcie gadać. Lepiej się napijmy - krzyknęła Bella, wyjmując wino, które mieliśmy schowane w barku.
- Chociaż jedna dobrze gada! - Krzyknęła Leah, zabierając jej butelkę.
- O nie! Oddaj  i to!
- To sobie sięgnij - powiedziała, podnosząc butelkę w górę. Byłem od niej wyższy i bez trudu zabrałem butelkę. Wyniosłem wszystko do kuchni i zadzwoniłem po Setha i Paula. Ktoś musiał zabrać dziewczyny do domu, a ja musiałem zająć się Bellą. Gdy miałem już pewność, że chłopaki przyjadą po dziewczyny, wróciłem do salonu, gdzie wciąż było głośno od śmiechów i rozmów pań. Co chwilę musiałem którąś podtrzymywać lub podnosić. Raz z góry zszedł Phil sprawdzić, co dzieje się z dziewczynami, ale gdy zobaczył, że jestem, wrócił do Renee, która swoją drogą podobno nie miała się najlepiej. W końcu przyszli chłopacy, zabrali nietrzeźwe panie. Emily pojechała z Rachel i Paulem. Była bardzo zmęczona dzisiejszym dniem. Nie dziwię jej się. Musiała pilnować Rachel, Leah i Belli, kiedy te bawiły się w najlepsze. Zabrałem Bellę do naszej sypialni. Posadziłem na łóżku i pomogłem jej się przebrać. Nie było to łatwe, ponieważ ciężko było utrzymać ją w pionie.
- Bello, nie powinnaś tyle pić. Dopiero co wyzdrowiałaś i...
- Jacob, a kupisz mi takiego wielkiego misia żebym miała się do kogo przytulać jak ciebie nie będzie? - Zapytała, zarzucając ręce na moją szyję. Zrobiła przy tym taką śmieszną minę, że z trudem powstrzymywałam się od śmiechu.
- Kochanie, kupię ci co tylko będziesz chciała, a teraz...
- A wiesz, że cię kocham? Tak bardzo, bardzo, bardzo mocno.
- Ja ciebie też, Kochanie. Kładź się teraz.
- Ale ja muszę coś zobaczyć?
- Co?
- To coś jest na dole - powiedziała, wstając i zmierzając w stronę drzwi. - Albo nie. Niczego nie muszę zobaczyć.
- Chodź. Połóż się, Bello.
- A ja nie chcę się kłaść. Chcę buziaka od ciebie - powiedziała, siadając mi na kolanach. Cmoknąłem ją w usta, podtrzymując żeby nie spadła z moich kolan. Spojrzała na mnie i zrobiła taką niezadowoloną minę, że chciało mi się śmiać.
- No co? - Zapytałem rozbawiony.
- Nie o takiego buziaka mi chodziło - powiedziała i zaczęła mnie całować. Wyczułem, że chciała mnie położyć, ale jej na to nie pozwoliłem.
- Dlaczego nie współpracujesz?
- Kochanie, jesteś piana. Nie dzisiaj - powiedziałem, podnosząc ją i kładąc na łóżku.
- No dobra, ale jutro to na pewno.
- Na pewno.
- Ale ja cię kocham. Naprawdę Jacob. I będę twoją żoną. Taką najlepszą. Lepszej nie znajdziesz, obiecuję.
- Wiem moja ty najukochańsza, najlepsza i najpiękniejsza żono. Idź już spać.
- Jeszcze nie żono. Ale już niedługo. A kochasz mnie w ogóle?
- Bardzo. A teraz chodź. Może chłodna kąpiel ci pomoże.
- Myślę, że tak ale tylko jeśli z tobą.
- Chodź, chodź. - Pomogłem jej wstać i zaprowadziłem do łazienki. Tam było już trochę gorzej, ale jakoś daliśmy radę. Bella była już trochę orzeźwiona.
- Dziękuję.
- Nie masz za co. Teraz już kładź się do łóżka.
- To połóż się tu ze mną.
- Dobrze, ale spróbuj zasnąć - powiedziałem i położyłem się obok. Przez chwilę było cicho, a później Bella dostała czkawki. Poszedłem dla niej po coś do picia, a gdy wróciłem, nie było jej w łóżku. Usłyszałem ją w łazience. Zapukałem i wszedłem nie czekając na zaproszenie. Bella siedziała przy toalecie trzymając się za brzuch. Na jej twarzy widniał grymas. Ukląkłem przy niej i podałem szklankę z wodą. Wypiła i odstawiła szklankę na bok.
- Co się dzieje?
- Nie wiem. Strasznie boli mnie brzuch - powiedziała i zaczęła wymiotować. Zebrałem jej włosy do tyłu i czekałem aż skończy. Pomogłem jej wstać, ale nie mogła się do końca wyprostować.
- Jacob! - Krzyknęła przerażona, patrząc na podłogę. Podążyłem za jej wzrokiem i to, co zobaczyłem, przeraziło mnie nie na żarty. Po jej nogach spływały stróżki krwi. Syknęła i upadła na kolana.
- Boże! Co się dzieje?!
- Jacob, boli - jęknęła, kładąc się na podłogę.
- Phil!! - Nie miałem pojęcia, co mam zrobić. Widok wykrzywionej z bólu twarzy Belli mnie sparaliżował. Nie wiedziałem, co się dzieje. I ta krew. Było jej tak dużo.
- Co się... O Boże!
- Dzwoń po karetkę!
- Już dzwonię! - Powiedział i wybiegł z łazienki, a ja ukląkłem przy Belli.
- Jacob, boję się! Co się dzieje? Tak bardzo mnie boli.
- Nie wiem. Wytrzymaj jeszcze chwilę. Phil już dzwoni po pomoc. - Mówiłem szybko, głaskając ją po głowie. Byłem przerażony. Nie wiem jak długo czekaliśmy na pomoc, ale w końcu nadeszła. Lekarze wpadli do naszego domu i od razu zaczęli działać. Nie obchodziło mnie nic, nawet to, że jednym z lekarzy jest Cullen. Martwiłem się o moją narzeczoną.
- Co się stało? - Zapytał jeden z lekarzy.
- Nie wiem. Dziewczyny zrobiły sobie wieczór panieński. Trochę wypiły. Później Bella dostała czkawki, poszedłem po coś do pisia, a jak wróciłem, źle się czuła. Myślałem, że to przez alkohol, ale później ta krew. Co jej jest?!
- Czy Bella jest w ciąży?
- Nie, ale ostatnio trochę chorowała. Pomóżcie jej, błagam - prosiłem lekarzy. Po moich policzkach zaczęły spływać łzy. Belle przetransportowano do szpitala. Ja dotarłem tam chwilę później, ponieważ musiałem czekać na Sama. Nie pozwolili mi jechać karetką, sam nie byłem w stanie, a Phil musiał zostać z Renee. Wbiegłem do szpitala, a później kierowałem się wskazówkami pielęgniarek. W końcu dotarłem pod salę, na której leżała Isabella. Z sali wyszedł lekarz. Nie było go u nas w domu.
- Co z nią?! - Zapytałem, podbiegając do niego.
- Pan jest?
- Narzeczony. Niech mi pan powie w jakim jest stanie!
- Przykro mi, ale nic nie dało się już zrobić... - powiedział, spuszczając wzrok na ziemię. Nagle poczułem się tak jakbym stracił grunt pod nogami. Cały mój świat legną w gruzach.
- Bella nie żyje - wyszeptałem cicho, osuwając się po ścianie. Łzy zaczęły płynąć mi po policzkach strumieniami. Nie ma słów, które opisałyby to, co czułem. Ten ból i poczucie straty.
- Przepraszam, ale chyba źle mnie pan zrozumiał. Chodziło mi o dziecko. Nie udało się go już uratować. Picie alkoholu w ciąży nie jest dobre i myślę, że to to jest powodem poronienia. Z matką jest już wszystko w porządku. Dostała dużo leków i powinna obudzić się dopiero jutro.
- Ciąży? Jakiego poronienia?
- Państwo nie wiedzieli o ciąży?
- Nie. Nic nie wiedziałem. Bella na pewno nie piłaby gdyby wiedziała, że jest w ciąży.
- No nic. W każdym bądź razie, jest mi przykro i współczuję. Jeśli chciałby pan coś wiedzieć, będę u siebie w gabinecie. Siostry powiedzą panu jak tam trafić - powiedział i zostawił mnie osłupiałego na korytarzu. Usiadłem ciężko na krześle. Bella była w ciąży. Nosiła w sobie nasze dziecko. Dziecko, które właśnie straciliśmy. Schowałem twarz w dłoniach. Przecież to niemożliwe. Nie miała żadnych objawów. A może miała? W pewnym momencie zaczęła dużo jeść, była ciągle zmęczona, bolały ją plecy. Myślałem, że to z przemęczenia. Ona sama także tak to tłumaczyła. Później ta choroba. To na pewno też miało wpływ na to, co się dzisiaj stało. I jeszcze ten alkohol, który wypiła. Dlaczego wcześniej tego nie zauważyłem? Nawet nie pomyślałem, że mogłaby być w ciąży.
- Jacob! Co z nią? - Zapytał Sam, kiedy do mnie dołączył. Nie przyszedł od razu, ponieważ Emily do niego dzwoniła.
- Z Bellą jest już w porządku.
- W porządku? To dlaczego wyglądasz jakbyś przed chwilą zobaczył ducha?
- Bella, ona... . Poroniła - odpowiedziałem, opierając głowę o ścianę. Nadal to do mnie nie dochodziło.
- Co?! Bella była w ciąży? Ale... .
- Też się zdziwiłem.
- Wow - powiedział i usiadł na krześle. - Nawet nie wiem, co mam powiedzieć.
- Nic nie mów. Jeszcze to do mnie nie dotarło.
- Powiesz jej?
- A co? Mam to przed nią ukrywać?
- Będzie się obwiniała.
- Wiem. Boję się, że się załamie, ale muszę jej to powiedzieć.
- Tak. Pomożemy jej. Wszyscy.
- Jest silna. Da radę. A jak Emily? Powiedziałeś jej dlaczego tak wybiegłeś z domu?
- Powiedziałem. Zmartwiła się i chciała tu przyjechać, ale wybiłem jej to z głowy.
- To dobrze - powiedziałem, zamykając oczy. Przez chwilę panowała kompletna cisza, przerywana jedynie pykaniem różnych szpitalnych sprzętów i buczeniem lamp. Westchnąłem ciężko i przeczesałem ręką włosy. Dlaczego czułem się tak fatalnie?
- A co ze ślubem? - Zapytał nagle Sam.
- Właśnie. Dobre pytanie. Nie wiem czy Bella stąd wyjdzie do tego dnia, a poza tym, czy będzie w stanie. Psychicznym i fizycznym.
- Co jeśli będzie trzeba go odwołać?
- Odwołam. Bella jest dla mnie najważniejsza.
- Masz rację. Nie możesz teraz do niej wejść?
- Lekarz nic o tym nie mówił. Bella będzie spała do rana. Dostała dużo leków. Nawet nie wiem dlaczego tam nie wszedłem. Może po prostu to przez ten szok.
- W końcu będziesz musiał tam wejść i się z tym zmierzyć. 
- Wiem. I właśnie tego się boję. 

_____________________________________________________________________

Szczerze? Nawet ja nie spodziewałam się takiego obrotu spraw. To przyszło tak nagle.
Może dlatego, że nie wiem jak opisać ślub i ciągle go odwlekam. Miał być już w tym rozdziale.
Nie wiem też jak to się potoczy dalej. Miałam kilka rozdziałów w przód, ale teraz już mi się nie podobają.
Ten rozdział w ogóle zmienił bieg wydarzeń, który miałam ustalony dotychczas. Teraz zastanawiam się nad reakcją Belli. Może Wy macie jakieś sugestie? Chętnie dowiedziałabym się jak Wy to sobie wyobrażacie.
Do następnego... :)
Pozdrawiam!
Marta...

wtorek, 2 września 2014

Rozdział 14

Perspektywa Belli.

Wcale nie zamierzałam odwiedzać Emily i ojca, ale nie zamierzałam także siedzieć w domu. Mimo, że wczorajszego dnia prawie wszystkie moje problemy zostały rozwiązane, niestety w bardzo przykry dla nas wszystkich sposób, została jeszcze jedna sprawa, którą musiałam załatwić. Edward. Musiałam z nim porozmawiać i ustalić parę rzeczy. Tylko za bardzo nie wiedziałam jak to zrobić. Bo przecież nie wiem gdzie on mieszka.
- Świetnie, po prostu wspaniale! Nie pozostaje mi nic innego jak tylko jeździć po Forks i modlić się żeby się na niego natknąć. Do tego gadam sama do siebie. - Zaczęłam się śmiać sama z siebie i gdy już myślałam, że jestem jakaś obłąkana, wpadłam na pewien pomysł. Przypomniało mi się jak kiedyś Jacob opowiadał mi o ich darach. Jedna z Cullenów, przewidywała przyszłość i pomyślałam, że jak postanowię sobie, że spotkam się z Edwardem, ona to przewidzi i mu przekaże. Skoncentrowałam się na myśleniu o mnie i Edwardzie, gdzieś za granicą paktu żeby Jacob się nie dowiedział. Nie wiedziałam czy to zadziała, czy nie, ale byłam zdesperowana i już po chwili szukałam kluczyków od samochodu. Gdy je znalazłam zabrałam torebkę i kurtkę i zamykając za sobą drzwi ruszyłam w stronę samochodu. Już po chwili przekraczałam granice paktu. Stanęłam na jakiejś bocznej drodze i jeszcze raz zaczęłam intensywnie myśleć nad spotkaniem z Edwardem. Czas mijał i gdy już miałam wracać do domu, za zakrętu wyjechało srebrne Volvo. Edward zatrzymał się na chwilę i ruszył dając mi znak żebym jechała za nim. Zrobiłam co kazał i już po chwili byłam przed posiadłością Cullenów, która naprawdę zapierała dech w piersiach.Wysiadłam z samochodu i podeszłam do drzwi. Edward mi je otworzył, wpuszczając do środka.
- W domu jest tylko Esme. Carlisle jest w pracy, Alice zabrała Jaspera, jest mało odporny na ludzką krew, a Rosalie i Emmett są na polowaniu.
- To dobrze. Nie wiem czy czułabym się tu swobodnie wiedząc, że wszyscy słyszą każde moje słowo.
- Ściany są tu dźwiękoszczelne. Chcemy mieć trochę prywatności. A swoją drogą dziwi mnie to, że najbardziej martwią cię nasze zdolności, a nie to, że jesteś w domu, w którym mieszkają wampiry.
- Nie boję się was. Możemy już porozmawiać. Chciałabym już mieć to za sobą. 
- No dobrze. Mój pokój jest na górze - powiedział, wskazując ręką schody. Zaczęłam się po nich wspinać, a gdy już byłam na górze zderzyłam się z jakąś kobietą. To pewnie była Esme.
- Och, przepraszam. Bella, tak?
- Tak. Dzień dobry pni Cullen.
- Mów mi Esme, a teraz przepraszam was, ale się śpieszę - powiedziała szybko i pobiegła na dół. Spojrzałam zdziwiona na Edwarda, a ten wzruszył ramionami.
- Krew. Taka jest nasza natura. A twoja krew jest szczególna. Wszyscy to zauważyliśmy.
- To niedobrze?
- Dla ciebie nie, a szczególnie w naszym towarzystwie - powiedział wpuszczając mnie do pokoju. Tak jak myślałam był on urządzony w bardzo eleganckim stylu. Stonowane kolory i spokojne meble. Cały Edward.
- O czym chciałaś porozmawiać?
- Przecież wiesz.
- Tak. Wiem. Bello, ja chciałbym cię przeprosić. Naprawdę... .
- Nie masz za co.
- Mam.
- No dobrze. Masz. Ale co było to było. Nie wracajmy do tego. Głównie to chciałam ci powiedzieć. Przyjmuję twoje przeprosiny i nie mam ci NICZEGO za złe. Ale umówmy się, że od tej chwili będziemy żyć jak by to wszystko się nie stało. Jak byś w ogóle nie przyjechał do Forks. Nie chcę ci wchodzić w drogę i tego samego oczekuję od ciebie.
- Hym... Nie spodziewałem się czego takiego. Miałem nadzieję, że będziemy mogli zostać przyjaciółmi.
- Przyjaciółmi? Edwrad, ja nie sądzę, że to dobry pomysł. Jacob zabije mnie jak się dowie, że się z tobą kontaktowałam, a jakby się dowiedział, że tu byłam i zostaliśmy przyjaciółmi, zabiłby i ciebie. Uważa, że grozi mi z waszej strony niebezpieczeństwo.
- Nie przeczę, ale z ich strony grozi ci to samo.
- Wiem, że oni mnie nigdy nie skrzywdzą. Pójdę już. - Nic nie powiedział tylko odprowadził mnie do samochodu.
- Do zobaczenia.
- Nie sądzę - powiedziałam i odjechałam. Wróciłam do domu, wzięłam długi prysznic i zrobiłam pranie. Musiałam zrobić wszystko żeby Jacob nie wyczuł zapachu Edwarda. Gdy już wszystko było gotowe usiadłam wygodnie na łóżku i zaczęłam czytać książkę. Tak mnie wciągnęła, że nawet nie usłyszałam jak Jacob wchodzi do domu. Dopiero jak się do mnie odezwał, zauważyłam, że jest.
- Jak ci minął dzień?
- Spokojnie. Nie wychodziłam z domu. A tobie?
- Dzień jak dzień. Sporo obowiązków. Starałem się jak najszybciej znaleźć w domu.
- Jesteś głodny? Pójdę przygotować coś do jedzenia, a ty idź się odśwież.
- Okej. Zaraz zejdę - powiedział, pocałował mnie w policzek i zniknął za drzwiami łazienki. Przez cały czas próbowałam wykrztusić z siebie choć trochę entuzjazmu, ale niezbyt mi to wychodziło. Mój głos był przygaszony i widziałam, że Jacob także to zauważył. Przygotowałam jedzenie i usiadłam przy stole, czekając na Jacoba. Po chwili chłopak siedział koło mnie i razem jedliśmy posiłek. Między nami panowała cisza. Przez chwilę zastanawiałam się nad tym, kiedy w końcu będzie jak dawniej. Mam nadzieję, że jak najszybciej. Po skończonym posiłku posprzątałam wszystko i poszłam do salonu.
- Co masz ochotę dzisiaj robić? - Zapytał Jacob. Na co miałam ochotę? Na oderwanie się od tego wszystkiego. Na miłe spędzenie czasu. Na zabawę. Mogłabym tak wymieniać bez końca, ale najbardziej chciałam spędzić czas z Jacobem, pod  ciepłym kocem, oglądając jakąś komedię i naśmiewając się ze słabych aktorów, tak jak kiedyś. 
- Po prostu włączmy jakiś film.
- Komedia, ciepły kocyk i gorąca czekolada?
- Jak ty mnie dobrze znasz.
- Ja pójdę zrobić czekoladę, a ty wybierz film - powiedział i poszedł do kuchni. Ja stanęłam przed półką z filmami i uśmiechnęłam się. To będzie jeden z najfajniejszych wieczorów od bardzo dawna.

~ tydzień później ~

- Jesteś pewna, że niczego ci nie potrzeba? Może zawiozę cię do lekarza?
- Jacob, naprawdę nic mi nie jest. Po prostu za dużo zjadłam i teraz jest mi niedobrze.
- Ale...
- Żadne ale. Idź już na ten patrol, a ja pojadę do Emily.  
- No dobrze, ale jak będziesz się gorzej czuła to obiecaj mi, że pójdziesz do lekarza.
- Obiecuję - powiedziałam, całując go w policzek i wypychając za drzwi. - Pa, pa. Kocham cie.
Usłyszałam szybkie " ja ciebie też " i zamknęłam drzwi. Jacob dramatyzuje. Od zwykłego bólu brzucha jeszcze nikt nie umarł.

~ kolejne dwa tygodnie później ~

Jak ten czas szybko leci. Już za tydzień będę żoną Jacoba. Kto by pomyślał? Teraz stoję w małej sypialni Sama i Emily, w pięknej, białej sukni i uśmiecham się jak głupia.
- Wyglądasz obłędnie. Nic nie trzeba zmieniać.
- Emily, nawet nie wiesz jak bardzo jestem szczęśliwa. W końcu wszystko się układa.
- Mówiłam, że wszystko będzie dobrze. Ciekawie czy ja jeszcze zmieszczę się w swoją. Przez tę ciążę dużo przytyłam, a poza tym, dzidziuś rośnie.
- Masz rację. Idź i ją przymierz, bo jeśli nie pasuje trzeba kupić coś równie cudownego - powiedziałam ściągając swoją suknię i zamykając ją w pokrowcu. Już za tydzień będę mogła się w niej pokazać. Za tydzień. Został tylko tydzień, a jest jeszcze tyle rzeczy do zrobienia. Na szczęście jutro przyjeżdża Renee i mam nadzieję, że mi pomoże.
- Nie dopnie się - powiedziała Emily, wyrywając mnie zza myślenia. - A wiesz co to oznacza?
- Wiem. Zakupy - odpowiedziałam jej szczęśliwa. To jedno z naszych najbardziej ulubionych zajęć. Ubrałyśmy się szybko w swoje ciuchy i zaczęłyśmy zbierać się do wyjścia.
- Chyba dzwoni ci telefon.
- Rzeczywiście. Nie słyszałam - powiedziałam, szukając telefonu w torebce. Gdy spojrzałam na wyświetlacz westchnęłam zirytowana.
- Jacob.
- Znowu? Dzwoni już piąty raz w ciągu godziny.
- Odbiorę - powiedziałam przeciągając palcem po ekranie. - Halo?
- Bella? Jak się czujesz?
- Boże, Jacob, wszystko w porządku.
- Na pewno? Rano bardzo...
- Blado wyglądałam i byłam zmęczona. Tak, wiem. Mówiłeś to już z tysiąc razy. Nic mi nie jest. Pa - powiedziałam i rozłączyłam się.
- To słodkie. Tak się o ciebie martwi.
- Raczej chore. Od kilku dni jestem trochę zmęczona i czasami źle się czuję, ale to normalne. Mam dużo na głowie, próbuję wszystko dopiąć na ostatni guzik jeśli chodzi o ślub. Nawet rzuciłam pracę w sklepiku, bo po prostu i tak nie miałam czasu żeby tam chodzić. Jacob zachowuje się tak, jakbym była ciężko chora.
- Martwi się. To normalne, a teraz do samochodu! W końcu trzeba odwiedzić parę sklepów.

                                                                         ~ * ~


- Jacob?! Jesteś?! - Krzyknęłam, wchodząc do domu. Po chwili przy drzwiach zobaczyłam Jake' a.
- Jestem, jestem. Daj mi to - powiedział, wziął ode mnie torby i pocałował mnie. - Zmęczona?
- Strasznie. Jedyne o czym marzę to długi masaż, ciepła kąpiel i miękkie łóżko. No i oczywiście coś dobrego do jedzenia.
- Ostatnio dużo jesz.
- Bo jestem w ciągłym ruchu. Miałam dużo spraw do załatwienia, ale zobaczysz, wszystko będzie cudowne.
- Wierzę w to. Idź do kuchni. Wiedziałem, że będziesz głodna i zrobiłem ci coś smacznego. Ja pójdę zanieś wszystko na górę.
- Dziękuję. Jesteś kochany.
- Wiem - powiedział, a ja cmoknęłam go w policzek i ruszyłam w stronę kuchni. Wszystko szybko zjadłam i pobiegłam na górę. Jacob leżał na łóżku.
- Było pyszne. Dziękuję.
- Nie ma za co. To co następne? Masaż czy kąpiel?
- Masaż.
- To kładź się. - Zrobiłam to co kazał i już po chwili moje mięśnie rozulźniały się pod wpływem rąk Jacoba.
- Wiesz, byłoby o wiele lepiej, gdybyś zdjęła bluzkę.
- Lepiej dla mnie, czy dla ciebie?
- Oczywiście, że dla ciebie. Ja skorzystam przy okazji.
- Tak właśnie myślałam. Tylko nie rozpraszaj się za bardzo - powiedziałam i ściągnęłam bluzkę. - A teraz masuj i nie narzekaj. - Z powrotem położyłam się na łóżku. Było mi tak dobrze, że nawet nie wiem kiedy moje oczy zamknęły się.
- Bello, rezygnujesz z kąpieli? - Jacob szepnął mi do ucha, całując mój policzek.
- Mhmm... Już wstaję - powiedziałam i podniosłam się z poduszek. Szybko położyłam się z powrotem, kiedy zorientowałam się, że mój stanik jest rozpięty.
- Jacob?!
- No co? Zapięcie mi przeszkadzało.
- Idź ty! - powiedziałam, zapinając stanik. Wstałam, wzięłam świeżą bieliznę i udałam się do łazienki. - A miałam zaproponować ci wspólną kąpiel - powiedziałam po drodze.
- To znaczy, że mógłbym odpiąć ci ten stanik jeszcze raz. Hym... . Czy jest coś, co sprawi, że twoja propozycja będzie nadal aktualna?
- Jest. Idź i ją przygotuj. Ale to będzie wspólna kąpiel. Nic więcej.
- Już idę - powiedział i pobiegł do łazienki. Z uśmiechem na ustach podążyłam za nim.
                 

                                                                           ~*~

Rano obudziły mnie promienie słońca, które przedostały się przez żaluzje. Wydostałam się z mocnego uścisku Jacoba, przez co na jego twarzy pojawił się wielki grymas. Przeciągnęłam się, a wszystkie moje kości zaczęły strzelać na znak protestu. Skrzywiłam się kiedy poczułam niemiły ból w plecach. Pewnie niewygodnie spałam. W ogóle strasznie się czułam. Spojrzałam na zegarek. Już ósma. Długo spałam. Zeszłam na dół i przygotowałam sobie miskę płatków. Gdy zjadłam, zrobiłam śniadanie dla Jacoba i poszłam go obudzić.
Odsłoniłam żaluzje wpuszczając do pomieszczenia więcej światła i ściągnęłam z niego kołdrę.
- Bello, daj żyć.
- Wstawaj, wstawaj.
- Już - wymamrotał, wtulając się w poduszkę. Westchnęłam i zabrałam mu poduszkę.
- Gorzej niż z dzieckiem. Wstawaj. Śniadanie czeka. I pośpiesz się bo mamy dzisiaj dużo spraw do załatwienia. Musimy jechać do Charliego żeby sprawdzić czy jego garnitur pasuje, odebrać mamę i Phila z lotniska, później ty musisz zająć się swoimi obowiązkami, a ja muszę ustalić z Emily menu na nasz ślub. W między czasie musimy zamówić ten tort co ci pokazywałam.
- Zapomniałem, że twoja mama przyjeżdża. I o tym torcie też.
- Zapewne o wszystkim innym też. Co ty byś beze mnie zrobił. Nic. No właśnie. Więc podnoś się z tego łóżka i marsz do kuchni na śniadanie.
- Coś ty taka nerwowa?
- Nie wiem. Po prostu jestem zmęczona.
- To usiądź choć na chwilę i odpocznij.
- Nie mam na to czasu. Muszę zacząć się szykować i tobie także radzę się pośpieszyć - powiedziałam zamykając za sobą drzwi od łazienki. Było mi zimno i czułam się coraz gorzej. Tak jest od kilku dni. Naprawdę kiepsko się czuję i chyba coś mnie bierze. Muszę doprowadzić się do porządku żeby Jacob nic nie zauważył. Nie chcę żeby się martwił. Zaczęłam się szykować, ale nagle poczułam mocne mdłości i zwymiotowałam. W tym samym momencie Jacob wszedł do łazienki.
- Bello, kochanie, co ci jest?
- Przepraszam cię, ale chyba będziesz musiał to wszystko załatwić sam. Kiepsko się czuję.
- Chodź, położysz się, a ja zaparzę ci herbatki. Coś cię boli?
- Brzuch i głowa. To na pewno jakiś wirus.
- Masz temperaturę. Jesteś gorąca.
- To dlatego tak mi zimno - powiedziałam, przykrywając się po uszy kołdrą.
- Może wezwę lekarza?
- Nie trzeba. Po prostu poleżę sobie i odpocznę. Przepraszam, że zostawiłam cię z tym wszystkim.
- Bello, o nic się nie martw. Ja wszystko załatwię, a ty odpoczywaj. Twoje zdrowie jest najważniejsze.
- Powiedz Emily, że możemy ustalić te menu przez telefon. Mam już wszystko zaplanowane tylko muszę jej powiedzieć co i jak. Później do niej zadzwonię.
- Dobrze. Teraz pójdę zrobić tę herbatę. Przynieść ci coś?
- Może jakieś tabletki na zbicie gorączki. No i jakąś książkę i laptopa, gdybym się nudziła. Weź też chusteczki bo chyba mam katar.
- Za chwilę będziesz miała wszystko czego potrzebujesz. I zadzwonię jednak po tego lekarza - powiedział i zamknął szybko drzwi żebym nie mogła zaprotestować. Niech mu będzie. Może to i lepiej. Nie chciałabym być chora na własnym ślubie.

Perspektywa Jacoba.

Rozmawiałem z Emily i powiedziałem jej o menu. Chciała jechać do Belli, ale powiedziałem, że to nie jest najlepszy pomysł. Nie chciałbym żeby się zaraziła. Garnitur Charliego leży jak trzeba, a tort jest już zamówiony. Teraz stoję na lotnisku w Seattle i czekam na Renee i Phila. Myślami cały czas jestem przy Belli. Od kilku dni widziałem, że coś ją bierze, a dzisiaj rozłożyło ją kompletnie. Zanim wyszedłem z domu zwymiotowała jeszcze dwa razy. Była kompletnie wyczerpana. Dzwoniłem do lekarza, ale powiedział, że będzie dopiero po południu, więc nie mogłem na niego czekać. Bella zarzekała się, że da sobie radę i mogę, a raczej muszę jechać załatwić te wszystkie sprawy. Dzwoniłem do niej kilka razy, ale nie odbierała. To dobrze. Potrzebuje teraz snu.
- Jacob! - Z za myślenia wyrwał mnie głos Renee. Podbiegła do mnie i zaczęła ściskać.
- Tak się cieszę, że wtedy się pogodziliście i że mogę cię tu teraz widzieć. Zwłaszcza kiedy przyleciałam na taką okazję. Moja mała córeczka wychodzi za mąż. Boże, zaraz się rozpłaczę. A tak właściwie to gdzie ona jest?
- Spokojnie Renee. Też się cieszę, że cię widzę - powiedziałem, biorąc od Phila walizki i witając się z nim. - Bella się rozchorowała. Chyba jakiś wirus.
- Boże! Moja mała córeczka? I to tydzień przed ślubem. Co teraz będzie?
- Spokojnie Renee. Po pierwsze to nie taka mała - powiedziałem, uśmiechając się i pakując ich walizki do samochodu. - A po drugie, już dzwoniłem do lekarza. Pewnie już był, ale nie mogę się do niej dodzwonić. Pewnie śpi. Jeśli Bella nie wydobrzeje przez ten tydzień, przeniesiemy ślub. Jej zdrowie jest dla mnie najważniejsze.
- Ale jak to przeniesiecie ślub. Przecież...
- Normalnie. Dla mnie najważniejsza jest Bella. Oczywiście nie chciałbym tego, bo pragnę by moja narzeczona została w końcu moją żoną, ale naprawdę się o nią martwię i chcę dla niej jak najlepiej.
- Z każdym twoim słowem jestem coraz bardziej pewna, że moja córka dobrze wybrała. Będziesz o nią dbał.
- Dziękuje Renee. Twoje zdanie bardzo się dla mnie liczy - powiedziałem, wsiadając do samochodu.

Perspektywa Belli.

- Proszę wykupić te leki i odpoczywać. Powinna pani o siebie dbać. Jestem pewien, że szybko powróci pani do zdrowia.
- Dobrze. Dziękuję panu. Do widzenia - powiedziałam i zamknęłam drzwi za lekarzem, którego przysłał do mnie Jacob. Był bardzo miły, ale w tej chwili marzyłam tylko o tym żeby położyć się w łóżku. Wzięłam z salonu receptę, którą mi zostawił i położyłam na blacie w kuchni, tak żeby Jacob ją zauważył. Gdy tylko położyłam głowę na poduszce, zasnęłam. Obudziło mnie trzaśnięcie drzwi. Już po chwili w moim pokoju pojawiła się rozgadana mama. Uśmiechnęłam się na jej widok i wstałam z łóżka, wpadając w jej ramiona.
- Mama! Tęskniłam.
- Ja za tobą też! Tak bardzo. Ale dlaczego ty wyszłaś z łóżka? Blado wyglądasz. Powinnaś odpoczywać.
- Czuję się już dobrze. Chyba gorączka mi przeszła.
- Mimo to powinnaś odpoczywać. Dobrze cię widzieć, Bello. - Usłyszałam głos Phila i już po chwili byłam w jego objęciach.
- Ciebie także, Phil. Cieszę się, że już jesteście.
- Bella, jak się czujesz? - Do pokoju wszedł Jacob. Podszedł do mnie i przyłożył mi dłoń do czoła. - Gorączka ci już chyba minęła.
- Tak. Czuję się lepiej. Tylko lekko boli mnie brzuch. Lekarz powiedział, że to zwykła grypa żołądkowa. Po trzech dniach powinno przejść. W kuchni zostawiłam receptę, którą musisz mi wykupić. Da się załatwić?
- No oczywiście, że tak. Dobrze, że to nic gorszego - powiedział, całując mnie w policzek. - To ja może pójdę zrobić coś do picia i jedzenia, a ty się kładź do łóżka. Mimo to powinnaś odpoczywać.
- Ale...
- Żadne ale. Phil pójdzie z Jacobem i mu pomoże - powiedziała Renee, rzucając Philowi porozumiewawcze spojrzenie. - A ja porozmawiam z moją córeczką.
- Dokładnie tak. To my już idziemy, a wy poplotkujcie sobie.
- Mamo, powinnaś iść. Nie chcę, żebyś się zaraziła.
- Spokojnie. Jestem bardzo odporna. Widziałaś mnie kiedyś chorą?
- Zawsze musi być ten pierwszy raz, a nie chciałabym żebyś była chora na moim ślubie.
- Nie martw się o mnie Bello.  Lepiej opowiadaj jak wam się układa? Bo z tego co słyszałam i co widzę, to bardzo dobrze.
- Tak. Dawno chyba nie było lepiej. Czasami czuję, jakbyśmy porozumiewali się bez słów. Jacob jest bardzo czuły i opiekuńczy. Czasami, aż za bardzo - powiedziałam, uśmiechając się.
- To dobrze. W końcu za tydzień bierzecie ślub.
- No tak i powiem ci, że bardzo się z tego powodu cieszę.
- A spróbowałabyś nie - powiedział Jacob, wchodząc do pokoju.
- Nieładnie tak podsłuchiwać.
- Nie podsłuchiwałem. Przyszedłem tylko zapytać, czy niczego ci nie potrzeba?
- Nie, nie. Mam wszystko. A propos, czy załatwiłeś to, o co cię prosiłam?
- Wszyściutko. Emily miała zadzwonić wieczorem. To chyba wszystko. Renee, chodź na dół. Wszystko gotowe.
- Zaraz zejdę.
- Dobrze. Przepraszam cię, ale będę musiał was zostawić. Pojadę po lekarstwa dla Belli i muszę jechać do sfory. Obowiązki wzywają.
- Nie ma sprawy. Będziemy się czuć jak u siebie w domu.
- I prawidłowo. To ja lecę. Bello, proszę cię, leż w łóżku i odpoczywaj - powiedział, całując mnie w czoło. - Postaram się wrócić jak najszybciej.
- Jedź. Ja się zajmę moją córeczką jak trzeba.
- Tak. Będę miała doskonałą opiekę. Możesz być pewien.
- To do zobaczenia - powiedział jeszcze i po chwili słyszałam jak żegna się z Philem i huk zamykanych drzwi.
- Wołaj jakbyś czegoś potrzebowała. Pójdę już do Phila, a ty odpoczywaj. Kocham cię.
- Ja ciebie też mamo. Dziękuję. - Renee uśmiechnęła się jeszcze i wyszła z pokoju, a ja ułożyłam się wygodnie na łóżku i próbowałam zasnąć. Nie było to łatwe, ponieważ ból głowy powracał i czułam mdłości
Coś czuję, że to będą ciężkie trzy dni.

_________________________________________________________________

Oddaję w Wasze ręce w imieniu Marty. Napisała kilka rozdziałów w przód i myślę, że chciałaby żebym je dodała... .